24 maja 2017

Nic do stracenia. Początek, Kirsty Moseley

Szesnaste urodziny dla Annabelle miały być niezapomniane. W istocie takie też właśnie były, ale to o nich dziewczyna chciałaby jak najszybciej zapomnieć. To miał być wyjątkowy czas, Anna wyprosiła rodziców, by po raz pierwszy mogła wyjść ze swoim chłopakiem na dyskotekę, a dodatkowo również przenocować poza domem. Cała akcja wydawała się być przygotowana do perfekcji, zamówiony hotel, fałszywe dokumenty. Tuż przed wejściem do klubu Annabelle zaczepiła grupa młodych chłopaków. Wśród nich zdecydowanie górował Carter Thomas. Chłopak Anny, Jack stanął w jej obronie. Podczas imprezy w klubie, Carter wciąż dostawiał się do dziewczyny. Annabelle chciała już sobie pójść z tego miejsca, o którym tyle marzyła. Tuż przy wyjściu szajka zagrodziła zakochanym drogę, Dramatyczne losy rozegrały się na schodach przeciwpożarowych, gdzie Anna została napadnięta i molestowana, a Jack dotkliwie pobity. W pewnym momencie rozsierdzona grupa młodych przestępców wyrzuciła bezwładne już ciało Jacka ze schodów. Annabelle usłyszała najbardziej przeraźliwy jęk świata, po czym zapadła głucha cisza. Sama zemdlała, a gdy traciła przytomność jednego była pewna. Jej chłopak umarł.

Akcja powieści przenosi nas kilka lat w przyszłość. Do domu ambasadora, który pretenduje na stanowisko prezydenta USA przybywa młody agent wydziału SWAT. Ashton ma z pozoru banalne zadanie - chronić córkę polityka. Początkowo zły na swój los, z czasem daje przekonać się lepszym stanowiskiem, które obiecane ma po zakończeniu misji. W perspektywie czasu okazuje się, że zadanie wcale nie jest banalne.

Zadaniem Ashtona jest ochrona Annabelle, dziewczyny, której chłopak został zamordowany. Dziewczyny, która przez dziesięć miesięcy była przetrzymywana przez Cartera. Anna jest zjawiskowo piękna, pociąga urodą agenta, ale jak nikt w świecie jest przerażona, wyobcowana i nieufna. Misja jest trudna. Ashton ma działać pod przykrywką i udawać chłopaka Annabelle. Mają zamieszkac razem w studenckim mieszkaniu. Kusząca wizja, ale jak przekonać do siebie Annę, która nawet nie daje się dotknąć?
Tymczasem, na wolność lada chwila wychodzi Carter.

Czy misja się powiedzie?

Powieść K. Moseley przeniosła mnie w świat młodych ludzi, którzy dopiero odkrywają własną tożsamość i uczucia. Świetnie zbudowana akcja, słodki motyw rodzącej się miłości, przełamywanie barier, walka z cierpieniem, wszystko to sprawiło, że książkę czyta się niesamowicie przyjemnie.

Wkrótce pojawi się kolejny tom tego cyklu, który już sobie zamówiłam.

Nic do stracenia. Początek, Kirsty Moseley

Wydawnictwo Harper Collins, Warszawa 2017
Moja ocena: 9/10
  • Po przeczytaniu tej książki zyskałam 3,2 cm do akcji "Przeczytam tyle, ile mam wzrostu"
Pozostało mi jeszcze: 101,5 cm
 Przeczytaj moją recenzję na BookHunter.pl
Przeczytane w tym roku 31/70

22 maja 2017

Organiczny szampon z olejkiem kofeinowym, O'right - odjechany!!!

Byliście kiedyś tak mocno zaskoczeni i podjarani jakimś produktem jednocześnie?
Ja właśnie tak miałam przy okazji tego szamponu. 

 O tym, że kocham kawę i nie mogłabym bez niej istnieć mówiłam nie raz. 

A teraz w moje ręce trafił zupełnie wyjątkowy produkt, szampon z linii Tree in the Bootle marki O'right od Organics Beauty


Szampon stworzony został przez tajlandzką markę. 
Jego idea to kawa, kawa i jeszcze raz kawa. 

Zacznę od tego co najbardziej dziwne i szokujące, ale urocze i intrygujące. 

