Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dom. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dom. Pokaż wszystkie posty

26 lipca 2016

Chusteczki Colour Catcher od K2r porażka w testach dla rekomenduj.to

Moja pierwsza kampania dla portalu Rekomenduj.to 
Byłam pełna nadziei, bo miałam już okazje testować różne chemiczne środki czy to Ariel, czy Lenor albo produkty do zmywania Fairy.
Niestety tym razem się okrutnie zawiodłam, ale poczytajcie o mojej historii.


Chusteczki Colour Catcher od K2r

Chusteczki Colour Catcher mają:
- zapobiegać farbowaniu się ubrań
- pozwalać na łączne prane ubrań o różnej kolorystyce
- sprawić, że ubrania dłużej pozostaną jak nowe

Dzięki temu skracają czas prania, bo ograniczają liczbę prań.

Zdarza się wam wstawiać pół bębna prania, bo więcej nie ma?
Mnie zdarza się to często, a te chusteczki miały być spełnieniem tej wizji.
Dopakowałabym pusty bęben pralki z jasnymi ubraniami przypadkowymi ciuchami wymagającymi prania i voila.

Chusteczka ma za zadanie przyciągać uwalniane podczas prania barwniki i brud. 
Należy umieścić ją na dnie, włożyć dowolne pranie i dodać detergent do prania. Po czym natychmiast po praniu wyjąć ubrania i chusteczkę.

W paczce ambasadorskiej znalazło się
- 15 opakowań po 10 sztuk chusteczek dla znajomych
- 1 opakowanie zawierające 20 sztuk chusteczek dla mnie
- 30 ulotek
- przewodnik ambasadora


Na pierwszy ogień postanowiłam wystawić najmniej inwazyjnych żołnierzy, mianowicie pościel.
W moim bębnie znalazły się dwa komplety pościeli (fioletowe i kremowe), które kiedyś już przeszło swoje pierwsze w życiu pranie oraz biała poszewka na jaśka, której najbardziej chyba byłoby mi żal, bo dopiero co ją dostałam. Poszewka na jasiak była więc nigdy nie prana.
Ryzyk fizyk pomyślałam, co najwyżej będzie mieć lekko fioletową barwę.

Umieściłam w bębnie 3 chusteczki, bo bałam się, że jedna nie zadziała. Producent zaznacza, że tak może się stać gdy pranie ma intensywny kolor. Włożyłam pranie. Wlałam płyn do prania i do płukania.


Po wyjęciu chusteczek z prania miały lekko szary kolor, a pranie nie zmieniło swojego koloru.  Pierwszy test był pomyślny. 

 
Moje jedyne zdjęcie w tej bluzce
Zupełny dramat rozegrał się po kilku dniach.

Wybrałyśmy sie na zakupy z siostrą do galerii handlowej.
W Sinsay kupiłyśmy sobie identyczne bluzki. Bardzo nam się spodobały.
Następnego dnia ubrałyśmy się w nie i od razu je polubiłyśmy. Nie żebyśmy jakieś mocno sentymentalne były, ale lubimy wygodne rzeczy.

Jeszcze tego samego popołudnia zdjęłam swoją bluzkę i postanowiłam ją uprać, bo następnego dnia pakowałam się do Włoch, a zależało mi by zabrać ją ze sobą na wyjazd.



Wrzuciłam bluzkę z innymi ubraniami do pralki, wcześniej dorzuciłam 3 chusteczki do prania Colour Catcher. Nie pomyślałam ani trochę, że mnie to spotka, bo zaufałam tym chusteczkom.

Po wyjęciu ubrań z palki już poczułam dziwny niepokój. Chusteczki nie były mocno zabarwione jedynie na leciutko różowo-szary odcień. 
Poszłam rozwiesić pranie na zewnątrz i stwierdziłam, że moja bluzka nie ma już tego koloru, który tak mnie urzekł w sklepie. 
Moja bluzka jest przeciętno-zblakło różowo-morelowego odcieniu, a przecież miała ten piękny pomarańczowo-morelowy kolor. 


Wkurzyłam się i już mi taka gula do gardła podeszła, która zwiastowała rozczarowanie i złość.
Próbowałam sobie to wytłumaczyć, że może jednak zmrok (bo było koło godz. 20:30) przyćmił moje spojrzenie i tak naprawdę gdy wstanie nowy dzień moja bluzka będzie znowu taka ładna...

