31 sierpnia 2016

Moje kosmetyki do makijażu - wyzwanie Trusted Cosmetics

W poprzednich postach z wyzwania Trusted Cosmetics niejedna z was dziwiła się że tyle tego mam.
Ten post pogrąży mnie bardziej, bo to makijażowe specyfiki kocham najbardziej.
Nie pogrążając się dłużej, kolejny post już nie będzie tyle tego zawierał (chyba :D)


Moje podkłady to zbieranina różnych marek i konsystencji.
Lecąc od góry L'Oreal Infallible podkład mocno kryjący, raczej przeznaczam go do zadań specjalnych.
Rimmel Wake Me Up jest podkładem o ciemnej barwie, ma filtr przeciwsłoneczny więc idealnie sprawdza się w lecie. Fajnie kryje i bardzo go lubię.
Maybelline Dream Nude to specyficzny podkład w piance. Nie jest zbyt wydajny, słabo kryje i ciężko się wchłania, dlatego też pozwalam sobie na niego raczej podczas sobotniego sprzątania, coby nie straszyć sąsiadów.
Kolejny Maybelline Afinitone to podkład zachwalany przez koleżanki, aż w końcu wylądował u mnie w spadku po babci. Jest raczej lekki, wodnisty, za to dobrze kryje, jednak czasem zostawia smugi, również z tego powodu rezerwuję go na dni gdy nie muszę się pokazywać zbyt szerszej publiczności.
Ostatni to chyba przez wszystkich szanowany Revlon Color Stay. Nie da się na nim zawieść, a teraz nowe opakowanie ma jeszcze pompkę więc jego aplikacja jest juz bajecznie łatwa.


Bazy i korektory to coś czego używam stosunkowo od niedawna, bo zaledwie od kilku lat. Wcześniej wcale dla mnie nie istniały i uważałam je za zbyteczne w kosmetyczce.
Baza rozświetlająca Joko, to najnowszy nabytek. Był on dodatkiem w czasopiśmie. Chyba w Cosmo. Jest świetna i intensywna. Dawkować ją trzeba z umarem, najlepiej niewielką kroplę w pożądane miejsce. Ma różowy świetlisty kolor, jest gęsta ale przy tym bardzo aksamitna. Naprawdę boska.
Baza Cashmere to wygładzająca baza do makijażu. Potrzebna jest gdy chcemy uzyskać perfekcyjny makijaż, idealnie sprawdza się na wszelkiego rodzaju imprezy, ale ma bardzo silikonową konsystencję, jest wyczuwalny na skórze przez osobę, która go na sobie ma, więc nie polecam go do częstego stosowania.
O zielonej bazie Ingrid pisałam Wam już kilka razy, wielbię ją i jest ona idealna dla mojej naczynkowej cery. Nie jest tak, że nie przeżyłabym bez jej posiadania, ale to jeden z moich obowiązkowych i ulubionych kosmetyków.
 Kolejną bazą z Ingrid jest baza do powiek. Stosuję ją pod cienie, ale sporadycznie, bo nie osiągam przy niej jakichś znacznych efektów. Poprawnie nałożone cienie i tak wytrzymują na moich powiekach tyle ile chcę. To moja pierwsza baza pod cienie i nie wiem co mam o niej sądzić.
Złoty pisaczek to korektor pod oczy Manhattan Wake Up, świetnie maskuje wszelkiego rodzaju poranne cienie. Jest wystarczajacy na domowe problemy nieprzespanej nocy.
Różowy pisaczek to korektor Lovely, ma gęstszą konsystencję niż podkład, dość dobrze maskuje lekkie przebarwienia, gorzej radzi sobie z rozdrapanymi na twarzy krostkami, ale w połączeniu z podkładem wypada dobrze.

Pudry sypkie i te w kamieniu nie są tym co używam zawsze. Raczej od czasu do czasu i naprawdę nie wiem skąd mi się ich tyle wzięło :D


Max Factor, świetny sypki puder, równomiernie pokrywa i posiada w zestawie fajnego puchacza do nakładania, ale po jakimś czasie wyszła z niego poszewka więc obecnie stosuję wyłącznie do pędzla :)
Max Factor Creme Puff to sprasowany puder w kamieniu, jego działanie jest troszkę gorsze niż sypkiego brata. Moim zdziwieniem było też, że dołączono do niego tandetną gąbeczkę do nakładania. Nie wiem więc czy kiedyś do niego jeszcze wrócę.
O pudrze ryżowym Deni Carte już pisałam kilka razy, że jest absolutnie świetny i sprawdza się zarówno jako baza jak i kosmetyk wykończeniowy. Obecnie go odstawiłam, bo jednak powodował nieco bladą twarz przy letniej opaleniźnie.
Fixing powder Wibo to transparentny i bardzo delikatny puder, mam jaśniutenki odcień i podobnie jak pudru ryżowego obecnie nie używam.
Diamond Skin od Wibo to połączenie sypkiego pudru i rozświetlacza. Pięknie nadaje blasku cerze. Stał się jednym z ulubionych. Można nakładać go na całą twarz, bądz w newralgiczne miejsca.
O kuleczkach jeszcze powiem przy rozświetlaczach :D