Widzicie tę butelkę. Otóż w całości została wykonana z kawy. Tak! Ta butelka jest organiczna i w całości biodegradowalna. Jej struktura wykonana jest z kawowych fusów i choć bardziej matowa i elastyczna to w niczym nie odbiega od plastikowych butelek. Jakość ta sama, a biorąc zbawienny wpływ na środowisko, zdecydowanie lepsza. Bałam się, że trzymana pod prysznicem butelka może się rozpuścić, zacząć przepuszczać szampon, ale to jednak się nie stało. Korek, a raczej zatyczka wykonana jest z bambusa i jedyny problem to taki, że w podróż nie zabierzesz butelki bo wszystko się wyleje

Gdy odwrócimy butelkę zobaczymy, że posiada ona korek. W jego wnętrzu ukryte jest ziarno kawy, które po zużyciu szamponu można włożyć do ziemi wraz z butelką i po pewnym czasie cieszyć się własnym krzaczkiem kawy. Nie wiem na ile to realne w naszych polskich warunkach, ale chyba wcale... Nie mniej nie mogę się już doczekać, kiedy zasadzę je na grządce :) 

Szampon ma delikatną cytrynowo-pszeniczną barwę. W zapachu da się wyczuć delikatnie cytrusowe nuty i o dziwo, nie pachnie wcale kawą. Spodziewałam się kofeinowego zapachu jednak ten równie mocno stawia na nogi.

Ma nieco rzadszą i delikatnie oleistą konsystencją. Daje przyjemne uczucie gdy naleje się go na dłoń. Doskonale rozprowadza się na włosach i świetnie się pieni.

Szampon jest tak  rewelacyjny, że można go śmiało używać bez odżywki. Doskonale nawilża i wygładza włosy, znacząco je odżywia, sprawia, że stają się lśniące i sypkie.
Przy moich kręconych i zawsze prostowanych włosach mam ogromne wymagania co do szamponu, ale już dziś wiem, że ten będzie numerem jeden. 


Cena: 120 zł / 400 ml (http://organicsbeauty.pl/)
Ocena: 6/6


Za przetestowanie szamponu dziękuję Michałowi z Twoje Źródło Urody - fakt ten nie miał wpływu na powyższą recenzję. 

18 maja 2017

W kręgu księżniczki, Jean Sasson

Książki Jean Sasson są niesamowicie ważne i poruszające. Dotykają cierpienia kobiet - wschodnich niewolnic. Ukazują podporządkowanie się mężczyznom i tym samym własne zniewolenie. Do tej pory Wybór Jasminy jest jedną z książek, które najbardziej zszokowały mnie podczas czytania. Książka Sekrety księżniczki, która nawiązuje do tej dziś przeze mnie omawianej, również znacząco odbiła się na postrzeganiu saudyjskiego świata.


W kręgu księżniczki to trzeci tom cyklu Księżniczka. Nie bójcie się jednak rozpocząć lektury od tej pozycji. Doskonale sobie poradzicie i choć umknie Wam wiele poprzednich historii to zapewniam, że tu znajdziecie ich równie wiele.

Sułtana jest niezwykle bogatą kobietą z szanowanego rodu. Jako jedna z niewielu w Arabii Saudyjskiej ma to szczęście, że znalazła kochającego i wyrozumiałego męża. Mężczyznę, któremu całkowicie ufa, i w którym ma oparcie.
Dlatego stała się ambasadorką kobiet, które w życiu doznały religijnego i kulturowego okrucieństwa.

W kręgu księżniczki  tym razem porusza nie tylko losy muzułmanek, ale Jean Sasson oczami swojej przyjaciółki Sułtany, poznaje kobiety, które nie urodziły się w Arabii. Najczęściej są to Europejki, kobiety, których urzekła egzotyczna uroda mężów i specyfika krajów. Wszystkie łączy jedno złudne przeświadczenie, że uda im się zachować swoją tożsamość. Są przecież piękne, wyzwolone, wychowane w feministycznym duchu. A jednak początkowo uwielbiane przez narzeczonych, którzy zachwycają się ich urodą z czasem stają się jedynie służkami, kochankami i niewolnicami we własnym domu. Dostają od mężów biżuterię, której nie mogą nosić, przestają wyrażać swoją opinię, przestają nakładać makijaż, a z czasem przestają się uśmiechać, by to co dotychczas w nich wartościowe zamienić na łzy.
Nie zabraknie też dramatycznych losów rdzennych mieszkanek tego przegranego dla kobiet kraju. Szkoda, że przyzwolenie społeczeństwa jest tak ogromne, a tak mało jest osób, które jak Sułtana pragną z tym walczyć.