Postanowiłam to sprawdzić. Poszłam po siostrę, która już wylegiwała się w łóżku i oglądała Projekt Lejdi z Rozenkową. Moja rozdarta natura mówi do niej: Gdzie jest Twoja bluzka?, ona odpowiada "W koszu na pranie"...
Biegnę do łazienki z nadzieją, że mama nie wstawiła prania i wydobywam z czeluści kosza tę morelową bluzkę o pięknym pomarańczowym odcieniu, nieco już pomiętą, w tem igła w sercu mi jakaś łomocze, że to nie może być prawda...
Biegnę na dwór, domierzam i... echo rozpaczy pozostaje tylko w moim sercu.


Zdjęcia poświadczają moją gorycz. Choć robione nieco po zmroku to nie da się ukryć, że odcień jest tak różny, że to aż nieprawdopodobne.
Moja bluzka dodatkowo posiada plamy, tu jaśniejsze tam ciemniejsze, nie widać tego na zdjęciu, ale uwierzcie mi, że już nigdzie w niej nie pójdę, chyba że do ogródka przecinać tuje.
Moja siostra w swojej bluzce

Ostrzegłam siostrę, ona uprała swoją już bez chusteczek i kolor się nie zmienił. 

Rzadko zdarza nam się kupować identyczne ubrania. Tym razem zaszalałyśmy a i tak po całym tym zajściu mamy dwie różne bluzki - ona piękną a ja wyblakłą w plamy.
Zajefajnie na tym wyszłam.

Osobiści uważam więc, że chusteczki posiadają jakiś dziwny składnik, który wyciąga kolor z ubrań. Na opakowaniu pisze, że nie uwalniają substancji chemicznych do wody, ale to nie jest tożsame z tym, że ich nie zawierają. 
Nie jest napisane również z czego się składają i z jakiego materiału są produkowane. 


Jak widzicie to moja najsmutniejsza kampania w jakiej kiedykolwiek wzięłam udział.
Nie winię w żaden sposób portalu rekomenduj.to, wręcz przeciwnie mam nadzieję, że jeszcze kiedyś będę mogła wziąć udział w innej kampanii, z której będę zadowolona.


PS. Przepraszam, że cały ten post wygląda jakby był przedrukiem z "Chwili dla Ciebie" albo czasopisma "Takie jest życie"

30 kwietnia 2016

Yankee Candle - Fresh Cut Rose

Nigdy nie recenzowałam dla was świec, ani wosków. Choć wiem, że wiele z Was to robi na swoich blogach, a teraz pomyślałam, że warto i dla was i dla samej siebie, bo pamięć bywa zawodna:)

Recenzje te będą raczej krótkie bo nie jestem ekspertką w tej dziedzinie.

Woski są moim świrem już od prawie roku. Wcześniej do kominków wlewałam jedynie olejki.

Yankee Candle - Fresh Cut Rose



Wosk Fresh Cut Roses to standardowej wielkości wosk tartinka od Yanee Candle. 
Struktura zwarta, mydełkowa i lekko krucha przy krojeniu.

Fresh Cut Roses to kolor delikatnego różu w odcieniu, który w Polsce popularnie zwany jest majtkowym (co podejrzewam ma korzenie w PRLu).

Zapach prócz tego, że jest bardzo intensywny to ma mydlaną nutę. Nie jednoznacznie wskazałabym, że chodzi tu o kwiatowy zapach i to w dodatku 'świeżo ściętych róż'
Troszkę jest tu nuty poziomki i i raczej to ten zapach wskazałabym gdyby ktoś zawiązał mi oczy.
Zapach jest słodki i niedrażniący. 

Wosk po rozpuszczeniu raczej traci na intensywności i zapach nie jest już taki ostry. 
Czas użytkowania wosku jest też raczej umiarkowany i nie jest to wosk, który będziemy mogli palić przez kilka tygodni.
Jedna porcja do małego komika wystarczy nam na max 2 tygodnie.

Czy też macie ten problem z woskami, że najpierw wywąchacie milion a potem i tak bierzecie niemal przypadkowy?
Ten chyba był kupiony właśnie w taki sposób.
Nie został moim ukochanym woskiem i właściwie zużyłam tylko ćwiartkę i wciąż nie mam dużej ochoty by spalić go do końca. 