Po lewej stronie znajdują się wysuwane kredki do oczu: są to dwie kredki Miss Sporty: brązowa i grafitowa, kolejna to kredka z Avonu, miałam ich już kilka ta ma również grafitowy kolor ale w strukturze również byszczące drobinki, które nadają spojrzeniu blasku (czasem główka kredki lubi twardnieć, wtedy trzeba ją troszkę ściąć), turkusowa kredka do wizażu artystycznego wyłącznie (nie wiem jakiej to marki, bo literki zeszły), srebrna Essence, świetnie się sprawuje. Czarna wysuwana kredka z M.A.C. i mocny kajal z FM (nie spodziewałam się, ale jest wyjątkowo skuteczny).
W środku zdjęcia znajdują się lajnery :) U góry poziomo ułożone to eyelinery w pisaczkach. Wyjątkowe dzięki stabilnej i wygodnej formie. Jeden to kocie oko z Miss Sporty o zdecydowanie ciękiej końcówce, drugi o nieco grubszej z Maybelline, który jest moim ulubieńcem. Najważniejsze to by trzymać je w słoiczku skuwką do dołu, wtedy nie wyschną i zawsze będą pięknie malować.
Ukośnie to dwa lajnery z pędzelkami: ten ze złotą końcówką to czarny eyeliner z Eveline, natomiast drugi to brązowy Lovely. Nie przepadam za nimi, bo po kilku miesiącach przerwy ciężko mi się znów nauczyć malować perfekcyjną kreskę.
Po prawej znajdują się kredki do oczu: Avon dwukolorowa, z jednej strony czarna z drugiej beżowa, czarna Me Me Me, dość twarda ale skuteczna. Ciemno szara z Miss Sporty, dalej Essence, Lovely i jasna z Manhattan.
Kredki jak kredki, chyba nie potrzeba sie nad nimi zbytnio rozwodzić :P


Kosmetyki do brwi: podwójny cień do brwi Meis zawiera czarny cień i dość gaszony, delikatnie matowy brąz. Drugie opakowanie to poczwórne cienie W7, kupiłam je gdy wyszły na rynek. Jasny zupełnie nie barwi brwi, nie będzie dobry nawet dla blondynek, rudo-brązowy nada się tylko dla rudzelców, ten brąz zużyty przeze mnie to najlepszy dla mnie kolor i ostatni, czarny używam sporadycznie.
Kredka do brwi (chyba Miss Sporty), to coś czego teraz zupełnie nie używam, ale swego czasu się sprawdzała, gdy nie podkreślałam aż tak mocno brwi.
Natomiast żel stylizujący Wibo to już zupełny bubel w moim przypadku a dlaczego pisałam TU

Pierwszy tusz Maybelline Lash Sensational, początkowo mnie zachwycił jednak z czasem gdy zaczął gęstnieć zdarza mu się oblepiać rzęsy grudkami. Białe opakowanie w środeczku to maskara Belcils, jest świetna i dedykowana do wrażliwych oczu, co jest cenne dla mnie gdy występują podrażnienia po noszeniu soczewek. Co prawda zapewnienie o Extra Volume można wsadzić między rzęsy, to jednak jakiś ratunek gdy wypada mieć je umalowana a oczy sprawiają psikusa :)
BigBoom od Astor to wodoodporny tusz, używam go do plażowych potyczek.
Na dole jakieś maleństwo od Maybelline, które ucapałam "na dowidzenia" w Rossmanie, ale to taki marniaczek, że hej :)


Czas na ulubione ostatnio produkty do konturowania twarzy :) U góry dwa róże: wyżej ciemny i intensywny, niżej nieco przygaszony :) Cztery mazidła do konturowania od Kobo, siostry do konturowania od The Baln (Mary-Lou- rozświetlacz i Betty-Lou bronzer)  w środku zdjęcia najlepszy rozświetlacz na świecie, Silver od Lovely. Na samym dole kuleczki: rozświetlające, kolorowe od Wibo i brązujące marki Sensique. 


Mam świra na punkcie cieni i postanowiłam nie pokazaywać Wam wszystkiego ;D
Zresztą ostatnio zrobiłam sobie szlaban i już raczej cieni nie kupuję. Po prostu będę zbierać na lepsze , większe i bardziej profesjonalne paletki :)
Od lewej u góry 12 cieni w paletce od Sleek Au Naturel, kolory ziemi - moje ulubione. 24 cienie w kolorach stonowanych ziemi z domieszką bordo, to Make Up Revolution. Po prawej u góry to cztery własnoręczne skomponowane cienie w paletce od Kobo.
Dwie po lewej stronie o podobnych barwach to paletki do Smoke Eyes. Cztery cienie od lewej (beż, dwa odcienie brązu i malina) to fantastyczny Catrice. Podwójny i podłużny cień to NYC w kolorze pudrowego różu i wędzonej śliwki - ulubione cienie mojej mamy. Obok te cztery kosteczki w paletce to również NYC (są tam trzy cienie i pasta do konturu oka). Po lewej w okrągłej tubeczce jest cień sypki, mineralny. W słoiczkach moje ulubione sypkie, pyłkowe cienie z mySecret. Neonowe kolory to również ta sama marka, są soczyście napigmentowane i bardzo odważne ;) W tubce płynny cień z Essence, sprawdza się raczej jako baza rozświetlająca na powiekę. I trzy cienie po prawej stronie to również sprawdzone, lubiane i tanie MySecret :)