Książka dla wszystkich tych, którzy mają w sobie empatię i pragną odkrywać losy innych kobiet w zmaganiach z trudnościami na tle kulturowym i religijnym.

W kręgu księżniczki, Jean Sasson

Wydawnictwo Znak Literanova, Kraków 2017
Moja ocena: 7/10
  • Po przeczytaniu tej książki zyskałam 2,1 cm do akcji "Przeczytam tyle, ile mam wzrostu"
Pozostało mi jeszcze: 104,7 cm
 Przeczytaj moją recenzję na BookHunter.pl
Przeczytane w tym roku 30/70

4 maja 2017

Matka swojej córki, Iwona Żytkowiak


Droga życia, którą kroczy Nina powoli się zawęża.
Niegdyś kochana przez męża i uwielbiana przez świat była muzą jak Hollyw Śniadaniu u Tiffaniego. Miała pracę, była niezależna. Urodziła dzieci i wydawało jej się, że jest spełniona jako kobieta i matka.
Mijały lata, a życie nie zamierzało jej dłużej łaskotać. Gdy dzieci wkraczały w nastoletni świat pojawiły się pierwsze kłody. Nina została młodą wdową i po śmierci Jana, życie zwyczajnie przestało  się układać.
Nie było lekko. Samotność była najgorszym uczuciem jakie mogło spotkać dojrzalą kobietę. Nie miała w nikim oparcia, próbowała zachować poprawne relacje, ze swoją siostrą, Zytą, jednak ta zdawała się rozliczać Ninę ze wszystkich błędów.

Dzieci dorosły i odeszły do świata własnych obowiązków. Nowe życie okazło się być ważniejsze niż matka.
Nina całą swoją gorycz maskowała czerwoną szminką i rzeczywistością, którą zalewała alkoholem. Wiedziała, że ma problem, ale nauczyła się skutecznie go maskować. Kryła się przed wszystkimi, przed swoimi dziećmi, przed siostrą, sąsiadkami, przed ekspedientką w sklepie.
Niewiele zmieniło się także, gdy przestała być samotna i wyszła ponownie za Lucjana, mężczyznę o 10 lat starszego. Wydawałoby się, że odnalazła ponownie sens życia, jednak zamiast kobietą stała się opiekunką dla mężczyzny. Nie tego oczekiwała od życia. Wybrała alkohol, to on stał się sensem życia.

Przełomowy moment rozgrywa się w momencie gdy Nina nieprzytomna trafia do szpitala po przedawkowaniu alkoholu. Przy jej łóżku zjawia się Joanna, córka, która dotychczas była obok matki, ale nigdy przy niej.
O tym, czy kobiety będą mogły ponownie zacieśnić więź rodzinną i czy nie stanie się ona pętlą na szyi przekonacie się sięgając po tę przejmującą i pełną żałosnych emocji powieść.

Matka swojej córki to dotkliwy przekrój upadku, to szczerze przedstawiony problem polskiego społeczeństwa, o którym wciąż mało się mówi.
To kolejna po Świecie Ruty wybitna książka Żytkowiak. I już mogę powiedzieć, że Iwona Żytkowiak stanie się jedną z moich ulubionych polskich powieściopisarek. 

Matka swojej córki, Iwona Żytkowiak

Wydawnictwo Prószyński i S-ka, Warszawa 2017
Moja ocena: 9/10
  • Po przeczytaniu tej książki zyskałam 2 cm do akcji "Przeczytam tyle, ile mam wzrostu"
Pozostało mi jeszcze: 106,8 cm
 Przeczytaj moją recenzję na BookHunter.pl
Przeczytane w tym roku 29/70

3 maja 2017

Maski, maseczki majowe


Azjatyckie maski - to te, które uwielbiam i do których wracam.
Są fantastyczne, choć tak naprawdę nie wnoszą nic nowego do mojej cery, to absolutnie za nimi przepadam. Ten słodki wygląd opakowania, ta przyjemność miękkiej bawełny połączona z chłodnym płynem, którym są nasączone. Mogę używać ich codziennie.


