26 lutego 2017

Afryka jest kobietą, Beata Lewandowska-Kaftan

Zawsze gdy pojawia się wątek Afryki i afrykańskich kobiet bezczelnie przypominam o moich badaniach naukowych, jakie prowadziłam.
Niezwykłe są to kobiety a ich historie niewyczerpane.
Na zawsze będę darzyć Czarne Kobiety uczuciem przyjaźni i szacunku.

Gdy Edipresse (ostatnio jedno z ukochanych wydawnictw) puściło książkę "Afryka jest kobietą" to nie mogłam sobie odmówić, by nie mieć jej u siebie.



Ta książka to zbiór opowieści o afrykańskich kobietach i swoisty album.
Można się w niej zatracić słuchając opowieści o zwyczajach i tradycjach.

Beata Lewandowska-Kaftan ośmiela się mówić o wygodzie związanej z poligamią. Mężczyźni często opuszczają swoje wioski i wędrują w poszukiwaniu lepszego bytu. Nie zabierają kobiet, one zostają w wiosce, w której muszą sobie radzić. Ale nie są same. Mają obok inne żony męża, niemal przyjaciółki, które muszą trzymać się razem by przetrwać.
Dla nas brzmi to szaleńczo, a dla nich to niesamowite udogodnienie.

Czy widziałyście kiedyś kobiety z obręczami na szyi? Na pewno. Ale niektóre ludy tak jak Turkanki zamiast metalowych obręczy noszą koralikowe obręcze. O tym ile ich założą świadczy status męża. One też lubią się stroić. Nie tylko biżuteria zdobi te wyjątkowe kobiety, ale delikatne, specjalnie wyprawione skóry i spódniczki z naszywanymi skorupkami strusich jaj.

Afrykanki niezwykle mocno przeżywają dzień swojego ślubu. To dla nich wielkie przeżycie. Wyobraźcie sobie, że one są od nas Polek, średnio o 10 lat młodsze w momencie gdy wychodzą za mąż. Ale mają swoje opiekunki, które do wszystkiego ich przygotowują, już od czasu pierwszej miesiączki.
Prowadzą je przez życie jak nasze matki nie instruują nas. Bo która matka opowie o tym jak dbać o higienę podczas okresu, jakiej wody używać i jaką techniką się myć. Zapewne żadna, bo ich rady ograniczają się do kropelek na opakowaniach podpasek i przestrodze, by nie używać za wcześnie tamponów :D
Która matka w Europie rozmawia z córką jakie pozycje wybierać w łóżku by początkowo nie bolało, a potem stało się to przyjemne? Żadna. Nasze matki są zakompleksione, nawet jeśli wydaje Ci się, że możesz z nimi swobodnie o seksie rozmawiać, to tak naprawdę wciąż dekodujecie w jakiś sposób tematy łóżkowe. Nasze matki nie rozmawiają z nami o seksie, bo wiedzą, że mamy internet i używają argumentu, że i tak my, córki "jesteśmy bardziej doświadczone".

To wszystko barwne i piękne strony Afryki. Jednak kobiety tam nie mają lekkiego życia.
Muszą cięzko pracować, zajmować się wychowaniem licznej gromadki dzieci, gotować, dbać o wodę pitną, bydło i wyprawianie skór. Do tego wszystkiego wyobraźcie sobie nieziemskie upały i suszę. Pełno owadów i nieprzyjemny zapach.
Mężowie Afrykanek wcale nie są złoci, często są agresywni, ale największym problemem jest nadużywanie alkoholu.
Ogromnym problemem są też choroby. Bardzo wielu mieszkańców Czarnego Lądu jest niewidomych z powodu ogromnego zapylenia. Innym problemem są choroby genetyczne, które występują ze względu na kojarzenie krewniacze, czyli zawieranie związków z krewnymi.

Afryka jest kobietą - to zdanie z pewnością jest prawdą. W mojej wizji zawsze obraz kobiety będzie determinował Czarny Ląd.
Fantastyczna książka, niezwykłe sylwetki i tematyka ugryziona od każdej strony. W tej książce niczego nie brakuje.
Chciałabym się tam teraz przenieść i mieć możliwość kontynuowania swoich badań.
Może kiedyś będę jeszcze na tyle wolnym, niezależnym ptakiem, że będzie mi to dane.

Ps. Moje marzenia o adopcji małego, czarnego Skarba nadal są priorytetem na dorosłe życie.

Naczelne z Park Avenue, Wednesday Martin
Wydawnictwo Znak Literanova, 2017
Moja ocena: 9/10

  • Po przeczytaniu tej książki zyskałam 2,3 cm do akcji "Przeczytam tyle, ile mam wzrostu"
Pozostało mi jeszcze: 128,0 cm


 Przeczytaj moją recenzję na BookHunter.pl
Przeczytane w tym roku 21/70

25 lutego 2017

Naczelne z Park Avenue, Wednesday Martin


  Sięgając po książkę nie spodziewałam się, że będzie to książka naukowa, ale napisana w tak przystępny sposób, że pragnie się ,takich więcej.

Wednesday Martin to kobieta nauki, wybitna antropolog, kulturoznawczyni, która także ukończyła studia z literatury.