Proszę państwa o ciszę, bo moje pomadki są kapryśne i uwielbiają mi ginąć w czeluściach torebek. Dlatego nie mówmy o nich tak, by się na mnie nie poobrażały :)


1. Stonowana szampańska cegła od Avon, mocno nawilżająca :) 2. Super ekscentryczny fiolet od Kobo 3. Matowy ciemny burgund od Golden Rose, 4. perłowa różowo-ceglasta od Maybelline, różowa nabłyszczająca z Astor, 5. ta w kwiatuszki urzeka soczystą czerwienią i opakowaniem, jest moją ulubioną, ale nie znam marki :D

i znów 5-czka, a dalej 6. Koralowa od Kobo, 7. Różowiasta i trochę neonowa, czego nie widać na zdjęciu od Catrice 8. Kobieco czerwona również Catrice .9. Dość dojrzała szminka Avon, dla pewnych siebie kobiet i 10. Nawilżająca koralowa szminka od Avon


1. Pomadka do ust w kredce Lovely - mocno nawilżająca, choć ciężka do zastrugania 2. Obłędna matowa szminka w kredce od Golden Rose - ale przedstawiać nikomu chyba nie trzeba 3. Konurówka eee.. .Lovely ? 4. Konturówka Eveline Max Intense Color 5. Konturówka Rimmel - jak widzicie wszystkie konturówki mają podobny odcień. Mam ich tylko trzy a i tak sporadycznie używam, mam duże usta a podkreślone stają się tandetne :D

1. Żelowy Tint od Lovely, genialny w swojej formule permamentnego żelu 2. Wibo maujący i smakowity lakier do ust 3. Wibo pomadka delikatnie kolorująca i powiększająca usta z kwasem hialuronowym 4. NYC błyszczyk z drobinami brokatu 5. Błyszczyk w słoiczku soczysty od Miss Sporty


6. Pomarańczowy błyszczyk Delice od Ceia 7 i 8 matowe pomadki NYX 9 i 10 matowe pomadki od Manhattan i 11 tatuaż do ust



To by było proszę Państwa i Panie kochane moje na tyle ;)

Idę spać :)

___________________
Jak wiecie nauczycielom wakacje kończą się wcześniej niż pierwszego września.
W związku z powyższym nie miałam dla Was czasu. Dla siebie też.

Udanego nowego roku szkolnego wszystkim tym, których jeszcze dotyczy :) 

24 sierpnia 2016

Anna Mytyk, Nowe życie






Życie nie zawsze pisze przyjemne scenariusze.

Dla Amandy małżeństwo stało się bramą do czarnego świata, pełnego bólu. Jej mąż Igor, po utracie pracy zaczął znęcać się nad kobietą nie tylko fizycznie, ale również za pomocą słów. Horror w którym Amanda mocno oberwała od męża i wyzywana była od marnych i niczego niewartych istot trwał już dwa lata.

21 sierpnia 2016

Moje kosmetyki do pielęgnacji twarzy - wyzwanie Trusted Cosmetics + wyniki

To już drugi wyzwaniowy post.
Nie byłabym sobą gdybym się nie spóźniła :P


Tworząc tego posta dodałam kilka ważnych dla mnie rzeczy w trakcie.
A potem poszłam do łazienki i zobaczylam jeszcze kilka, którym zdjęcia nie zrobiłam. Nic jakoś to przeżyję.

Miałam też je jakoś sensownie pogrupować, nawet zaczęłam, ale później mój plan się rozsypał.
Nie będę się dalej pogrążać :) po prostu Wam je przedstawię


Ulubiony żel całej mojej rodziny, nawet gdy czasem się kończy, gdy zdradzamy go dla innego, to zawsze ktoś prędzej czy później kupuje go znów. Garnier Czysta skóra jest nie tylko fantastyczny, bo świetnie oczyszcza, niweluje wypryski na twarzy, ale również cudownie chłodzi co doceniamy zwłaszcza latem. Po prostu daję mu szósteczkę, bo jest nieśmiertelny.

Woda tonizująca z witaminą C, Liście Zielonej Oliwki od Ziai to kolejny zbawienny na upały kosmetyk. Prócz odświeżenia skóry i przygotowania jej pod makijaż, cudnie sprawuje się jako mgiełka gdy akurat potrzebujemy dawki orzeźwienia. Ma miły zapach, jest bardzo łagodna.

Najbardziej sfatygowany kosmetyk w moim domu. Vichy olejek do demakijażu z wodą termalną. Wygląda tak dlatego, że używam go wyłącznie pod prysznicem. Tam wszystko po nim spływa i dlatego taki zmizerowany. To już moja trzecia i nie ostatnia buteleczka. Olejek nakładam od razu po wejściu pod prysznic na suchą skórę twarzy. Potem gdy odkręcam wodę rozcieram go na mokro, wtedy tworzy piankę i świetnie zmywa pozostałości makijażu. I pachnie tak jak Vichy pachnieć powinno.