Fresh Garden Mask - Snail - Skin79


Ślimakowa maska, która zawiera filtrat ze śluzu ślimaka. Kosmetyki ze ślimaczym śluzem już dawno zawładnęły moje serce. Najpierw był krem do twarzy ze śluzu ślimaka z Clareny, a teraz sięgam po ten z Tiandy w wygodnych saszetkach.
Kremy ze ślimaka nie są najtańsze, bo za 50 ml trzeba zapłacić ok. 100 zł, ale są niezwykle skuteczne już po pierwszym użyciu. Efekt jest naprawdę spektakularny.
Pomyślałam, że skoro kremy tak mi pomogły, to czas na wypróbowanie maski.


Maska jest mocno nawilżona,  serum jest lekko gęste, nieco śluzowate. Po wyjęciu maski z opakowania jeszcze sporo go zostaje wewnątrz. Maska pachnie lekko i przyjemnie. Nałożona na twarz delikatnie chłodzi.
Po 20 minutach, gdy ściągnęłam maskę uzyskałam efekt fantastycznie nawilżonej i gładkiej skóry.
To maska do której wracam od czasu gdy tylko ją kupiłam.


Cena: 19 zł / maska (Laboo)
Ocena: 5/6

Baby Pet Magic Mask Sheet - Cat - Holika Holika

Zawsze mając do wyboru te dwie koreańskie marki to Skin79 stawiałam ponad Holikę. Ostatnio już kilka razy przekonałam się, że zupełnie niepotrzebnie, bo Holika Holika jeszcze nigdy mnie nie zawiodła a na kilku produktach od Skin79 już się przejechałam.

Maska jest wykonana z miękkiej, choć bardziej zwartej bawełny niż to było w przypadku Skin79 a nadruk na niej wykonany jest solidnie. Zakładając maskę można się poczuć jak szalony Koteł, bo kolory tej maski są wyraźne, wszystkie kontury świetnie dopracowane. Maska dobrze przylega do twarzy.
Zapach maski jest naprawdę rześki i przyjemny.
Zadaniem tej maski jest działanie antybakteryjne i przeciwtrądzikowe. Po nałożeniu odczuwa się delikatne pieczenie skóry. Po zastosowaniu natomiast nie zaobserwowałam żadnych obrzęków skóry.
Jednorazowe użycie maski nie sprawi, że pozbędziecie się trądziku. Ja go nie mam więc zastosowałam ją antybakteryjnie i wiem napewno, że jeszcze do niej wrócę, bo jest szalenie zabawna.
Idealna na pidżama party :)

Cena: 19 zł / szt (Laboo)
Ocena: 6/6

Whitening care for Dark Panda - Skin79

Kolejna zwierzakowa maska, tym razem od Skin79. Jej przeznaczeniem jest wybielanie i niwelowanie przebarwień. Pomyślałam sobie, że fajnie sprawdzi się przy mojej cerze naczynkowej. Maska pachnie delikatnie i przyjemnie, tak jak te dwie powyżej. Zapach ok, ale nie na tyle charakterystyczny by zapamiętać go na dłużej.
Dobrze nasiąknięte bawełniane płótno, jednak zadruki trochę mnie rozczarowały. O ile kot, był wyraźnie zaznaczony o tyle panda jest jedynie lekko szara koło oczu i nie robi zbyt dobrego wrażenia. Na pewno nie zamieniłam się w pandę i gdybym nie wiedziała, to nie odgadłabym co to za zwierzak.
Na szczęście jej działanie jest naprawę zauważalne już po pierwszym użyciu. Skóra wyraźnie stała się bledsza i mniej czerwona.

Cena: 10 zł / szt (Laboo)
Ocena: 4/6


 Kirei Lifting - Weekendowy zabieg japoński - Yoskine

Weekend majowy można świetnie wykorzystać by zadbać o swoją cerę. Idealnie do tego sprawdzi się maseczka od Yoskin In-Yo Technology, którą stosujemy w 3 krokach w ciągu kolejnych 3 dni.
Od razu Was uprzedzę, że maski wystarczy na więcej niż 3 dni, więc najlepiej podzielić ją sobie tak, by zrealizowac zabieg w ciągu 6 kolejnych dni.