Gdy przeprowadziła się na manhattańskie Upper East Side zaczęła podpatrywać inne kobiery, które zamieszkiwały na Park Avenue. Pod lupę swoich badań wzięła matki, bo sama niedawno nią została, choć decyzję o macierzyństwie przekładała z roku na rok, jak każda wykształcona i mądra kobieta. (To nie są moje słowa, ale w zupełności się z nimi zgadzam).

Wednesday chciała wpasować się w model zachodniej matki, choć było trudno wbić się do świata zamożnych, wystrojonych, sztucznych a zarazem przerażających matek.
Na Upper East Side dzieci mają nie tylko nianie, ale i własne helikoptery z pilotem, biorą lekcje muzyki w wieku 2 lat, a w wieku 3 są już przygotowywani do rozmów kwalifikacyjnych i egzaminów wstępnych!

Matki dbają o swoje dzieci, ale o wychowaniu ich decyduje szereg instytucji i osób. One są tylko pośredniczkami.
W. Martin w swojej książce opisuje ciekawą zależność kobiet od mężczyzn. To kobiety wchodząc w związek małżeński wyzbywają się swojego pochodzenia. To one wychodzą z rodzinnych domów, to one tracą nazwisko. I o ile jeszcze zdobywają pracę i przynoszą do domu, jak to mówi autorka "korzonki"- porównując je tym samym do kobiet ludów afrykańskich, czy pierwotnych - o tyle są w pewnym stopniu niezależne. Ale takich kobiet jest na Manhattanie niewiele. Mają one swoich agentów, osoby, które pozornie pozwalają im twierdzić, że czymś zarządzają. W istocie zarządzają jedynie swoim ciałem: silikonowymi cyckami, twarzą ostrzykniętą botoksem, kontrolą szczupłej sylwetki i odmawianiem sobie pożywienia. Dla kogo to robią? Dla siebie samych, dla mężów? O tym, że poświęcenie to wynika z miłości do partnera jest wątpliwą sprawą, bo żaden z tych mężczyzn nie kryje się, że gdzieś obok prowadzi drugie życie. Większość z tych kobiet, jako rekompensatę otrzymuje coroczną premię, która oszacowana jest w intercyzie.

Swiat pełen absurdów? A jakże...
Tak też wydawało się autorce, która nie raz zirytowana przez wyniosłość tych kobiet starała się na nie patrzeć, jak na obiekt badawczy.
I dopiero w chwili gdy sama była w ciąży, a jej dziecko nie miało szans na przeżycie, tuż po jego śmierci zrozumiała, że wiele z tych kobiet to naprawdę pomocne, ciepłe i wrażliwe istoty. Takie, które mogła nazwać swoimi przyjaciółkami.

A co robi badacz? Ocenia. Nie da się prowadzić suchych statystyk bez jakiegokolwiek ukierunkowania. Badasz coś, bo albo cię to zachwyca, albo okropnie denerwuje. I okazuje się, że nawet naukowe rozważania czasem można włożyć między karty.

Książka z mocnym antropologicznym akcentem, odwołaniami do świata zwierząt, do kultur plemion afrykańskich, do kultury azjatyckiej. W "Naczelnych z Park Avenue" fakty przeplatają się z interpretacją.
Genialna książka, żałuję tylko jednego - że przeleżała u mnie na półce prawie pół roku nim po nią sięgnęłam.

Naczelne z Park Avenue, Wednesday Martin
Wydawnictwo Znak Literanova, 2017
Moja ocena: 9/10

  • Po przeczytaniu tej książki zyskałam 1,8 cm do akcji "Przeczytam tyle, ile mam wzrostu"
Pozostało mi jeszcze: 130,3 cm