Teraz czas na najciekawszy chyba kosmetyk do demakijażu jaki jest obecnie w moim domu. Jest to perłowy krem od skin79, który  w kontakcie z wodą zamienia się w piankę. Jest to chyba najlżejszy i najbardziej delikatny kosmetyk jaki spotkałam. Najlepiej używa się go rano, gdy twarz jest taka delikatna i wrażliwa po nocy.

Hydrolat z róży damasceńskiej opisywałam niedawno. Cenię go za natychmiastowe nawilżenie i ukojenie. Jest naprawdę skuteczny gdy występują jakieś chwilowe problemy z cerą. Spray umożliwia stosowanie go jak mgiełki w upalne dni lub w wyjątkowo suchych pomieszczeniach.

Woda różana, ta akurat z Avon. Częściej stosuję ją jako bazę do wszystkich glinek. Ale z powodzeniem można jej także używać jako delikatnego toniku, tak jak robi to moja mama.

Teraz czas na akcesoria, które widzicie powyżej: jest to gąbeczka, która ułatwia zmywanie wszelkiego rodzaju maseczek i glinek. Dla mnie obowiązkowa podczas pielęgnacji, bardzo tania, ja kupuję je za ok. 2-3 zł w Kauflandzie. Jeśli używa się glinek, to szybko się brudzą i niszczą, jednak są tak tanie, że na ich systematyczny zakup każdy może sobie pozwolić. Szczoteczka, którą widzicie to zwykła soniczna szczoteczka, którą zamówiłam na Aliexpres, kosztowała ok. 20$


W pojemniczkach mam dwie ulubione glinki. Przesypuję je ponieważ, glinki kupujemy na spółę z siostrą i koleżankami w wiadereczkach chyba po 500 g.  Po prawej stronie jest glinka różowa z Francji a po lewej zielona. Różowa glinka jest stosowana przeze mnie częściej, lubię ją za właściwości ściągające i pielęgnujące. Natomiast zieloną stosuję tylko gdy mam jakieś problemy z trądzikiem np. przed miesiączką.

Jeśli chodzi o maski do twarzy to jest jedna, absolutnie najlepsza na świecie. Mowa o masce Vita Liberata, która pięknie brązuje twarz. Uwielbiam jej działanie i osobiście już po tygodniu odstawiam ją na jakiś czas, bo jest naprawdę efektywna. Teraz latem jej nie używam, ale w pozostałe pory roku jest absolutnym kosmetykiem na mojej półce.

Czarna maska peel-off na wągry AFY. To naprawdę dziwaczny kosmetyk, który zastąpił mi żelatynowe maseczki domowe, które jednak prawie nie działały. Na moją znikomą liczbę zaskórników jest świetna. Jeśli ktoś ma ich ogrom, to traczej polecam wizytę u kosmetolożki.

Swego czasu byłam bardzo mocno urzeczona nocną maseczką od Bielendy z 10% kwasem migdałowym.    Idealnie wygładza cerę, skóra rano po nałożeniu maski na noc jest tak aksamitna, że trudno o lepszy efekt. Teraz troszkę przystopowałam z jej stosowaniem, bo zaczął mnie itrytować fakt klejenia się do poduszki. Nie jest to komfortowe gdy noce są gorące, a klimatyzacji w domu brak ;)

Leżaca po lewej stronie maska to maseczka z serii Avonowych Planet SPA. Według mnie każda jest fajna i jeszcze na żadnej się nie przejechałam,

Żelowa maseczka Clearskin Profesional z Avon działa podobnie jak maska AFY tyle, że efekt nie jest tak spektakularny. Dlaczego więc ją tutaj przedstawiam? Bo jej właściwości oczyszczająco-pielęgnujące są znacznie lepsze, jeśli chodzi o cerę po kilku dniach od zastosowania.


Ta mała, apteczna fiolka po lewej stronie to Retinol. Jest ona o tyle kontrowersyjna, że nieumiejętne stosowanie retinolu może wyrządzić poważne i nieodwracalne szkody dla cery. Ja dzięki przyjaciółce nauczyłam się robić na jego bazie kilka kosmetyków, m.in serum, które stosuję jedynie raz w tygodniu. Efekty są kosmiczne i kiedyś zdradzę Wam sekret. Póki co tylko Wam go pokazuję i ostrzegam przed nieumiejętnym stosowaniem.

Obok stoi krem PerkyPearl od Synchroline, jest to krem rewitalizujący i pobudzający. Stosuję go zawsze po przebudzeniu. Nakładam przed wypiciem kawy i podczas tej mojej porannej chwili przyjemności on robi swoje. Nie jest jakiś spektakularny, ale jest po prostu dobrym kremem w wygornej tubce o przyjemnym zapachu.

Właściwości naturalnego mazidełka pszenicznego Polny Warkocz doceniam zawsze gdy coś mnie uczuli, a zdarzyło się już tak pare razy w moim życiu. Jest bezpieczne nawet dla dzieci, samo dobro zamknięte w prześlicznym szklanym słoiczku.

