30 stycznia 2017

Brunatna kołysanka. Historie uprowadzonych dzieci, Anna Malinowska

To wojna. A wojna zawsze jest zbrodnią. Zawsze, bez względu na epokę, będzie w niej miejsce nie tylko na heroizm i ofiarność ale również na zdradę, podłość, cios w plecy. Bo inaczej nie da się walczyć. Bo inaczej już przegrałeś.  Siergiej Łukjanienko – Nocny patrol

 Człowiek w obliczu wojny przestaje być człowiekiem. Literatura niejednokrotnie wyciąga ze swojego skarbca kolejne przykłady.
Wśród nich nie brakuje historii dzieci. W większości, te maluchy to po prostu sieroty.
Dziś opowiem Wam o książce, w której sierocy los najmłodszych został zaplanowany z góry.
Brutalna kołysanka - dokument o uprowadzonych dzieciach


Lebensborn to nazistowskie instytucje opiekuńczo-wychowawcze, które można porównać do naszych Domów Dziecka.
Lebensborn w tłumaczeniu znaczy 'źródło życia' i nie przerażałby mnie ten fakt, gdybym nie sięgnęła po książkę Anny Malinowskiej.

Autorka zebrała historię kilku polskich dzieci, które w czasie wojny zostały porwane do niemieckiego zakładu założonego przez Himmlera.
Porwania dzieci odbywały się gdy czujność rodziców była uśpiona: gdy zostawały pod opieką dziadków, gdy rodzice akurat byli czymś zajęci, jednak najczęściej uprowadzano dzieci podczas badań kontrolnych, gdy rodzice tracili z oczu swoje dzieci - nieraz już na zawsze.

Naziści mieli dokładnie sprecyzowane plany. Potrzebowali tylko jasnych blondynów i blondynki, koniecznie o niebieskich oczach, najlepiej jak najmłodszych. Taki typ urody idealnie wpasował się w ich założenie o wspieraniu rasowych i wartościowych pod względem dziedziczno-biologicznym dzieci. Geny miały też niebagatelne znaczenie, dlatego nie porywano przypadkowych dzieci.

Losy bohaterów książki są przeróżne. I choć kończą się odnalezieniem dzieci przez polskich rodziców, to szczęśliwy koniec czasem jest tylko pozorny.
Niektóre z dzieci przebywały u swych adopcyjnych niemieckich rodziców tak długo, że zapomniały języka polskiego. Inne tak przywiązały sie do nowych rodzin i warunków życia, że nie mogły zaklimatyzować się w Polsce. Niektórzy zaakceptowali fakt, że wrócili do swoich korzeni, ale wciąż pragneli kontaktów z Niemcami.

Dokument Anny Malinowskiej ukazuje prawdziwe historie, nieraz przerażające, innym razem wzruszające, lecz zawsze tak samo poruszające. Takie świadectwa dają współczesnym ludziom wyobrażenie o paradoksie szczęścia jednych osób budowanego na dramacie innych.
Książka opatrzona licznymi zdjęciami, w twardej oprawie, wobec której ciężko przejść obojętnie.

Brunatna kołysanka. Historie uprowadzonych dzieci, Anna Malinowska
Wydawnictwo Agora, 2017
Moja ocena: 8/10
  • Po przeczytaniu tej książki zyskałam 2,8 cm do akcji "Przeczytam tyle, ile mam wzrostu"
Pozostało mi jeszcze: 151,1 cm


 Przeczytaj moją recenzję na BookHunter.pl
Przeczytane w tym roku 11/70

29 stycznia 2017

Dermaglin - glinkowy świat maseczek

Dermaglin to marka kosmetyków, której prosukty opierają się na zastosowaniu w nich zielonej glinki.

O glince kambryjskiej zapewne już czytaliście, ale zbierając to, co najważniejsze jest naturalną skałą osadową, wydobywaną ręcznie na głębokości 40 m. Poddana oczyszczaniu i filtracji wędruje do naszych kosmetyków jako najlepszej jakości zielona glinka kambryjska.

Moja przygoda z glinką zaczęła się już jakiś czas temu, gdy kupiłam pojemnik suchej zielonej glinki do samodzielnego przyrządzania.
I tak przez pewien czas nie czułam potrzeby sięgania po gotowce drogeryjne.
Aż do pewnego razu gdy przypadkowo trafiły do mnie dwie maski: do stóp i do twarzy.

Wtedy pomyślałam, że to jest to!

Ja przyrządzając maseczki raczej powielałam schemat: woda różana, olejek arganowy i zazwyczaj to wszystko.