 Przeczytaj moją recenzję na BookHunter.pl
Przeczytane w tym roku 20/70

24 lutego 2017

Dama z kotem, Iwona Czarkowska

Dama z kotem w głowie

Zuzanna jeszcze do niedawna pracowała w agencji nieruchomości i wiodła życie stabilne, aczkolwiek nieco zakręcone.
Na co dzień matka Jasia i Małgosi, żona Michała nie miała większych zmartwień na głowie niż zycie własne i wciubianie nosa w problemy znajomych i rodziny.
Pewnego dnia po powrocie z pracy jej mąż Michał, dotąd lekarz w szpitalu powiatowym, oświadczył, że ma dość nocnych dyżurów i postanawia przyjąć posadę wiejskiego lekarza w ośrodku zdrowia.
Na nic zdały się pomrukiwania Zu, kwestia była już przesądzona.
Cała rodzina przeprowadza się więc do urokliwej miejscowości gdzieś w Polsce, o wymownej nazwie Bangladesz. Choć podobno to jedna z bogatszych wsi.
Państwo Roszkowscy zamieszkują w pensjonacie, którym dowodzi gospodyni Aniela.
Zuzanna jest postacią całkowicie zawichrowaną i niepoczytalną. Ma tysiące pomysłów w głowie i fajtłapowaty charakter. Nic więc dziwnego, że przydarzają się jej historie nie z tej ziemi.
Podpalone włosy, pogryzienie wiewiórki, podtopienie - to mogło przydarzyć się tylko jej. Nie na darmo mąż i siostra nazywają ją wariatką.
Gdy po przeprowadzce pani Aniela nie zaszczyca Roszkowskich swoją obecnością, Zuzanna jest przekonana, że kobieta została porwana dla okupu.
Od tej pory postanawia założyć własną, prywatną, agencję detektywistyczną.
Powieść jest naprawdę komiczna, ale przypadnie do gustu raczej sprecyzowanej grupie osób.
Osobiście wolę humor w bardziej okrytej szacie i nie przepadam za tym co dosłowne.
Sama postać Zuzanny jest nieco irytująca i nie chciałabym spotkać jej w swoim życiu.
To trochę taki człowiek, którego zwykłam nazywać "chuchu" i w życiu raczej wolę otaczać się ludźmi spokojnymi i nie zakłócającymi mojej wewnętrznej harmonii.
Widać przekłada się to także na świat literackich doznań.
Sam pomysł stworzenia powieści tak specyficznej rodzinki osadzonej w wiejskich realiach był niezły, ale ostatecznie nic tam nie powaliło mnie na kolana, a zwłaszcza specyficzny humor.
Dama z kotem, Iwona Czarkowska
Wydawnictwo Replika, 2017
Moja ocena: 6/10

  • Po przeczytaniu tej książki zyskałam 2,5 cm do akcji "Przeczytam tyle, ile mam wzrostu"
Pozostało mi jeszcze: 132,1 cm


 Przeczytaj moją recenzję na BookHunter.pl
Przeczytane w tym roku 19/70


21 lutego 2017

Biuro przesyłek niedoręczonych, Natasza Socha

Chciałam opublikować tę recenzję nim u mnie w górach stopnie śnieg.
Spodziewam się, że rano nie będzie już po nim śladu.

A czy u Was jeszcze gdzieniegdzie biało?


Gdy "dwoje ludzi spotyka się tylko po to, by stwierdzić, że zostali dla siebie stworzeni".

Zuzanna ma dopiero 23 lata, ale w jej życiu wydarzyło się coś, co przekonało ją o tym, by naprawić błędy. Niestety nie swoje, bo na to było już zbyt późno.
Kilka lat wcześniej ojciec odszedł od matki. Zuzanna napisała do niego przejmujący list. Od dawna chciała go wysłać, jednak ciągłe wątpliwości jej w tym przeszkadzały. Tak naprawdę nigdy go nie wysłała. Ojciec zmarł na zawał.
Pełna niespełnionej misji pragnie naprawiać świat.
Przeprowadza się do maleńkiej miejscowości, gdzie funkcjonuje Biuro przesyłek niedoręczonych.
Co to za miejsce? Mały magazyn, do którego trafiają listy i paczki bez adresatów.
Gdy Zuzanna odnajduje listy w podobnych papeteriach czuje, że coś je ze sobą łączy.
Postanawia złamać tajemnicę korespondencji odkrywając tym samym sekret dwojga ludzi, którzy pokochali się na całe życie, ale spotkali się w życiu tylko na moment.
Tekla właśnie dostała posadę nauczycielki. Niefrasobliwy przypadek sprawił, że w brukowej posadzce utknął jej obcas.
Na ratunek przyszedł jej młody mężczyzna o niespotykanym imieniu Gaspar.
Przegadali cały dzień. Ich serca zaczęły bić jednym rytmem i połączyło ich uczucie, które początkowo można nazwać zakochaniem.
Przewrotne jest życie i nie pozwoli zawsze kończyć się happy endem.

Gaspar musi wyjechać na studia do Niemiec, by po ich ukończeniu przejąć aptekę po ojcu. Obiecuje, że wróci na święta. Umawia się, że w Wigilię spotkają się z Teklą i jeśli wciąż będą mieć ochotę by być razem, to ich uczucie przetrwa.
Gdy nadchodzi upragniona Wigilia Gaspar czeka na Teklę na placu. Tekla czeka na Gaspara. Okazuje się jednak, że oboje czekają w innym miejscu.
Zrezygnowani odchodzą, ale każdego roku przez trzydzieści kilka lat przychodzą w to samo miejsce.
Nigdy jednak się nie spotykają. Ich drogi rozmywają się przez te wszystkie lata.
Każdego roku przed Wigilią wysyłają do siebie list. Listy bez konkretnego adresu również nie dochodzą do adresatów. Trafiają jednak do biura, w którym pracuje Zuzanna.

Zuzanna postanawia połączyć historię tych dwojga ludzi, których rozdzieliła banalna pomyłka.
Jak odnaleźć Teklę, dziewczynę o długim czarnym warkoczu i aptekarza Gaspara w trzydzieści lat, po ostatnim spotkaniu.
Niezwykle klimatyczna powieść, która pachnie grzanym winem, piernikiem i papeterią.
Zabawna kreacja wielu postaci, o niesamowitym przekroju charakterów. A do tego pocieszna lotopałanka karłowata.
I tylko jedyne co mi przeszkadzało w powieści to zbyt mocne trzymanie się autorki faktów wyjętych zapewne z archiwalnej prasy.