Serum z Bielendy Terapia Wieku wybrałam głównie ze względu na perłowe kuleczki w środku i ciekawość jak będą się one rozpuszczać. Kuleczki nie są niczym innym jak wspomnianym wcześniej retinolem. Jak widać na zdjęciu zużyłam już ponad pół opakowania i stało się coś dziwnego. Po nałożeniu wieczorem policzki zaczęły mnie piec. Zmyłam więc serum i nałożyłam mazidło. Rano było ok, ale boję się użyć ponownie, bo pamiętam sytuację sprzed prawie roku, gdy całą twarz miałam zsypaną drobnym maczkiem przez tydzień po zastosowaniu pewnego drogiego i ponoć dobrego kremu.

To co leży sobie na dole:
 Krem-krektor z AA serii Hydroalgi. Przynosi natychmiastową ulgę zmęczonym okolicom oczu, redukuje cienie i zmniejsza naięcie. Zresztą polecam całą serię Hydroalgi zwłaszcza młodym dzewczynom o suchej skórze

Krem pod oczy Gly Skin Care, któy obecnie stosuję i o którym sporo napisałam w minionej kosmetykowej notce.

Idealny specyfik na miejscowe potrzeby to Hialuronowy mikrozastrzyk od Soraya. Stosuję go dozując go na okolice nosowo-wargowe gdzie zmarszczki a właściwie dołki są widoczne. Czy pomaga? Ciężko orzec, może jednak pozostańmy przy stwierdzeniu, że bardziej zapobiega ich pogłębianiu..

Pomarańczowa tubka to specyfik nalżący do tej samej serii z Avonu na pryszcze co wcześniej pokazywana maska. Ten żel zawiera 2% kwasu salicylowego (tego od aspiryny), dość szybko i skutecznie wysusza pojedyncze pryszcze. Dla  mnie jest niezły i na moje potrzeby odpowiedni, ale nie rekomenduję go dla osób mających problemy z pryszczami i wypryskami na co dzień.


U góry ten malutki to chyba znany wszystkim krem Pharmaceris z 10% kwasem migdałowym. Ciągle ktoś mnie raczy jego miniaturami i próbkami i tak już przez ładne dwa lata ciągle pod dostatkiem, że zastanawiam się czy kiedyś będzie mi dane kupić pełnowymiarowy. Lubię go i sprawdza się u mnie nawet podczas codziennego stosowania.

Peeling z Joanny o zapachy marakui sprawdził się gdy na czole wyskoczyły mi drobne krostki. Kiedyś już miałąm podobne i wtedy kosmetolożka doradziła mi bym potraktowała je grubym peelingiem. Zdecydowanie pomogło.

Ten kremowy peeling to kolejny produkt ze znanej serii Planet SPA. Pisałam o nim w poście i uznałam, że jest jednym z lepszych drobnoziarnistych peelingów dostępnych na rynku. Dzięki ekstraktowi z białej herbaty jest wyjątkowo łagodny.

Peeling Cosmo z Let's Celebrate stosuję także tylko na strefę T. Pisałam już kiedyś, że nie zawsze mogę używać peelingu na inne partie twarzy, bo moja naczynkowa cera tego nie uwielbia :) Za to na czole sobie nie żałuję :)



_________________________________________________
Mam dwie wiadomości: złą i dobrą
Dobra: zdjęli mi gips, choć palca jeszcze nie zginam. Zna ktoś dobre sposoby na rehabilitację?
Zła: Za 10 dni koniec wakacji

_____________________________________
Wyniki konkursu:

Konkurs wygrała Patka Olszak, gratuluję i proszę zgłoś się do mnie na maila


13 sierpnia 2016

Lemingi 2.0 Schodzimy do podziemia, red. Jerzy A. Krakowski

Czy są wśród was Fejsoholicy, którzy hejtują i lajkują wszystko jak leci?

Jeśli odpowiedzieliście sobie na moje pytanie twierdząco, to zapewne znacie fan page Młodzi, Wykształceni i z Wielkich Ośrodków czyli MWizWO https://www.facebook.com/MWizWO/?fref=ts

Lemingi 2.0 Schodzimy do podziemia, red. Jerzy A. Krakowski
Wydawnictwo Fronda, Warszawa 2016


Witajcie w Polsce. W kraju, gdzie rządy swe objął Andrzej Duda pod wodzą Kaczafiego.
W kraju gdzie wszystkie Korpoświry straciły bezpieczny grunt pod nogami.

I oto nie ma niczego. A najgorsze dopiero ma nastąpić.
Wszyscy humaniści zjednoczeni i zatrudnieni w korpo drżą o swe zacne pupcie umiejscowione na obrotowych, skórzanych fotelach.
W obawie o "koniec świata" zaczynają pakować swój dobytek. Okazuje się, że największym problemem jest zdemontowanie biurowego żyrandola. Bo oto nie znalazł się w całej korporacji nikt z technicznym wykształceniem, kto miałby uprawnienia. A poza tym, zacna osoba nie może wykonywać obowiązków wykraczających poza umowne standardy.

9 sierpnia 2016

Co zawiera moja kosmetyczka - wyzwanie Trusted Cosmetics

Nie wiem czy wiecie co jest moją zmorą :)
Lubię się spóźniać i nie znoszę gdy ktoś się spóźnia.
Spóźniam się często ale mam oczy kota ze Szreka i kreatywne wymówki, więc nigdy nikt nie robi z tego problemu.