Kirei Lifting to maseczka w 3 krokach.
Po pierwsze (zalecane w piątek - ale grrr... zaszalejmy, zróbmy ją w środę, a co!) maseczka nr 1 zawiera kwas migdałowy. Zadaniem tej maseczki jest delikatne złuszczenie naskórka i oczyszczenie skóry. Nie jest to maseczka mocnego rażenia, więc spokojnie, obejdzie się nawet bez zaczerwienień.
Drugi krok (sobota) to maska z kwasem glikolowym. jego zadanie jest nieco bardziej zdecydowane, bo po wstępnym oczyszczeniu następuje już dogłębne penetrowanie. Maska jest w dalszym ciągu bezpieczna i stworzona do domowego użytku. Odczuwa się lekkie szczypanie, ale przecież o to chodzi.
Ostatni, trzeci krok to faza zbawiennego retinolu, który ma za zadanie wypełnić zmarszczki i poprawić strukturę skóry.
Maseczka jest gęsta, przyjemnie pachnie, całość jest kompatybilna zapachowo. Jej działanie jest perfekcyjnie zaplanowane.

Cena: 6 zł / szt (czyli 3w1) (dax.com.pl)
Ocena: 5/6


Care & Control - Oczyszczająca maseczka drożdżowa do cery trądzikowej - Soraya

Nigdy nie zagłębiałam się w linie kosmetyków do cery trądzikowej marki Soraya, nawet nie wiedziałam, że mają taką linię.
Chciałam wykorzystać maseczke, która będzie lekka i oczyści twarz równocześnie jej nie wysuszając.
W jednym opakowaniu znajdziemy dwie porcje maseczki, które tak naprawdę spokojni wystarczą na dwa razy, albo nawet na więcej, jeśli tak jak ja zastosujecie je jedynie na brodę i strefę T.

Maseczka robi robotę, pozwala fantastycznie oczyścić twarz, pozostawia przyjemny chłód na twarzy i co najważniejsze nie wysusza skóry.
Na pewno jeszcze po nią sięgnę gdy będę potrzebować, bo jest ona jednym z SOSowych produktów, a cena naprawdę sprawia, że nie odczuwa się utraty peso :)

Cena 3 zł / szt (2w1) (gdzieś stacjonarnie)
Ocena: 5/6


Fit & Fresh - Maseczki do twarzy (Mango, Granat) - Marion

Zupełnie odjechane koktajle do twarzy. Na owocowe maseczki łapię fazę co jakiś czas i zawsze podekscytowana jestem gdy jakaś nowość pojawia sie w sklepie ;)
Pierwsza z nich o zapachu mango jest maseczką liftingującą, która ma za zadanie spłycać i wygładzać zmarszczki. Przeznaczona jest do cery dojrzałej a moja już chyba taka jest :) Maseczka dzięki zawartości beta-karotenu chroni przed promieniami UV, co zdecydowanie było mi pomocne w ostatnim czasie, gdy zapragnęłam nieco zesmażyć się na solarium ;) Największym atutem jest przyjemny zapach mango, który uwielbiam :)
Maseczka o zapachu granatu jest przeznaczona do cery naczynkowej  i w zasadzie każdej skłonnej do przebarwień. Jej działanie nie jest kosmiczne i spektakularne ale jest przyjemna w konsystencji, zdecydowanie przyjemnie pachnie i pozwala się zrelaskować, a za niecałe 2 złote, jest naprawde warta uwagi

Cena: 2 zł / szt (gdzieś stacjonarnie)
Ocena: 4/6

9 kwietnia 2017

Rupieciarz i kapsuła czasu, L. A. Cambell

Często zastanawiam się dlaczego lubię literaturę dla dzieci i zawsze argumentów jest tyle, że powstałby nowy post.
Zadowala mnie odpowiedź bo lubię. I na razie musi to wystarczyć :)