Yankee Candle - Fresh Cut Rose
Cena: 8 zł
Ocena: 3/5

Ponowny zakup? Nie

17 kwietnia 2016

Ariel 3w1 Moutain Spring i Lenor Gold Orchid - kampania trnd

Cześć :)

Fajnie sie ostatnio złożyło, że wiosna obfitowała w kampanie, w których mogłam wziąć udział.

Kolejnym projektem, który mogłam realizować dla platformy Trnd było zapoznanie się z produktami do prania i płukania (Ariel i Lenor)

Ariel 3w1 Moutain Spring i Lenor Gold Orchid


Głównymi produktami w projekcie do mojego użytku były:

  • kapsułki do prania Ariel 3in1 Moutain Spring 
  • płyn do płukania Lenor Gold Orchid
 Ariel 3w1 Moutain Spring

Z kapsułkami do prania Ariel znam się już od dawna.
Udział w kampanii więc był dla mnie jedynie okazją do podzielenia się opinią, produktami z innymi.

Kapsułki Ariel 3w1 są naprawdę niezawodne i mają swoje stałe miejsce w mojej łazience.
Gdy przyszły wciąż stało jeszcze poprzednie niezużyte do końca opakowanie.

Dlaczego przed kampanią kupowałam te kapsułki? 

Zauważyłam, że mają najsilniejsze działanie z dostępnych na rynku. 
To dla mnie ważne.
Pracuję z dzieciakami w różnym wieku, także z tymi najmniejszymi (i najsłodszymi) 3-4 latkami. Ich wyobraźnia nie ma granic, ale należy nią pokierować. Jak? Dając im pędzel, farby, flamastry.
 Wszystko na sali gdzie tworzą dzieci dzieje się niesamowicie szybko. Często sama coś na siebie wyleję, czasem się dotknę ale częściej jestem usmarowana od stóp do głów przez dzieciaki, które nie zdają sobie sprawy, że flamaster brudzi i chcą nim coś pokazać, albo mając brudne rączki po prostu chcą się przytulać :)
Do tego w pracy dochodzą jogurty, czekolada na której zdarza mi się usiąść gdy niezauważanie przyklejona jest do dywanu, a do tego krew, pot i łzy (na szczęscie to pierwsze bardzo rzadko)

Praca nauczyła mnie, że z nienagannie ubranej i schludnej dziewczyny zamieniłam się w upaćkaną specjalistkę od plam :)

Już dawno zorientowałam sie, że kapsułki Ariel spośród dostępnych produktów są niezawodne. 

Ich działanie zależy od twardości wody i rodzaju plam.
Miękka woda - łatwa plama? Jedna kapsułka.
Twarda woda - wstrętna plama? Dwie kapsułki.

Przyznam się, szczerze, że o ile piorę w miękkiej wodzie, to jednak plamy czasem nie są łatwe, ale w moim przypadku jedna kapsułka zdecydowanie wystarcza.


Kapsułki mają 3 składnikową formułę. To co kryje się w ich wnętrzu jest doskonale widoczne, a całość opakowana jest w żelkową powłoczkę. Oj kusiła mnie nie raz by mocniej ją nacisnąć ) Tak jak w dzieciństwie kusiły mnie odpustowe gniotki.

Ariel 3in1 Moutain Spring przeznaczony jest do wszystkich rodzajów ubrań bez względu na kolor. Można prać w nim zarówno białe jak i kolorowe rzeczy.

Główną zaletą kapsułek jest nie tylko pranie, ale także wielozadaniowość. Usuwa niemal wszystkie plamy: tłuszcz trzeba wypierać w wyższych temperaturach a krew uprzednio zaczyścić lodowatą wodą bez detergentów.

Pranie, które wyciągamy z pralki pachnie niesamowicie. To zapach świeżości i naprawdę przywołuje skojarzenie wiosennego poranku w górach (eeehhh... rozmarzyłam się).


Odkąd pojawiły się na rynku w moim domu raczej nie kupuje sie już proszków. Wiecie dlaczego? Wiele z nich sprawiało, że zapychał się otwór dozownika, proszek nie rozpuszczał się do końca a nieraz po wyjęciu ubrania pachniały niezbyt przyjemnie.
Ciężko było dobrać mi odpowiedni produkt.