Do przodu hej! - pomyślałam i stałam się posiadaczką kilku kolejnych maseczek.

Dziś chcę Wam pokazać ich bogactwo. A dodam, że to tylko kilka podstawowych maseczek z oferty, bo Dermaglin posiada ich naprawdę sporo w swojej ofercie. I nie tylko do twarzy. I nie tylko dla kobiet.


Maseczka do skóry głowy 

Maseczka ma zieloną barwę, delikatny zapach, który jest raczej neutralny i na pewno nie jest nieprzyjemny. Maska ma bardzo gęstą konsystencję. Naniesiona na dłonie nie zjeżdża i nie rozpływa się, co pozwala na sprawną aplikację. W masce pojawiają się grudki, co jest naturalne i nie wpływa na działanie ani na rozporowadzenie glinki.
Nakładanie nie należy do najbardziej przyjemnych, bo maska troszkę ciągnie włosy i nałożenie jej bezpośrednio na skórę jest nieco niemożliwe, ale poświęcając trochę czasu byłam w stanie uzyskać zadowalający efekt.
Maski w opakowaniu jest 20 g ale ilość ta okazała się zbyt obfita, bym mogła ją w całości wykorzystać.
Jedna aplikacja wystarczyła by zobaczyć efekt, włosy naprawdę przestały się przetłuszczać. 
Resztę maski wyrzuciłam, bo nie chciałam ich zbyt mocno przesuszyć.

Maska po nałożeniu zastyga na włosach przez jakieś 15 minut. Po tym czasie spryskałam włosy olejkiem arganowym i mgiełką z jantara. Maska nieco się rozpuściła. Przed umyciem włosów długo polewałam je wodą, by nie wyszarpać sobie ich z cebulkami. Nanosząc szampon też trzeba uważać, bo zbyt mocne tarcie może uszkodzić strukturę włosa. Umyłam głowę szamonem 3 razy, nałożyłam odżywkę a później maskę.
Włosy po umyciu były dość szorstkie i nieco kredowe w dotyku.
Postanowiłam dodatkowo je nawilżyć.

Proteiny jedwabiu sprawiły, że włosy ładnie błyszczały po umyciu. 
Na pewno jeszcze kiedyś sięgnę po tę maskę, bo zdecydowanie ma świetne działanie dla włosów, które się przetłuszczają.



Maseczka peeling odświeżająca 

Maseczka o gęstej konsystencji. Kolor właściwy dla zielonych glinek. Maska praktycznie bezzapachowa z lekką nutą gliny. Nie wpływa to na odbiór kosmetyku.
Maseczkę nanosi się palcami na skórę i delikatnie wmasowuje kolistymi ruchami. Spodziewałam się drobinek, które będą ścierać naskórek, ale nie ma w niej żadnego ścieraczka, prócz naturalnie występujących drobinek z gliny.
Maskę pozostawia się po minucie masowania na kolejnych 15-20 minut. 
Maska zastyga i pojawia się nieco nieprzyjemne uczucie ściągnięcia. 
Zmywa się bardzo fajnie, można przed prysnąć twarz wodą termalną. Potem leciutko zmoczyć twarz wodą. Następnie przy pomocy żelu do mycia twarzy zmyć glinkę. Ja używam do tego specjalnej gąbeczki, która niestety szybko się niszczy po zmywaniu glinek.

Skóra po użyciu jest fajnie napięta i nieco przesuszona. 
Maski w opakowaniu jest aż 20 gram, u nas wystarczyło na 3 twarze ;) moją, mamy i siostry

Maseczka do stóp ze skłonnością pocenia



To dopiero jest hardcore :) 
Zastanawiałam się przed użyciem jak ja to zrobię :) W wannie? Przecież nie wytrzymam 15-20 minut w suchej wannie bez wody nie zanudzając się na śmierć. W wannie z ksiażką? Ale to nie wygodnie.. Wziąć poduszkę? Eee,,,
Postanowiłam zaryzykować i zrobić to przed tv :) Przygotowałam się! Wzięłam reklamówkę, żeby nie pobrudzić sofy. I wzięłam dwa małe woreczki, które zastąpią mi skarpety, bym mogła swobodnie dojść do łazienki.