O akcji Trusted Cosmetics dowiedziałam się wczoraj. Słyszałam już o nej dawno, widziałam posty na Waszych blogach i komentowałam równie zaciekle ale... myślałam, że to jakaś elitarna grupa, do której ja nie należę. Wczoraj jednak koleżanka uświadomiła mnie, że każdy może pokazać co ma w środku :)

Dyskutowałam z siostrą, która stwierdziła, że pokazujecie mnóstwo kosmetyków.
Sprzeciwiłam się definitywnie. A co! Dla mnie kosmetyczka to pakunek, który biorę ze sobą na podróż.
Jak wiecie sporo podróżuję, przemieszczam się z miejsca na miejsce bo 1) lubię podróżować i poznawać nowe miejsca 2) w weekend studiuję 100 km od miejsca zamieszkania i pracy 3) mój narzeczony pracuje "niespodziewanie" i w "niespodziewanych miejscach" więc on ma torbę spakowaną zawsze, a ja z konieczności pakuję się w 3 minuty gdy tylko mogę z nim się w taką podróż udać

Moja kosmetyczka jest zawsze w stanie gotowości.

Uważam, że nie ma sensu, żebym pokazywała Wam moją ogromną komodę wypełnioną po sam czubek kosmetykami.
Dziś przedstawiam Wam moją kosmetyczkę zawierającą absolutnie konieczne kosmetyki "Pan Konieczko" że tak powiem:D




Całość prezentuje się tak:) Według was to dużo czy raczej nie?
Moją docelową kosmetyczną jest złota i pojemna z podwójnym zameczkiem i wygodną rączką u góry. Świetnie się pierze nawet gdy wyleję jakiś olejek :) Nie jest to żadna droga kosmetyczka a dodatek do zestawu GlissKur.

Teraz chciałabym Wam o nich co nieco opowiedzieć. A więc pogrupowałam je w małe zestawy:



Podstawą mojego makijażu jest niemal zawsze baza. Dzieje się to w dni gdy podchodzę do lustra i mówię: nie jest dobrze. Albo gdy mam mieć trwały makijaż przez cały dzień. Zielona baza Ingrid jest fajnym kosmetykiem dla osób z cerą naczynkową jak u mnie, bądź z przebarwieniami czy nierównym kolorytem.

Kolejnym kosmetykiem, który można użyć jako bazę jest puder ryżowy Deni Carte. Teraz latem przyznam szczerze, że jako kosmetyk do wykańczania makijażu pojawia się u mnie już sporadycznie, bo mam ładną opaleniznę i kolor jednak odbija się od reszty. Czasem użyję jej do rozświetlania i to wszystko.  Ale tak jak pisałam w podlinkowanym poście na jesień, zimę i wiosnę jest to wymarzony kosmetyk

Podkłady w moim życiu co jakiś czas się zmieniają. Teraz gości u mnie Revlon Colorstay. Jestem z niego naprawdę zadowolona i kolejny raz także po niego sięgnę. Jest delikatny, wystarcza niewielka ilość do wykonania pięknego makijażu. Dobrze kryje i na razie jestem zadowolona. Pamiętam jak kilka lat temu się do niego zraziłam i przestałam go używać, ale słyszałam też, że nie warto kupować go w internecie, bo można trafić na podróbkę/rozlewkę. Więc ja teraz kupuję go stacjonarnie w Laboo.

Puder sypki jakiego obecnie używam to Diamond Skin z Wibo, poprzednik Fixing stał się zbyt jasny więc wróciłam do ciemniejszego brata. Na pewno dłużej zatrzymam się z tymi pudrami, bo wydaje mi się, że po wielu testach te z Wibo naprawdę się sprawdzają.

Bronzer jakiego obecnie używam to Betty Lou z The Balm. Ten złoty prasowany puder jest moim absolutnym ulubieńcem. Tak pięknego produktu do konturowania dotychczas nie znałam. Idealnie cieniuje i rozświetla w jednym. Gdy mam go na sobie naprawdę obce osoby zatrzymują mnie i pytają co mam na policzkach, bo pięknie się mieni. Jest po prostu celebrycki :)

Natomiast rozświetlacz to również jeden z lepszych w mojej opinii Silver z Lovely. Występuje w dwóch wersjach - Silver (chłodnej) i Gold (ciepłej). Naprawdę pięknie i dość mocno uwypukla to co powinno :)

Czas na pędzle: dwa absolutne konieczki w mojej kosmetyczce to pędzel do podkładu Pixie, idealnie prowadzi podkład po skórze, nie ma mowy o efekcie maski. Nie zjada tak dużo podkładu jak Beauty Blender. Drugi, który jest rewelacyjnym pedzlem do bronzera i rozświetlacza to pędzel Prestige od Deni Carte


W mojej kosmetyczce znaleźć można pierdołki i przybory higieniczne:)

Chusteczki nawilżające to coś co mam ze sobą niemal zawsze :) Po pierwsze chusteczki do higieny intymnej Cleanic są dla mnie idealnym rozwiązaniem gdy cały dzień spędzam w pracy, bądź na uczelnie. Posiadają plastikowe zamknięcie a pod spodem jeszcze dodatkowo naklejkę, którza chroni przed wysychaniem i czynnikami zewnętrznymi. Po drugie zwykłe chusteczki odświeżające, które na wyjazdach prócz swych standardowych właściwości posiadają inne cechy: służą mi jako produkt do demakijażu i naprawdę świetnie się wywiązują z tej roli. Te akurat to takie kieszonkówki, absolutnie praktyczne kupione w drogerii Wispol. Kupuję się je w dużym opakowaniu (chyba 30 sztuk po 10 każdego z 3 zapachów) a po otwarciu opakowania każda chusteczka jest również opakowana.