Z pomocą przyszły mi kapsułki. Naprawdę.
Są mega wygodne. Nie muszę się brudzić, ani martwić o to, że wysypię proszek z woreczka lub pojemnika. 
Teraz wystarczy tylko umieścić kapsułkę w bębnie do prania. Należy tylko pamiętać, by mieć suche ręce, ta powłoczka, wykonana jest z materiału, który w kontakcie z wodą sprawia, że włókna ulegają rozpuszczeniu.
Nie pamiętam już czy zawsze tak robię (bo ja jednak jestem gapowata i niedokładna) to wy jednak dla bezpieczeństwa pamiętajcie by domykać wieczko pudełka. Tak w razie czego, żeby nie było, że nie uprzedzałam.

Lenor Gold Orchid

Opowiem Wam anegdotę związaną z Lenorem :) Dowiecie się z niej między innymi, że to także nie moje pierwsze doświadczenie z tym płynem.

Na studiach mieliśmy koleżankę. Dziewczyna zawsze gdy przychodziła na uczelnie pięknie pachniała, ale nie był to zapach perfum, ani żadnego kosmetyku. Po prostu jej ubrania pachniały tak ładnie i tak intensywnie, że chyba nawet niczego więcej nie używała. 
Nie byłyśmy z tą koleżanką mocno zżyte. Ale zawsze byłyśmy ciekawe czym pierze, że jej ubrania tak ślicznie pachną. 
Pewnego razu gdy udaliśmy się do Klubokawiarni Komitet, by zakosztować smak PRLu, który niemal nas ominął. Jedna z koleżanek po kilku Zdrojach Świętokrzyskich tudzież innych Atakach Chmielu zapytała wprost "Ej, Jadźka a czym ty pierzesz te swoje ciuchy, że one tak zajebiście pachną". 
Na co "Jadźka" nam odpowiedziała, że to Lenor, z cyfrą 7 na dole, ale to niezwykle ważne by miał tą 7mkę na znaczku, bo wtedy pachnie dużo mocniej. A potem nas zmartwiła, że to tylko w Niemczech. Ale usilnie zamawiałyśmy niczym nie zrażone Lenor z 7mką na allegro po 8 sztuk w kartonowych pudełkach. 

Następnie nastały czasy, gdy można go było kupić w sklepach typu "Chemia Niemiecka" ale miejskie legendy głosiły, że Lenor jest chrzczony jak wiejski bimber.

A teraz... Teraz legalnie stoi już od mniej więcej 2  lat na półce w sklepie.

Nie muszę Wam mówić, że to kolejny niezbędnik w moim domu do prania a właściwie do płukania :D. Zawsze go kupuję. Zawsze. Kombinuję z zapachami, czasem w Biedronce kupuję w dwupaku, na zapas i dlatego, że taniej. Ale nie wyobrażam sobie prania bez Lenora.

Lenor Gold Orchid pachnie niesamowicie. To taka kwiatowo-orientalna nuta z wyraźnym aromatem wanilii. Delikatnie zmysłowa i bardzo przyjemna. 
Ubrania pachną długo, długo po praniu. A gdy rozwieszę je na podwórku, to wierzcie lub nie, ale zapach wyczuwalny jest nawet z dalekiej odległości i niesie się z wiatrem.

Ubrania są przyjemne i miękkie w dotyku. O wiele bardziej niż wtedy gdy płynu nie użyjemy. Naprawdę ta różnica jest mocno odczuwalna. 
Zaraz pokażę Wam zdjęcia i zobaczycie, że idealnie radzi sobie z polarami - dawniej się kosmaciły i nie wyglądały fajnie. Ten mam już ponad pół roku, a musicie wiedzieć, że to mój "codzienny polar" taki w który przebieram się po pracy, w którym sprzątam a czasem nawet idę pobiegać jak zimno.

Zobaczycie też delikatne ubrania z koronką - miętowy sweter, którego bałam się prać bo złożony jest jakby z pojedynczych elementów siateczko-koronki, ale na szczęscie nic mu się nie stało i nadal mogę się nim cieszyć. Zobaczycie białe koszule, które dzięki kapsułkom zachowują śnieżną barwę i nie żółkną.

 Moje drogie :)
A wy w czym pierzecie?
Proszek, kapsułki, płyn?
Używacie czegoś do płukania?

Na czym Wam najbardziej zależy, jakie porażki podczas prania zaliczyłyście?