Maseczka ma świetną, gęstą konsystencję. Bardzo fajnie się ją nałada. Dodatek mięty w składzie sprawia, że maska pozostawia miłe, chłodzące wrażenie :)
Nałożyłam i co? Zapomniałam, że będę mieć upaćkane ręce :) Musiałam zawołać siostrę by przybyła z miską wody :)
Czułam się jak królewna :) Leżałam przez 20 minut i nikt nie mógł w tym czasie nic ode mnie chcieć :)

Maska zastygała dość długo, ale też warstwę nałożyłam porządną. 
Myślę, że pół godziny zeszło nim zaschła.

Założyłam woreczki i jazda do łazienki. Tak, jazda to najlepsze określenie ;D
Dotarłam, spłukałam pod prysznicem i poczułam niesamowitą gładkość, taką miłą jak po użyciu fajnego kremu :)

Moje stopy w lecie niestety się pocą, a ta maseczka sprawiła, że zredukowałam ten problem znacznie.
Maseczki używałam w lecie, teraz mam w szufladzie kolejne opakowanie, lecz nie widzę sensu używać jej zimą. Może na wiosnę, a może latem?

Dodam, że tej maski jest w opakowaniu aż 40 g :)

Maseczka przeciwzmarszczkowa

Maseczka ta zawiera ekstrakt z miłorzębu, zielonej herbaty i olejku jojoba.
Jej głównym zadaniem jest napięcie skóry i spłycenie zmarszczek. 

Maseczka jest dość gęsta, jednolita w swojej strukturze o charakterystycznym zielonym kolorze.
Nakłada się ja równie dobrze jak pozostałe maski. 
Zastyga w podobnym czasie ok. 15 minut. 

Skóra po jej użyciu jest fajnie napięta i delikatnie wysuszona. 
Nie wiem jak działa na zmarszczki, bo ich nie mam, ale mam nadzieję, że w pewnym stopniu używając jej zahamowałam ten proces.
Choć bądź co bądź, nie oczekuję cudów po 2 aplikacjach, bo na tyle starczyło mi 20 gramowe opakowanie.



Maseczka Kleopatra

Maseczka ma za zadanie odświeżyć i nadać młodzieńczego blasku skórze.
Ma podobną konsystencję do poprzednich masek i podobnie zachowuje się do swoich sióstr glinkowych :)
Ta z nich wszystkich pachnie najładniej bo wyczuwalny jest różany aromat, to co podoba mi się, to użycie w jej składzie miodu pszczelego.
Maseczka zastyga po szacowanych 15-20 minutach.
Jest jedną z moich ulubionych, bo delikatnie wysusza cerę i sprawia, że skóra staje się milutka w dotyku.
Dodatkowo po 3 aplikacjach (z opakowania 20 g) dzień po dniu zauważyłam znaczną redukcję zaczerwienień na twarzy.

Wiem, że ta glinka jeszcze nie raz u mnie zagości ;)

28 stycznia 2017

Przegląd książek dla dzieci od Wydawnictwa Dragon

Wydawnictwo Dragon posiada w swojej ofercie całe bogactwo książek z różnych dziedzin.
Wśród nich na szczególne miejsce zasługują książki dla dzieci, znajdziecie na ich stronie nie tylko bajki i baśnie lecz też ciekawe pozycje wzmacniające kreatywność i twórcze myślenie. To świetny sposób na przyzwyczajenie dziecka do pracy przez zabawę. A przy tym mnóstwo frajdy, bo edukacyjnie też jest z czego wybierać.

Królestwo Liter, Agnieszka Myszkowska


To księga liter i niemal tylko liter. Albo aż liter ;)
Bowiem jest tu nie tylko całe mnóstwo poszczególnych liter alfabetu, ale one dwoją się i troją. Mnożą i spoglądają a kształty i rodzaje ich są przeróżne. Drukowane, pisane, drukarskie, zawijane, powyginane, przestrzenne i proste. Całe królestwo.

Książka przeznaczona jest dla dzieci, które jednak już utrwaliły sobie litery a nie dla tych, które literek dopiero się uczą. Myślę, że dla zaawansowanych pierwszaków będzie jak znalazł.

W książce litery można kolorować, łączyć za pomocą określonego kodu, obrysowywać, dorysowywać, wycinać, odczytywać krótkie historyjki.

Naprawdę kreatywny sposób by z literami się zbratać.