Biuro przesyłek niedoręczonych, Natasza Socha
Wydawnictwo Pascal, 2016
Moja ocena: 9/10

  • Po przeczytaniu tej książki zyskałam 2,3 cm do akcji "Przeczytam tyle, ile mam wzrostu"
Pozostało mi jeszcze: 134,6 cm


 Przeczytaj moją recenzję na BookHunter.pl
Przeczytane w tym roku 18/70

19 lutego 2017

Fizymatenta, Kazimierz Kutz

Brakowało mi nieco publicystyki.
Nie mogłam więc nie pozwolić sobie na książkę Kutza, której zapowiedzi widziałam już od dawna w sieci.


Kazimierza Kutza znają chyba wszyscy. Ale nie byłabym sobą, gdybym nie powiedziała kim jest.

Urodził się w Katowicach i Ślązakiem czuje się w każdej cząstce swojego ja.
Jest znanym reżyserem zarówno filmowym jak i teatralnym, scenarzystą i  politykiem.
Ostatnio sporo pisze.
Jest autorem książki o Śląsku "Piąta strona świata".
A przez kilkanaście lat był autorem felietonów dla katowickiego wydania "Gazety Wyborczej"

Fizymatenta to zbiór felietonów z lat 2004-2016.

W książce Kazimierz Kutz zawarł całkiem pokaźną ilość felietonów, bo o ile dobrze naliczyłam, to jest ich aż 116.
Każdy zawiera trafne przemyślenia, sformułowane tak, by i czytelnikowi przyniosły cień interpretacji świata.
Kutz nie boi się tematów aktualnych i trudnych,
Jest człowiekiem o zdeklarowanych poglądach, zwłaszcza politycznych.

W swojej książce dotyka tematów codziennych, typowo polskich i typowo śląskich.
Nie omija tematów trudnych dla wszystkich Polaków i interpretuje po swojemu katastrofę samolotu prezydenckiego z 2010 roku.
Lustruje politykę i polityków, wsadza palec w konflikty i rozważa niewygodne sprawy.
Na tapetę bierze świat kultury i ten miniony i wciąż trwający.
Chyli czoło nad wielkimi i zasłużonymi.
A innym razem pluje w mordę tym, którzy sami sobie napluć powinni.

Genialny język, trafne oko i wysublimowane zdania.
To wszystko sprawia, że Kutza można będzie cytować jeszcze przez dobrych kilkanaście lat.
I wciąż będzie aktualny.

Fizymatenta, Kazimierz Kutz
Wydawnictwo Agora, 2017
Moja ocena: 8/10

  • Po przeczytaniu tej książki zyskałam 2,6 cm do akcji "Przeczytam tyle, ile mam wzrostu"
Pozostało mi jeszcze: 136,9 cm


 Przeczytaj moją recenzję na BookHunter.pl
Przeczytane w tym roku 16/70

15 lutego 2017

Pod presją, Michelle Falkoff


Presja dla jednych jest motorem napędowym do działania, ale słabszych może doprowadzić do poważnych naruszeń psychiki. 

Kara stoi właśnie przed poważnymi życiowymi wyborami. 
Ostatnie dni w szkole.
I ten najważniejszy egzamin w życiu. 

Dla rodziców Kara od zawsze była idealnym dzieckiem. 
Taką chcieli ją widzieć. 
A dziewczyna pragnęła utrwalać w ich głowie ten obraz. 

Wszystko co dotychczas robiła, to dla nich,.


Najlepsza uczennica, utalentowana pływaczka. 
Perfekcyjna córka, perfekcyjna Kara. 


To rodzice sterują jej życiem, myślą, że Kara też tego pragnie. 

Jest tuż na mecie by dostać się na Harvard. 
Naraz Kara uświadamia sobie, że nie tego w życiu pragnie. 
Presja jaką wywierają na niej rodzice zaczyna ją przygniatać. 

Dziewczyna ucieka w świat nowych znajomych, imprez i zielonych tabletek, które pozwalają zapomnieć i wyluzować. 

Kara zdaje sobie sprawę, że nie jest to właściwe rozwiązanie. 
Gdy postanawia przestać, okazuje się, że nic nie jest już takie proste. 
A dodatkowo jest ktoś, kto uwiecznił jej upadek i nie zamierza odpuścić. 


Jeśli chcecie wiedzieć jak potoczą się dalej losy szantażowanej Kary, zapraszam do lektury. 

Książkę czyta się naprawdę bardzo przyjemnie i szybko. Problem Kary jest uniwersalny i wiele nastolatek może się z nią utożsamiać. Presja rodziców i społeczeństwa może doprowadzić człowieka do upadku. Ważne jest by umieć z nim walczyć. I nie szukać najprostszych rozwiązań. 


"Pod presją" Micjelle Falkoff to powieść, którą można przyjąć za antyprzewodnik, jak w życiu nie postępować. I przede wszystkim jak nie ulegać presji. Bo najwłaściwiej jest postępować według własnego planu i swojego sumienia. 