Rupieciarz i kapsuła czasu, L. A. Cambell


Poznajcie Hala Rifkinda, dwunastolatka, którego problemy nie odbiegają od świata reszty dzieciaków. Uczy się przeciętnie, czasem w szkole dostaje dwóje, ale całą winę zwala na niemowlaki - bliźniaczki, z którymi musi dzielić pokój.
Matka Hala ma bzika na punkcie eko-życia i ćwiczy akupunkturę na króliku. Ojciec, to istny zbieracz, ma pokój wypełniony niepotrzebnymi sprzętami i zasłania się tym, że to jego praca. Jest złotą rączką.
Hal uważa, że jego rodzina jest dziwna, nie cierpi swojego domu i obmyśla plan jak go sprzedać, nie mówiąc nic rodzicom. Największym problemem w życiu Hala okazuje się tata, który mając dość skarg syna wymyślił, że Hal będzie woził plecak w wózku na zakupy.
Od tej pory życie Hala staje się jedną wielką udręką. Koledzy z niego drwią -zyskuje ksywę Rupieciarz, sztuka w teatrze okazuje się życiową porażką, dziewczyna, w której się podkochuje nic nie robi sobie z jego zalotów, a w dodatku nauczyciel historii wymyślił kapsułę czasu, do której każdy musi wrzucić swój dziennik.

Więc jeśli drogi czytelniku właśnie czytasz tę powieść, to odnalazłeś kapsułę zakopaną pod trybunami. Zapewniam Cię, że od tej pory możesz się już tylko świetnie bawić.



Książka ma charakter epistolarny. Każdy rozdział zaczyna się zwrotem do czytelnika. Hal w pierwszej osobie opowiada o swoich przygodach i życiu. Dzięki temu, p[oznasz go bardzo dokładnie i w przeciwieństwie do jego znajomych ze szkoły, zapewniam, że na pewno go polubisz.
Powieść wypełniona jest świetnym humorem, podejmuje tematy współczesnego świata, bliskie dzieciakom, które chodzą do szkoły i mają upierdliwych rodziców ;) I choć Hal jest dwunastolatkiem, to zdecydowanie po książkę sięgnąć mogą już młodsze dzieciaki.
Sporym atutem książki jest szata graficzna, świetna okładka w twardej oprawie z elementami grafiki, które pojawiają się na kartach książki. Wszystko jest spójne i bardzo przypomina mi serię o Koszmarnym Karolku, którą tak wszyscy kochają :)

Mnóstwo frajdy w osobliwym towarzystwie, z lekką dozą ironi. Bo czy ktoś z nas lubi być wyszydzany? 

Rupieciarz i kapsuła czasu, L. A. Cambell
Wydawnictwo Dwukropek, Warszawa 2017
Moja ocena: 9/10

  • Po przeczytaniu tej książki zyskałam 2,3 do akcji "Przeczytam tyle, ile mam wzrostu"
Pozostało mi jeszcze: 108,8 cm
 Przeczytaj moją recenzję na BookHunter.pl
Przeczytane w tym roku 28/70

6 kwietnia 2017

Cztery pory roku w afgańskiej wiosce, Anna Badkhen


Cztery pory roku w afgańskiej wiosce

Reportaże o wyplataniu dywanów


Afgańskie wioski zapomniane przez świat. W przeciwieństwie do dużych miast owianych wojenną sławą pozostają w cichej głuszy, a jednak to tam toczy się prawdziwe życie.

Anna Badkhen podróżując dotarła do miejsca, gdzie pośrodku pustyni, w miejscu zapomnianym i oddalonym od aglomeracji o wiele kilometrów mieszkają niezwykli ludzie, a przede wszystkim kobiety, których historia zatacza się wokół kolorowej przędzy.
Życie mieszkańców afgańskiej wioski nie jest już tak barwne. To miejsce, do którego nie dostają się samochody. Do wioski można się dostać na piechotę, co jest nie lada wyczynem, bądź podróżując na ośle. Mieszkańcy wioski niewiele wiedzą o świecie, nie znają obyczajów panujących w Europie, nie mają pojęcia o tym, jak daleko leży Ameryka. Jednak przede wszystkim są to ludzie bardzo ubodzy, tacy, których majątkiem jest wytwór ich rąk.