Królestwo Liter, Agnieszka Myszkowska
Wydawnictwo Dragon, 2016
Moja ocena: 7/10



  • Po przeczytaniu tej książki zyskałam 1,9 cm do akcji "Przeczytam tyle, ile mam wzrostu"
Pozostało mi jeszcze: 161,2 cm

 Przeczytaj moją recenzję na BookHunter.pl
Przeczytane w tym roku 5/70

O Cię Florek. Profesor Florian wśród zwierząt, Dariusz Wanat



Od zawsze lubiłam kreatywne książeczki :) Zostało mi tak do dziś, a teraz mogę jeszcze raz przyjrzeć się kolejnej propozycji dla dzieci okiem dużego dziecka i nauczycielki wychowania przedszkolnego i wczesnoszkolnego (taaak od niedzieli mogę się już tak nazywać i popierać to papierkiem, pomijając wątek, że wraz z uzyskaniem tytułu rezygnuję z pracy w przedszkolu - ale do rzeczy Klaudia!)
Książeczka (choć nie taka mała) podejmuje tematykę zwierzęcego świata. Florek to zwariowany profesor niezwyczajny, który poprowadzi Waszą pociechę przez dziką krainę.

Rozdział pierwszy celuje bardzo blisko - bo tu mamy doczynienia ze zwierzątkami domowymi Dalej Wanat ukazuje przygody zwierząt z zagrody, zagląda do małych przyjaciół w lesie. Na koniec zostawia sobie dzikie zwierzęta, a te dzieli ze względu na pochodzenie.

Książka nie ogranicza do kilku rodzajów aktywności. Ona jest po brzegi wypełniona kreatywnymi zadaniami. Nie sposób wymienić je wszytkie. Jest rewelacyjna.
A Dariusz Wanat po raz kolejny pokazał na co go stać. Bo w wersji książki dla dorosłych pt. Mam dość też poradził sobie wyśmienicie!

Książkę polecam dzieciom już od 3 roku życia. Myślę, że i 6-7 latki znajdą w niej ciekawe fakty i spędzą przy niej mile czas.

O Cię Florek! Profesor Florian wśród zwierząt, Dariusz Wanat
Wydawnictwo Dragon, 2016
Moja ocena: 9/10

  • Po przeczytaniu tej książki zyskałam 1,7 cm do akcji "Przeczytam tyle, ile mam wzrostu"
Pozostało mi jeszcze: 159,5 cm

 Przeczytaj moją recenzję na BookHunter.pl
Przeczytane w tym roku 6/70

Znajdź mnie. Przygoda w mieście, Przemysław Liput



Znajdź mnie to niewielkich rozmiarów książka, w której znajduje się 8 plansz. Na każdej z planszy dzieje się dużo. Jest chaotycznie, ale o to właśnie chodzi, bo wśród tej plątaninki na dole każdej karty znajdują się przedmioty, które trzeba odnaleźć. 
Książka niesamowicie działa na percepcję wzrokową i powiem z nieskrywaną radością, że wszelkie popularne aplikacje na urządzenia mobilne, które polegają na odnajdywaniu ukrytych przedmiotów mogą się po prostu schować. 
Odnalezienie tych elementów nie należy do najłatwiejszych. I uwierzcie wielu już miało w rękach moją książkę i niejeden dorosły miał czasem problem z odszukaniem. 
Gdy już książka zostanie przewertowana i pozostanie pewien niedosyt, to nic straconego, bo na tylnej okładce czekają bonusy i okazuje się, że zabawa zaczyna się od nowa. 

Książkę polecam raczej dzieciom starszym, ze względu na bardziej poważną tematykę (kosmos, technika, zoologia), myślę, że 6latki mogą rozpocząć ćwiczenia spostrzegawczości z tą książką. 

Dużą zaletą książki jest nie tylko twarda oprawa, ale także twarde karty, bo każda z nich taka właśnie jest :) 

Znajdź mnie. Przygoda w mieście, Przemysław Liput
Wydawnictwo Dragon, 2016
Moja ocena: 10/10


  • Po przeczytaniu tej książki zyskałam 1,2 cm do akcji "Przeczytam tyle, ile mam wzrostu"
Pozostało mi jeszcze: 158,3 cm


 Przeczytaj moją recenzję na BookHunter.pl
Przeczytane w tym roku 6/70

Kłótnia liter, Janusz Jabłoński


Tym razem Agnieszka Myszkowska ilustruje książkę autorstwa Janusza Jabłońskiego. 
A sam autor jest zabawnym poetą, który zabierze dziecko w świat liter alfabetu. 
W tej bogato ilustrowanej książce pojawią się zabawne wersy ukazujące kolejno literki z alfabetu. Są to raczej niewielkie wersy czasem układające się w strofy a czasem opuszczone i samotne czyli wersy jednowersowe :) 

Na uwagę zasługuje czcionka, która jest odpowiednio duża i ładnie rozstrzelona, więc już najmłodsze dzieci znające literki będą mogły samodzielnie korzystać z tekstu, bo wyrazy są proste i raczej łatwe do odczytania. 