Pod presją, Michelle Falkoff
Wydawnictwo Feeria Young, 2017
Moja ocena: 7/10

  • Po przeczytaniu tej książki zyskałam 2,2 cm do akcji "Przeczytam tyle, ile mam wzrostu"
Pozostało mi jeszcze: 139,5 cm


 Przeczytaj moją recenzję na BookHunter.pl
Przeczytane w tym roku 16/70

13 lutego 2017

Podbój, Elle Kennedy - moja rekomendacja z okładki

Dziś mam zaszczyt przedstawić Wam książkę, do której miałam przyjemność poczynić rekomendację :)

Znajdziecie na okładce również rekomendację moich koleżanek z portalu www.BookHunter.pl bo to dzięki niemu mogłyśmy dostąpić tego zaszczytu :)

Sam BookHunter  przejął nad książką patronat


Podbój jest trzecim tomem cyklu Off-Campus autorstwa Elle Kennedy.
I choć okładki były mi znane to sięgając po książkę nie miałam świadomości, że to któryś z kolei tom.
Cieszę się, bo ten fakt zawsze mnie demotywuje.

Choć akcja kręci się wokół tego samego Campusu a bohaterami są hokeiści i seksowne studentki, to fabuła nie przeciąga się z powieści na powieść.
Jeśli nie czytaliście poprzednich tomów, to nic nie tracicie.

Dean to lovelas i akademicki playboy.
Gra w drużynie hokeja, jest seksowny i uwodzicielski, bogaty i inteligentny.
Nie znosi porażek, a że jest seksoholikiem, to w tych sprawach otrzymuje zawsze to, czego oczekuje.

Tymczasem Allie, dziewczyna, którą sobie upatrzył leczy zranione serce po rozstaniu z chłopakiem.
To był długi związek pełen zaangażowania, więc Allie nie w głowie przelotne romanse, przede wszystkim dlatego, że nie reprezentuje takiego stylu bycia.

I tak jak skomplikowane bywa życie, tak komplikują się losy bohaterów.
Allie po jednej z imprez ląduje w łóżku Deana
A zasadniczy Dean, który nigdy nie miał panienki na drugą noc nagle zabiega o spotkanie z dziewczyną.

Jeśli chcecie wiedzieć czy ta para ma szanse na związek, to zapraszam do lektury.
Dziś premiera.
Jutro walentynki, a w książce nie brakuje ostrych scen seksu i sprośnego języka.



Wydawnictwo Edipresse, 2016
Moja ocena: 7/10
  • Po przeczytaniu tej książki zyskałam 3,2 cm do akcji "Przeczytam tyle, ile mam wzrostu"
Pozostało mi jeszcze: 141,7 cm


 Przeczytaj moją recenzję na BookHunter.pl
Przeczytane w tym roku 15/70

Maska Moisture + Aqua Bomb od Garnier

Dziś pokażę Wam maskę, którą w grudniu sprezentowała mi marka Garnier.
Postanowiłam, że oszczędzę Wam przerażającego widoku w masce, bo chyba nie o sam widok tu chodzi a o działanie i efekty.
Sama zresztą nie przepadam za widokiem kobiet w maskach. Ani to ładne ani niczemu nie służące.
Rozumiem wyjątki, gdzie są to jakieś maski z nadrukami, gdzie trzeba pokazać wnętrze.


Maska umieszczona jest w ładnym dla oka opakowaniu.

Jej głównym zadaniem jest maksymalne nawilżenie skóry  w optymalnym czasie 15 minut.
Takie nawilżenie ma zapewnić tygodniowy efekt.

Garnier wypuszczając tę maskę na rynek wzorował się na popularnych azjatyckich maskach (o misiowej masce pisałam TU) jednak nie jest to aż tak nowatorskie działanie, bo maski w płachtach pojawiają się na polskim rynku od rodzimych producentów, czy od zachodnich koncernów.

Maska dodatkowo zawiera ekstrakt z granatu, który ma wzmacniać efekt nawilżenia.

Maska to prawdziwa bomba jeśli chodzi o nawodnienie ;)
Mam tu na myśli jej obfite namoczenie w opakowaniu.
Płynu jest tak dużo, że wszystko pływa,
Wiedziona doświadczeniem poprzednich przygód z mokrymi maskami postanowiłam ją otworzyć nad umywalką
Wam też tak radzę zrobić

Maska składa się z dwóch warstw.
Jedna jest bawełniana w białym kolorze, druga nieco foliowa w niebieskim.
Do twarzy dokleją się białą, bawełnianą warstwę, po czym rozdziela się je od siebie i niebieską warstwę usuwa.
Na twarzy pozostaje więc tylko bawełniana warstwa.

Maska ma delikatny zapach, ale raczej pozostający bez echa.
Ani piękny, ani nieładny.

Po 15 minutach od nałożenia maskę należy zdjąć i wyrzucić.
To co zostanie na skórze, ma konsystencję serum i można wmasować je palcami.

Skóra jest fajnie nawodniona.
Myślę, że efekt ten utrzymuje się do kilku dni.

Jeśli chcecie zacząć przygodę z tą maską, to polecam kupić przynajmniej  i aplikować je co 2-4 dni.