Cztery pory roku w afgańskiej wiosce o niesamowicie barwny zbiór reportaży uporządkowanych chronologicznie. To zapis podróży autorki oraz wgląd w życie mieszkańców Oki. Anna Badkhen w niesamowicie liryczny sposób opowiada historię mieszkańców, ich tradycje i obyczaje. Pokazuje świat z perspektywy kobiety, która nie do końca rozumie zwyczaje Afgańczyków, ale próbuje poznać ich świat, pokazując tym samym swój. Nie boi się opisywać rzeczy absurdalnych i przerażających, ale łagodzi je pięknymi opowieściami. Afganistan to kraj niebezpieczny, zwłaszcza dla kobiet, gdzie na każdym kroku czają się Talibowie, gdzie ludzie są wrogo nastawieni do białych kobiet. To miejsce gdzie trzeba dopasować się do otaczającej rzeczywistości. To miejsce gdzie dostęp do heroiny jest o wiele łatwiejszy niż do jedzenia.

Zdecydowanie liczyłam na tak świetne reportaże jak te w wykonaniu Anny Badkhen.

Cztery pory roku w afgańskiej wiosce, Anna Badkhen

WydawnictwoKobiece, 2016
Moja ocena: 8/10


  • Po przeczytaniu tej książki zyskałam 2,9 do akcji "Przeczytam tyle, ile mam wzrostu"
Pozostało mi jeszcze: 111,1 cm
 Przeczytaj moją recenzję na BookHunter.pl
Przeczytane w tym roku 27/70

2 kwietnia 2017

Krem do ciała Milk&Honey, koreańskie płatki z osmantusem i multimaska AA




MILK AND HONEY GOLD, ORIFLAME
Krem do ciała i dłoni



Czy Wy też czasem macie wrażenie, że jak coś jest uniwersalne i do wszystkiego to tak naprawdę jest do kitu? 
Krem z Oriflame Milk & Honey Gold to kosmetyk, który można stosować jako preparat nawilżający do całego ciała ze szczególnym uwzględnieniem skóry dłoni. 
Krem ma waniliowy kolor i konsystencję budyniu. Co dokładnie odzwierciedla zdjęcie, widać, że jest taki glutkowaty. 
Zapach mleka i miodu powinien być przyjemny, ale w przypadku tego kremu jest on tak mdły, że nie mam ochotę sięgnąć po niego po raz kolejny. 
Na plus można dodać, że fajnie się nakłada, bo ma lekką konsystencję i szybko się wchłania. 
Mimo wszystko nie będę potrafiła się z nim zaprzyjaźnić i muszę znaleźć mu nowego  właściciela.

Cena: 40 zł / 250 ml



GOLDEN OSMANTHUS EYE MASK, BIOAQUA
Płatki pod oczy z osmantusem

Zamówiłam je na Aliexpress, byłam ciekawa co to za kosmetyk, którego nie upatrzyłam jeszcze na półkach w polskich drogeriach.

Płatki to cieniutkie okrągłe kawałeczki bawełnianego materiału z otworem na oczy.
Zanurzone są w roztworze z osmath

MULTI MASKA, AA
Nawilżenie + Odżywianie

Saszetkowa maska z AA. Kolejny produkt tego typu, który testuję i który obecnie cenię sobie za to, że mogę użyć go jednorazowo, lub dokupić kolejne opakowania, jeśli mi będzie służył.

Tu w jednym opakowaniu dostajemy dwie saszetki z dwoma różnymi maskami.
Jedna z nich jest niebieska, gęsta o konsystencji masła. Ma ona za zadanie nawilżać i przynosić ukojenie. W swoim składzie ma ekstrakt z aloesu, alantoinę i masło Shea.
Druga z nich ma żółto-pomarańczowy odcien i  jej zadaniem jest odżywiać i koić skórę. W jej składzie znajduje się olejek arganowy, olejek tsubaki i olejek ze słodkich migdałów. Pomimo tego, że maska jest na bazie olejków, jest jednak dość gęsta.

Obie maski nie rozsmarowują sie zbyt dobrze na skórze. Są dość ciężkie i czuć je cały czas na twarzy.
Stosowałam je wg. zaleceń - niebieską maskę na czoło, nos i brodę. Żółtą na policzki.
Każdą trzymałam po 10 minut.
Po zmyciu skóra była nawilżona ale wciąż pozostawało uczucie ciężkości.

Nie sądzę, bym skusiła się na nią kolejny raz.


Zapomniałabym się Wam pochwalić - jakby któraś z Was miała ochotę wspólnie dograć hotel, to jestem chętna :) A jeszcze lepiej gdybym znalazła towarzyszkę podróży z Kielc lub okolicy :)