Książka przeznaczona dla dzieci uczących się czytania. Doskonale sprawdzi się, gdy zwykłe czytanki z elementarza dziecku już się znudziły. 

Książka w grubej oprawie z przyciągającymi uwagę ilustracjami. Niewielkich rozmiarów z nienachalną ilością tekstu. Spodoba się dziecku i na pewno sprawi, że będzie z siebie dumne gdy przeczyta całą w jeden wieczór ;)

Kłótnia liter, Janusz Jabłoński
Wydawnictwo Dragon, 2016
Moja ocena: 7/10


  • Po przeczytaniu tej książki zyskałam 1,1 cm do akcji "Przeczytam tyle, ile mam wzrostu"
Pozostało mi jeszcze: 157,2 cm


 Przeczytaj moją recenzję na BookHunter.pl
Przeczytane w tym roku 7/70


Odlot. Odjechany wszechświat


Odlot to wielkoformatowa pozycja, która jest zdecydowanie pozycją atlasowo-albumową. Zawiera jedynie ilustracje opisane wyrazami wskazującymi miejsce jakie przedstawia obrazek. 
Ilustracje do książki sporządziła Diana Karpowicz. 
Jedyne co podoba mi się w tej książce to okładka. Jest twarda i dopracowana. Ma fajny metaliczny tytuł i zapowiada się naprawdę ciekawie. 

W środku już tak ciekawie nie jest. Każda z kart to dwustronicowa ilustracja miejsc, np. mapa Polski, galaktyka, kontynenty i niestety wszystkie te ilustracje pokryte są mrokiem. Kolor jaki dominuje to granat i czerń gdzieniegdzie z domieszką limonki, niebieskiego czy czerwieni. Całość sprawia ogromnie przytłaczające wrażenie. 
Nie wiem czy dziecko będzie zachęcone do takich ilustracji w książce. Dzieci to mali odkrywcy a gdy ktoś gasi im światło, to niekoniecznie wprowadza ich do świata sekretów. 

Na domiar złego mój kolega Andrzej, który pracuje ze mną dla BookHuntera wnikliwym okiem zauważył, że na poniższym obrazku zamienione zostały napisy pod "Ukrainą" i "Białorusią". A Litwa, wcale nie została opisana.  


Odlot. Odjechany wszechświat
Wydawnictwo Dragon, 2016
Moja ocena: 2/10


  • Po przeczytaniu tej książki zyskałam 0,9 cm do akcji "Przeczytam tyle, ile mam wzrostu"
Pozostało mi jeszcze: 156,3 cm


 Przeczytaj moją recenzję na BookHunter.pl
Przeczytane w tym roku 8/70

Czajniczek, Etsuko Watanabe


"Czajniczek" to naprawdę krótka baśniowa historia dla najmłodszych, ale umieszczona w tak dużym formacie i rozłożona na tyle kart, że czytanie jej dostarczy wielu ekscytujących momentów. 
Bohaterką książki jest mała Bianka, którą mama poprosiła o kupno czajniczka, ale nie dała jej zbyt wiele pieniędzy. Początkowo jak to w baśniach bywa dziewczynka wędruje przez wiele różnych krain, jest odsyłana od jednego bohatera do drugiego - od człowieczego do zwierzęcego. Aż nagle wpada w czarną dziurę... tak, ten motyw też jest szczególnie znany. Trafia do sklepu z czajniczkami, okazuje się, że tam porządane przez nią czajniki są za drogie. Musi znaleźć inne rozwiązanie. I dzięki swojemu sprytowi znajduje czajnik za odpowiednią kwotę choć o wiele za drogi. I tak od teraz dziewczynka zamienia swoje czajniki na inne. Aż w końcu znajduje kogoś kto pomaga jej w rozwiązaniu problemu. To jednak nie wszystko, dziewczynka nie tylko ma to czego pragnie ale pomaga też męźczyźnie poszukującemu pracy stanąć na nogi i wyjść na prostą. 

Książeczka jest niesamowicie przyjacielska, taka którą z przyjemnością się czyta. Ilustracje jakie się w niej znajdują naprawdę zaskakują, bo na każdej karcie są w innym charakterystycznym dla siebie stylu. 