Cena : 9-10 zł
Ocena: 3/6

12 lutego 2017

Multimedialna malowanka z piosenkami Beatlesów, Beata Pawlikowska

Dlaczego uwielbiam Beatę Pawlikowską? 
Bo jest genialna, twórcza i pragmatyczna zarazem. 
Bo żyje w zgodzie z sobą i jest poukładana. 

Bo ma wewnętrzną harmonię, którą potrafi eksponować. 

A jak Ty stracisz swoją harmonię, to musisz ją odzyskać. 

Pewnie już kiedyś mówiłam jak ja to robię. 
A co mi szkodzi, że powiem jeszcze raz... 
Zwłaszcza, że mam ku temu okazję. 



Myślałam, że świat kolorowanek nie jest już w stanie mnie zaskoczyć. 
Było Doodle, były ornamenty, kwiatowe wzory. 
Były zwierzęta, mandale.
Były kolorowanki antystresowe. 

Ale to? 
Naprawdę przerosło moje oczekiwania. 

Książka ma grubą oprawę, to duży plus. 
Ja kolorowanki zabieram wszędzie tam, gdzie chcę odpocząć.
Gruba oprawa ochroni ja w walizce. 

Przyznam szczerze, że Beatlesów nigdy nie słuchałam sama z siebie. 
Ale zawsze krążyły gdzieś w mojej czasoprzestrzeni gdy rodzice słuchali ich utwory. 
Nigdy nie zagłębiałam  się w ich teksty. 
A teraz mówię:
są genialne!

Beata Pawlikowska wybrała swoje ulubione piosenki Beatlesów. 
Wspólnie z Maciejem Szymanowiczem stworzyli całą galerię świetnych kart do kolorowania. 

Układ kolorowanki jest powtarzalny. 
Ma to swoją świetną ideę. 



Po prawej stronie książki umieszczone są teksty piosenek w dwóch kolumnach. 
Po prawej polskie tłumaczenie, Po lewej oryginalny tekst. 
Na dole pod nimi można nieco przeczytać o samym utworze.
A są to ciekawe smaczki. 
Na samym dole prawej strony znajduje się rysunek do zeskanowania aplikacją Tap2C. 
Genialna opcja, od której się uzależniłam. 
Wystarczy jeden klik i na ekranie telefonu pojawia się klip z piosenką, do której dedykowana jest kolorowanka.

I tak sobie słucham. 
I koloruję. 
I stwierdzam, że Beatlesi są idealnie nastrojowi. 
Czy oni czasem nie robili piosenek do kolorowanek?
Nie? Aha.. :) 

Po lewej stronie książki są same kolorowanki 
Często składają sie z powtarzalnych fragmentów na bazie kwadratu czy prostokąta. 
Mają mnóstwo małych elementów. 
Sprawiają, że można tworzyć ciekawe dziełka sztuki :) 

Co będę dużo mówić. 
Jestem zakochana w tej książce!


Wydawnictwo Edipresse, 2016
Moja ocena: 10/10
  • Po przeczytaniu tej książki zyskałam 1,7 cm do akcji "Przeczytam tyle, ile mam wzrostu"
Pozostało mi jeszcze: 144,9 cm


 Przeczytaj moją recenzję na BookHunter.pl
Przeczytane w tym roku 14/70

11 lutego 2017

Szampon i odżywka Joico, Moisture Recovery

Zawsze tak mam !

Gdy coś kosztuje więcej niż przeciętny produkt, to oczekuję spektakularnych efektów.
Z jednej strony trochę to niepoważne, z drugiej logiczne, bo to, co droższe powinno być lepsze.

Tym razem wzięłam pod lupę szampon i odżywkę Moisture Recovery.
Sięgnęłam po nią, bo moje włosy od kilku miesięcy robią mi psikusa.
I to taki dziwny objaw, bo im więcej w nie inwestuję, tym robią się bardziej upierdliwe.

Szukam, szukam przyczyny i nie wiem, co powinnam sobie zarzucić.
W pierwszej kolejności pewnie prostownicę do włosów.
Ale w to też zainwestowałam, bo kupiłam Remingtonową prostownicę z keratynową wkładką.

Tymi zamęczonymi żalami zaczynam docelowo opisywać produkt.


Głównym zadaniem tego duetu jest przywrócenie włosom odpowiedniego nawilżenia i nadanie im dodatkowego blasku.
Zestaw mogą używać wszyscy, bo przeznaczony jest dla każdego rodzaju włosów, choć co prawda sięgną po niego osoby, z suchymi i wymagającymi nawilżenia włosami.

Decydując się na zestaw moim oczom ukazał się duet dwóch identycznych buteleczek.
Obie są umieszczone w granatowym opakowaniu i odróżnić można je jedynie czytając napis. Nie powiem, że to mnie nie irytuje. Trzymam je w koszyku i gdy wyciągam to działa prawo Murphy'ego i zawsze najpierw sięgam po odżywkę. Faak..
Zwłaszcza gdy mam chwilę by ogarnąć się przed wieczornym wyjściem, gdy czas gra największą rolę;)
Oba mieszczą się w opakowaniach o obj. 300  ml



Szampon i odżywka - te pojęcia będą funkcjonować tu niemal obok siebie, bo do tej pory nie zdarzyło mi się używać ich osobno. Pewnie kiedyś to nastąpi, bo teraz w trakcie używania widzę, że szampon ubywa z butelki w szybszym tempie niż odżywka.