Tampony i wkładki to również coś bez czego się nie ruszam. Nie mam tu żadnej ulubionej marki an modelu :) Po prostu kieruję się nowością bądź promocją cenową. Tampony trzymam na wszelki wypadek, natomiast wkładki pojawiają się masowo w mojej kosmetyczce i torebce. To u nas chyba rodzinne bo moja ciocia poszła kiedyś do kościoła z zamiarem ofiarowania "większej sumy" w kopercie. Ksiądz zaczął chodzić za ofiarą, ciotka wyciągnęła kopertę i stoi w najlepsze. Po kilku sekundach zorientowała się dopiero, że zamiast koperty trzyma w ręce wkładkę. Mówi, że to zrządzenie losu, że nie wrzuciła jej księdzu na tacę :D

Pilniczek do paznokci Maybeline, bo warto mieć przy sobie takie akcesoria, zwłaszcza gdy się jest w hotelu i pod ręką nie ma niczego :)

Akcesoria do włosów - absolutne minimum potrzebne do szczęścia: spinka-żabka, gumka do włosów i dwie wsuwki. 

Lusterko - typowo kontrolne, sprawdzić czy tusz się nie rozmazał, albo syfex na twarzy nie wyskoczył. Umalować się w nim raczej nie da. Ale na szczęście zawsze w podróży w toalecie, hotelu czy wynajmowanym mieszkaniu jakieś inne lustro jest :)

Odświeżacz do ust - gdy idę na spotkanie, gdzie nie wypada rzuć gumy. Nie jest to najlepszy odświeżacz jaki miałam. Najlepsze ciocia przywoziła z USA, ale już niestety wróciła do Polski, a ja raczę się tym co w aptece dostanę. Pamiętacie te czasy, amerykańskich filmów, gdy chłopak chuchał sobie na rękę a potem psik psik i sprawa załatwiona. Dobrobyt lat 90tych i mi wszedł w nawyk za sprawą cioci (tak, tej samej która dawała księdzu wkładkę, ale to moja ukochana ciocia więc jej wątek pewnie się nie raz przewinie), że używanie odświeżacza do ust uważam za absolutny wymóg higieny na mieście :)Ten akurat to Anida Flo miętowo-cytrynowy.

Perfumki to akurat rozlewki z perfumerii internetowej Perfumik.pl i są one tożsamym zapachem do Mercedes Benz L'eau - dla mnie są one odpowiednie, ze względu na swoją słodycz. Poza tym pojemność jest odpowiednia, a ze względu na kształt buteleczki wszędzie da się wepchnąć


Cienie do powiek - zazwyczaj wybieram do kosmetyczki  niewielkie, kompaktowe ale też dające mi wybór kolorów. Najbardziej kocham kolory ziemi i to one wędrują na moje powieki.
Paletka Catrice ma bardzo solidne opakowanie, więc nie muszę się martwić o wykruszenie cieni.Zawiera dwa odcienie złota w bardzo błyszczącej odsłonie. Średnio szklący się brąz i malinowy kolor do wykończenia.
Paletka Kobo ma samodzielnie dobrane cztery odcienie, więc mogłabym tu zachwalać, że mam wszystko czego potrzebuję. I jedynie mogę narzekać na gumowe (choć bardzo solidne opakowanie), ponieważ strasznie się brudzi i ciężko czyści. Znajdują się w niej kolory: beż, średni brąz, przygaszony ciemny róż i ziemisty brąz. Wszystkie one są cieniami matowymi.
Cień w okrągłym pojemniczku to znany chyba wszystkim pudrowy pyłek MySecret, jest idealny do wykończenia makijażu, nadania mu blasku i sprawdza się na wieczorowe wypady. 

Cienie do brwi to także mój niezbędnik. Przeważnie używam brązu. Właśnie skończyła mi się paletka W7 z 4 wariantami odcieni i wygrzebałam z szuflady taką niepozorną firmy Meis, ale póki co się sprawdza, choć ma bardziej matowy film niż mój poprzednik.

Tusz do rzęs to kolejny kosmetyk, który często zmieniam. Wydawało mi się, że ten który mam Maybelline Sensational w kolorze czarnym zostanie ze mną, bo początkowo był idealny, ale jednak z czasem stał się grudkowaty i gęsty, że ciężko go nałożyć. Wiec na pewno już się z nim rozstanę.

Pomadki w kremie z apliatorem - sprawdzają się świetnie gdy trzeba usta pomalować na szybko. Wiem, że niektórzy uważają, że taka forma jest trudniejsza do opanowania ale dla mnie po prostu to dwa myk-myki i już usta są pomalowane. Mogę to robić perfekcyjnie nawet w samochodowym lusterku podczas jazdy :) Tu akurat klasyczna czerwień z Manhattan i słodki róż z NYX.