Naprawdę polecam to piękne wydanie już dla najmłodszych dzieciaków. Książeczka ma duży rozmiar, co nie tylko ułatwia korzystanie z niej przez małe rączki ale też angażuje wzrok do pracy, bo jednak nie da się w niej skupić na jedym elemencie a trzeba wodzić po stronach wzrokiem. 

Czajniczek, Etsuko Watanabe
Wydawnictwo Dragon, 2016
Moja ocena: 8/10



  • Po przeczytaniu tej książki zyskałam 1,3 cm do akcji "Przeczytam tyle, ile mam wzrostu"
Pozostało mi jeszcze: 155 cm


 Przeczytaj moją recenzję na BookHunter.pl
Przeczytane w tym roku 9/70

Król ptaków, Gwendal Le Bec


"Król ptaków" to książka z przemyślaną minimalistyczną konwencją kolorów. Wsród barw jakie znajdują się w książce nie występują inne niż te, które widzicie na okładce. Książka bazuje jedynie na trzech kolorach. 
Ale wewnętrznie nie jest wcale uboga. I ten minimalizm też nie wpływa negatywnie na opowieść, a wręcz pozwala się skupić na tym co ważne. 
W królestwie ptaków nie ogłoszono jeszcze króla. Do miana władcy pretendują wszystkie ptaki. Zadanie jest proste, ten który najdłużej przebędzie podniebny lot zostanie królem ptaków. Wszystkie zwierzęta zmotywowane chciały powalczyć. Nawet swych szans próbowały nieloty. Po zaciętej walce na prowadzenie wysunął się jeden jedyny już ptak. Domyślacie się? Tak to orzeł. Ale i ten w końcu opadł z sił. Ku zdumieniu wszystkich ptaków naraz z jego skrzydeł wyfrunął maleńki mysikrólik, który z gracją wygrał wyścig. 

Morał książki jest dyskusyjny. Po pierwsze sprytem można wiele osiągnąć. Ale czy na pewno była to uczciwa walka? Czy warto w ten sposób postępować i oszukiwać innych? 

Książka podejmuje ważny temat, który można doskonale zastosować jako przykład do szkolnych perypetii swoich dzieci. Książka spodoba się każdemu! Małemu, dużemu i mnie jako dorosłej osobie również przypadła do gustu. 

Książka w twardej oprawie i bardzo dużym formacie, niestety nie mieści się na półce w regale :) 

Król ptaków, Gwendal Le Bec
Wydawnictwo Dragon, 2016
Moja ocena: 9/10


  • Po przeczytaniu tej książki zyskałam 1,1 cm do akcji "Przeczytam tyle, ile mam wzrostu"
Pozostało mi jeszcze: 153,9 cm


 Przeczytaj moją recenzję na BookHunter.pl
Przeczytane w tym roku 10/70


To już wszystkie propozycje od wydawnictwa Dragon :) 
Książki spodobały się wszystkim, a szczególną sympatię zyskały wśród moich przedszkolaków ;) 

23 stycznia 2017

Profesjonalna nawilżająca, przeciwzmarszczkowa maska algowa z żurawiną, Nacomi


Jestem ogromną fanką nakładania masek :)
Każdy wolny poranek to ja i obklejona, bądź obsmarowana twarz :)

W dalszej części recenzji opowiem Wam pewną zabawną historię. Ale nim do niej przejdę trochę Wam nabzduram :)

Maska nacomi to maska algowa , której kolor jest lekko majtkowo-różowy
Maska przeznaczona jest do samodzielnego przygotowania w domu więc jej konsystencja jest iście talkowo-pudrowa.

Po otworzeniu wieczka widoczne są niewielkie zbrylenia co jest naturalnym objawem :)
Zapach maski jest dość dziwny i nie wiązałabym go z żurawiną, a raczej przypomina pestki wiśni, nie mniej jednak nie jest to przyjemny zapach, bo zalatuje trochę chemią

Maskę należy wymieszać z wodą o temp. 20*C - w tym celu należy do 60 g wody dodać 20 g maski  - zmieszać i nałożyć na skórę, po 15 minutach zdjąć maskę zaczynając od szyi.

Instrukcja prosta i logiczna w zrozumieniu.

Woda 20*C jest pojęciem względnym, bo mierzyć temperatury nie będziemy, weźmy więc po prostu lekko ciepłą wodę.
Wsypałam proszek, maska ładnie się rozrobiła, przybrała nieco kremową konsystencję o bardziej wyrazistym różowym kolorze.