Oba kosmetyki mają taką samą nutę zapachową. Pachną delikatnie i jak dla mnie to jest to mieszanka ziołowego zapachu z grejpfrutem. Całkiem przyjemny zapach, ale nie z kategorii tych, którymi chcesz pachnieć cały dzień:)

Szampon ma dość lejącą konsystencję, ale w miarę zużycia trzeba mocniej docisnąć butelkę by wypłynął. Nie jest więc bardzo rzadki, ale też ma jednolitą formułę i nie jest zglutkowaciały.
Szampon nie pieni się zbyt dobrze, dlatego mam wrażenie, że nie domywa włosów, czynność nałożenia szamponu zawsze więc powtarzam po poprzednim spłukaniu. Wtedy jest już lepiej i piana staje się bardziej obfita. Z tego też względu szampon ubywa mi w szybszym tempie niż odżywka.
Włosy po jego użyciu (zaznaczam, że tylko na mokro, bo zawsze potem nakładam odżywkę) nie są spektakularnie miękkie i gładkie. Nawet powiedziałabym, że na tyle szorstkie, że konieczne jest użycie odżywki - co zresztą od razu mam ochotę uczynić już po samym spłukaniu, by pozbyć się tego sznurkowatego uczucia.

Odżywka ma gęstą kremową konsystencję, początkowo z zupełną łatwością wydostaje się ją z butelki, ale z czasem konsystencja w połączeniu z dość twardym tworzywem utrudnia to zadanie.
Odżywka miło nakłada się na włosy. Jej śliska formuła pozwala na rozprowadzenie jej na całych włosach. Czuć pod palcami jak włosy ją chłoną i rozdzielają się w pasma.
Dobrze się spłukuje.

Zastosowanie duetu nie sprawia, że włosy od razu są fantastyczne. Ja zużyłam już ponad połowę opakowań tych kosmetyków i jako takiej znacznej poprawy nie widzę.
Włosy owszem, nie są napuszone. Są miękkie w dotyku.
Od samego początku liczyłam na efekt tafli sypkich, błyszczących i świetnie nawilżonych włosów.
Tego niestety ten duet mi nie zagwarantował.

W ogólnej ocenie dałabym mu szkolną 4kę.
Szampon i odżywka są dobre, po prostu dobre.
Ale za wysoką ceną powinna moim zdaniem iść w parze znaczna poprawa włosów.

Cena: 120 zł / zestaw


8 lutego 2017

Pijane banany, Petr Sabach

Ci, którzy wiedzą o mnie nieco więcej doskonale wiedzą, że gdyby nie Polska to albo Czechy albo Norwegia.
W Czechach są ludzie, których uwielbiam, którzy poprawiają mi humor od samego sięgnięcia ręką po bułkę o 6:30, natomiast w Norwegii są przepiękne krajobrazy i mroźny klimat.
I zupełnie na odwrót: to co drażni mnie u Czechów to brak wewnętrznej motywacji do zmian, a u Norwegów nie znoszę sztywnego uosobienia.

A wszystko to przekłada się na literaturę bo i czeską i norweską kocham tak samo.
Co z tego, że na czeskiej zatrzymałam się gdzieś w okolicach Hrabala, Capka czy Kundery

To kawał dobrej literatury, ale czas sięgnąć w końcu po coś współczesnego :) i tu z pomocą przychodzi Wydawnictwo Afera, które publikuje czeskie powieści. Więc za jednym zamachem zamówiłam trzy :)

Dziś zaglądam do pierwszej z nich, wydanej w co prawda grubej oprawie, ale niemal kieszonkowym formacie.





Pierwszy raz mam taki chaos w głowie, że nie wiem od czego zacząć :)
A chciałabym od czterech rzeczy. Może wybiorę najbardziej logiczną opcję :)

Petr Sabach to czeski pisarz, bardzo znany w swoim kraju a z czego znany? Nie tylko z podobno świetnych książek ale z niebanalnego i w zasadzie prostego humoru, który sprawia, że jego opowieści są tak wyjątkowe.

Książkę Petr napisał w 2001 roku, u nas pojawiła się dopiero w 2015. Ale za to już 9 lat temu można było u nas obejrzeć film na podstawie książki. Tytuł bardzo wymowny "Pupendo" - kojarzycie? ja nie :)

Nim przejdę do fabuły a potem oceny to jeszcze powiem Wam czym są pijane banany. To nic innego jak deser - bananowy i z alkoholem. Tym deserem kiedyś uraczył się ojczym głównego bohatera po wyjściu z odwyku. Zjadł nim wrócił do domu takich pięć, a wracać musiał już na czworaka.