Zaczęłam nakładać maskę od czoła. Poszło czoło, poszedł noc i dzwonek do drzwi.
- Dzień dobry, pani Klaudio! - kocham ten głos listonosza. Uwielbiam gościa i nie za osobowość a zwyczajnie za zawód, który wykonuje :) - A co to się zadziało?
- Aaaa... to maska. Taki bjuti for mi poranek - już starałam się go przepędzić
- Chińczycy przysłali. - tu rzuca stos foliowych woreczków z Aliexpress - Mam nadzieję, że to nie chińskie? - wskazuje palcem  na czoło
- To? No nie... Oczywiście nie chińskie - tłumaczę się jak przed dermatologiem:)

I poszedł.
Dopadłam do miseczki a tam żelatyna :) Z kremu zrobił się budyń. Łyżkę w niego można było wsadzić na sztorc :)
Dolałam nieco wody, rozmieszałam. Niewiele to dało, bo wciąż w masce były grudki, pomimo rozcierania.
Nałożyłam więc na policzki i brodę nieco żelkowatej maski.




To co zaschło na czole i nosie zeszło płatkami :) To co zżelkowało sę odchodziło z nie do końca zastygniętymi grudkami.

Ciężko mi ocenić w pozytywny sposób działanie tej maski. Na pewno dam jej jeszcze szansę i będę bardziej precyzyjna w działaniu.
Skóa na czole i nosie była przyjemnie gładka. Policzki musiałam intensywnie przemyć, więc efekt nie był tak znakomity jakbym sobie życzyła ;)

Cena: ok 20 zł

20 stycznia 2017

Semka... się gotuje, Piotr Semka

Ludzie znani ze świata mediów nie próżnują, dopiero co recenzowałam książkę Marzeny Rogalskiej, i kulinarny sposób na zdrowe życie Marioli Bojarskiej-Ferenc a tu  już pojawia się Piotr Semka ze swoją kulinarną przygodą.


Piotr Semka jest znanym i nieco kontrowersyjnym dziennikarzem i publiscystą. 

Książka jest zbiorem wspomnień, swoistą mapą podróży kulinarnych i nie tylko. Wraz z autorem w pozycji można odkrywać ciekawe zakątki świata. A najlepiej opisuje ją blurb: "To nie tylko książka kucharska, to poemat o radości życia." (okładka) 

Książka oprawiona w twardą oprawę i solidnie przygotowana. Wewnątrz znajdziecie kolorowe kartki drukowane na papierze fotograficznym, w środku spodziewajcie się nie tylko niesamowitych przepisów, ale także historie, opisy miejsc świata.

Kulinarny przewodnik Piotra Semki podzielony jest na cztery części, z których każda reprezentuje inną porę roku.
Swoją podróż Semka rozpoczyna wiosną, Szczególne miejsce w tej części zajmuje Wielkanoc, Są więc przeisy na barnka z ciasta czy paschę. Semka zabiera nas po świętach do Włoch, gdzie opowiada o najlepszej fritacie, zachwyca się szparagami i zdradza najlepszy do nich sos. Jest też coś słodkiego, bo znajdziemy tu przepis na murzynka Ale nie tylko jedzenie ma tu swoje wyjątkowe miejsce, bo wśród opowieści Semka raczy nas także pomarańczowym trunkiem .
W tej części przypadł mi do gustu felieton zatytułowany "Słoik - to brzmi dumnie" gdzie autor ukazuje genezę słoikowego jedzenia,
Semka pokazuje nie tylko jedzenie ale i produkty, szczególnie ciekawie wypadają opisy delikatesów i sklepów zza wschodniej granicy.

W lecie menu Semki jest nieco inne, dominują tu orzeźwiające sałatki owocowe ale i soczyste drinki. Semka latem znów zabiera czytelników do słonecznej Italii ale i odwiedza Łotwe pokazując jej regionalne przysmaki.

Nie ma prawdziwej jesieni bez grzybów i tu cały szereg przepisów, które zdecydowanie przypadły mi do gustu. Ale i swoje miejsce mają tu warzywa, które latem zamyka się w słoiku a jesienią z rozrzewnieniem te słoiki sie otwiera. Nie można zapomnieć o imieninach Marcina i tradycyjnie pojawiającej się na stole gęsi.

Zimą kuchnia jest nieco treściwsza, opowieści zapadają w pamięć na dłużej. Jest więcej czasu na przygotowanie potraw, więc i one są nieco bardziej wymagające, toteż pojawiają się aromatyczne i ciepłe dania, a część z nich stanowią zapiekanki.