Narratorem powieści jest 16 letni chłopak, którego młodość przypada na czasy czeskiego komunizmu. Jak w każdej "komunie" tak i tu, w tej książce znajdziecie mnóstwo absurdów, nieraz gorzkich ale w większości zabawnych.
Nastolatek ma wsparcie w matce, która po porzuceniu przez męża (i ojca chłopca zarazem) szybko znalazła pocieszenie w ramionach rzeźbiarza-ochlejmordy. Ale najbardziej istotną sprawą są kumple. Barwni i zabawni. Na przykład jeden z nich jest głuchoniemy i uzależniony od "jazdy na ręcznym". Przy czym by nie zakłócać rodzinie egzystencji przeważnie robi to w piwnicy. Koledzy są na tyle taktowni, że nim wchodzą dają mu "znaki świetlne" klikając kontaktem na klatce schodowej.
Rozważania chłopców krążą wokół wielu tematów, pojawiają się pierwsze używki, ucieczki z domu a sens ich życia stanowi rozważanie na temat tego, czy naprawdę byli najszybszymi plemnikami w całym stadzie. A może jednak gdzieś na finiszu najmocniejszy się zmęczył, skonał i tak oto on, słaby plemnik wpłynął gdzie było trzeba...

Zabójcze :)

Nie obyło się też bez pierwszych miłości. Daniela, obiekt westchnień bohatera książki niestety już ma swojego chłopaka, miejskiego koksa o ksywie Żołądź. Nie bez znaczenia jest fakt, że jednak też podkochuje się w nastolatku-bohaterze. Ten wątek również pełen jest dobrej zabawy, gdy Daniela chcąc ukryć chłopaka przed Żołądziem, przebiera go za dziewczynę. Komizm sytuacji przybiera na sile gdy koks zaczyna obmacywać "przebraną panienkę" podczas nieobecności Danieli.

Już trochę Wam zdradziłam, ale jestem przekonana, że z chęcią sięgniecie po tak fantastyczną książkę. I wiem też, że tak jak ja pokochacie literaturę czeską. I mam nadzieję, że Czechy też ;)


Pijane banany, Petr Sabach
Wydawnictwo Afera, 2015
Moja ocena: 7/10
  • Po przeczytaniu tej książki zyskałam 2,2 cm do akcji "Przeczytam tyle, ile mam wzrostu"
Pozostało mi jeszcze: 146,6 cm


 Przeczytaj moją recenzję na BookHunter.pl
Przeczytane w tym roku 13/70


5 lutego 2017

Urocza maska w płachce: E.G.T Timetox Ampoule Mask od Mediheal I Line Friends

Gdy tylko ujrzałam ją na TkMaxxowej półce wiedziałam, że będzie moja.
Uroczy Miś w lekarskim kitlu. Ooooou :) To takie w moim stylu :)

Kocham takie słodkie kosmetyki, niby dla dzieci a jednak dla dużych bab :)
I pieprzyć fakt, że to mężczyźni są dużymi dziećmi.
My kobiety to tak naprawdę wciąż małe, słodkie dziewczynki, które lubią się rozpieszczać :)

I tak oto maska wpadła do koszyka :)



Skąd może pochodzić tak odjechana maska? Tak, zgadłaś - to koreański kosmetyk ;)

Ma żółte sporej wielkości opakowanie. Na opakowaniu przesłodki miś.
Początkowo zasugerowałam się, że jest to maska w płachcie z zadrukowanym zwierzakiem jak te od Skin79 i naprawdę tego się w środku spodziewałam. Ale o tym zaraz :)

Maska ma za zadanie opóźnić starzenie skóry, wygładzić ją i w delikatny sposób napiąć skórę twarzy. Nałożenie maski ma sprawić, że skóra będzie piękna, promienna i miękka w dotyku.

W składzie maski znalazł się m.in. kolagen, wyciąg z róży damasceńskiej czy miód.

Po otwarciu maski ujrzałam białą płócienną płachtę.
Moje rozczarowanie wynikało z faktu, że po nałożeniu mogłam pomarzyć o zostaniu uroczym misiakiem, bowiem miś był tylko symboliczną grafiką gdzieś z boku maski. Pochlipałam sobie troszkę, ale bez większego focha i tupania nogą nałożyłam maskę.



Maska pachnie delikatnie i jest dość intensywnie nawilżona.
Po założeniu początkowo czuć delikatny chłód, ale zaraz robi się bardzo miło.
Sama maska jest naprawdę delikatna i dobrze przylega do skóry. Dopasowanie otworków sprawiło nieco problemu, ale o tym przekonałam się już przy niejednej płachcie i przyjęłam za fakt, że mam niewymiarową twarz :)

Maskę trzyma się na twarzy 15-20 minut, po usunięciu składniki aktywne pozostałe na skórze mają się wchłonąć i tak też się dzieje, przy czym ja pomogłam sobie nieco je wmasowując.

Skóra faktycznie po użyciu jest miła w dotyku, napięcie jest jednak tylko lekko wyczuwalne.

Na opakowaniu zaleca się używanie maski 2-3 razy w tygodniu przez okres  tygodni.
Ja niestety miałam tylko jedną maskę. Gdy chciałam kupić kolejną, to już ich nie było :)
Przeżyję fakt, że spróbowałam i ta słodka formuła całkowicie mnie urzekła.

Ok. 9 zł / maska (TkMaxx)