Książka Piotra Semki to świetne wydanie, które powinen mieć każdy fan dobrej kuchni, ceniący wpływy kuchni świata. Ten zbiór opowieści i przepisów naprawdę zabiera w świat kulinarnych wspomnień, myśli i dobrego smaku.

Semka... się gotuje, Piotr Semka
Wydawnictwo Zysk i S-ka, 2016
Moja ocena: 6/10

  • Po przeczytaniu tej książki zyskałam 3,5 cm do akcji "Przeczytam tyle, ile mam wzrostu"
Pozostało mi jeszcze: 163,1 cm

 Przeczytaj moją recenzję na BookHunter.pl


11 stycznia 2017

Sama się prosiła, Louise O'Neill

Czasem wystarczy jedna chwila by życie nabrało ciemnych barw.
O tym, jak poważne może mieć konsekwencje chwila słabości opowiada historia Emmy. Patronat nad książką objął portal BookHunter


Emma to dziewczyna, której zależy na popularności. Uwielbia byćw centrum zainteresowana, a wartościowa czuje się jedynie w momencie gdy otacza ją wianuszek koleżanek i szereg przystojnych kolesi ze szkoły, którzy byliby w stanie zrobić wszystko dla pięknej gwiazdeczki. 

Emmie nie zależy w zasadzie na uczuciach. Osiemnastolatkę denerwuje ignorancja innych i brak zainteresownia jej osobą. Od początku książki bohaterka nie należy do osób, za którymi się przepada i do których żywi się sympatię.

Pogląd ten zmienia się w momencie gdy rodzicie znajdują na wycieraczce Emmę w okropnym stanie, Dziewczyna jest nieprzytomna i cała zakrwawiona. Nikt nie jest w stanie wytłumaczyć co tak naprawdę się stało.
Cała paczka znajomych, którzy wielbili Emmę nagle przestali utrzymywać z nią kontakt. Wiadomym było, że zdarzyło się coś, co sprawiło, że świat zaczął ją nienawidzić. 

Spójrz teraz na tytuł książki i pomyśl o co tak właściwie może chodzić. Kto mógł wypowiedzieć słowa, że Emma sama się prosiła i właściwie, o co??

Osiemnastolatka na imprezie ma zaliczyć seks życia, tak właśnie staje się za sprawą pigułki, która sprawia, że ten rzutuje na całe dalsze jej życie. Dziewczyna zostaje zgwałcona, a jej poczynania znajomi publikują na facebookowym profilu. 
Nikt nie staje po stronie Emmy, nikt nie próbuje wytłumaczyć jej zachowania - wszyscy wokół jedynie ją oceniają. 

Dziewczyna nie ma wsparcia w nikim, nawet rodzice zdają się wzbudzać w niej poczucie winy. Opuszczona przez wszystkich zaczyna wierzyć, że to właśnie ona sama wzbudziła w znajomych z imprezy takie zachowanie. Nie powiedziała tak, ale też nie zaprzeczyła. A wszyscy wokół, łącznie z duchownymi stoją po stronie gwałcicieli, bo tak naprawdę to grzeczni chłopcy i gdyby nie uwodzicielska postawa Emmy do incydentu wogóle by nie doszło.


Książka szokuje od samego początku. Autorka celowo stawia bohaterkę od samego początku w negatywnym świetle. Pozwala czytelnikowi mieć wybór, ocenić Emmę i poddać jej osobę ocenie. Czy tak naprawdę ktokolwiek sam może prosić się o wyrycie na duszy i ciele takiego piętna? Czy milczenie i brak sprzeciwu jest równoznaczne przyzwoleniu?
Dramatyzm powieści opiera się na zakończeniu, które niczego nie wyjaśnia i nie doprowadza sprawy do happy endu. Zakończenie szokuje, bo nie neguje postawy gwałcicieli, nie pokazuje też ani upadku bohaterki, ani jej odrodzenia. Ukazuje jedynie bierność i marazm. Ale moim zdaniem jest intrygujący właśnie przez to, że wprowadza czytelnika w stan wewnętrznego dialogu i zachęca do próby oceny sytuacji i bohaterów ze względu na czyny a nie konsekwencje. 

Sama się prosiła, Louise O'Neill
Wydawnictwo Feeria Young, 2017
Moja ocena: 7/10

  • Po przeczytaniu tej książki zyskałam 2,8 cm do akcji "Przeczytam tyle, ile mam wzrostu"
Pozostało mi jeszcze: 166,6 cm

 Przeczytaj moją recenzję na BookHunter.pl