A gdy akurat nie muszę malować ust, lub nie mam na to ochoty to dbam o ich nawilżenie. Pomadki nawilżające kupuję na potęgę, zawsze mam kilka w kosmetyczce, każdej torebce  i w kieszeni kurtki. Tu akurat truskawkowa Balmi, naprawdę smaczna :) 

Kredki do oczu używam niemal za każdym razem i w zależności od tego jaki efekt chcę uzyskać mam dwóch faworytów. Szara Essence - kupuję ją już od liceum czyli już ponad 10 lat, jest odpowiednio miękka, ciężko nią narysować kreskę, ale do przyciemniania wewnętrznej linii powieki jest idealna.
Druga to czarny eyeliner Mistrzowska Precyzja od Maybelline. Faktycznie z łatwością ryzuję nią kreski i taka forma pisaka odpowiada mi najbardziej.






7 sierpnia 2016

Dobre wieści, Dana Perino

Wspomnienia najsłynniejszej rzeczniczki prasowej Białego Domu

Dobre wieści, Dana Perino
Wydawnictwo Kobiece, Białystok 2016



Gdy zaczynałam studia dziennikarskie miałam dość jasno sprecyzowany plan: będę rzecznikiem prasowym. Ale tak naprawdę na moich studiach o tym zawodzie nie dowiedziałam się nic. Nikt nie dał mi żadnych wskazówek, poza tym, że kiedyś obiecano mi taką posadę. Nic więcej w tym fakcie się nie wydarzyło. Nie zostałam rzecznikiem prasowym i sięgając po tę książkę chciałam dowiedzieć się jak najwięcej nie tylko o Danie Perino, lecz o tym jak dobrze się wywiązać z obowiązku rzecznika.

Dana Perino była zwyczajną dziewczyną. Wychowana przez kochającą się rodzinę, posiadającą włoskie korzenie. W swojej książce, która jest swoistym wspomnieniem opisuje swoje pochodzenie, członków rodziny począwszy od pradziadków, relacje z nimi. Dość dużą uwagę skupia na siostrze, z którą w dzieciństwie nie żałowały dla siebie psot.

Rzeczniczka opisuje w utworze swoje życie studenckie. Miała marzenia by iść na wielki Uniwersytet do dużego miasta, ojciec jednak przekonał ją by wybrała małą uczelnię niedaleko od domu. Gdy poznała wykładowców dała się przekonać. Okazało się, że był to wybór najlepszy z możliwych: dostała stypendium i własną audycję w lokalnym radio.

Po studiach miała dość jasno sprecyzowane plany, choć jej kariera polegała na czynnościach typu: podaj i przynieś. Nie zrażała się tym i dzięki swojej ambicji osiągnęła wiele na swojej ścieżce zawodowej. Niestety odbiło się to głównie na samotności i wielu godzinach spędzonych za biurkiem.


Wszystko zmieniło się gdy poznała sporo od siebie starszego mężczyznę Petera McMahona, wielbiciela polityki Georga Busha. Wkrótce po zamachu na WTC Dana Perino dostała pracę w Departamencie sprawiedliwości. Praca była niebezpieczna i wymagała od niej wiele zaangażowania.
W momencie gdy totalnie wykończona Dana Perino wkracza do biura swojego szefa by złożyć wymówienie, ten uprzedza ją propozycją posady rzeczniczki prasowej w Białym Domu.

Stanowisko rzecznika prasowego to posada z nominacji. Prezydent obiera sobie osobę zaufaną i kreatywną. Poprzedni rzecznik, przyjaciel Dany został zwolniony i w niedługim czasie opublikował książkę z poufnymi sprawami Białego Domu i prezydenta.

Dana Perino jako rzecznik prasowy była osobą, która często kontaktowała się z Georgem Bushem. Uczestniczyła w przyjęciach i podróżach służbowych, towarzyszyła mu w Afganistanie i w Iraku, gdzie podczas incydentu, w którym obrzucono prezydenta butami oberwała w głowę.

George Bush stał się dla Dany mentorem. W jej wypowiedziach przeważa ogromny szacunek do osoby prezydenta. To on udzielał jej wskazówek, gdy już nie miała pomysłów jak wyjść z opresji. W swojej książce kreuje wizerunek prezydenta jako ojca, kogoś kto ukształtował ją na całe życie.

Polecam książkę wszystkim przyszłym dziennikarzom, tym których interesuje świat mediów. A także wszystkim ciekawskim, którzy lubią smaczki o życiu znanych ludzi. I tym, którzy kochają Amerykę.


Dobre wieści, Dana Perino
Moja ocena: 6/10
Średnia ocena z lubimyczytac.pl: 7,8/10
Średnia ocena z goodreads.com: 4,0/5 
  



  • Po przeczytaniu tej książki zyskałam  2 cm do akcji "Przeczytam tyle, ile mam wzrostu"
Pozostało mi jeszcze: 95,9 cm

Zapraszam do zapoznania się z recenzją książki na portalu BookHunter.pl TU

4 sierpnia 2016

Konkurs i Nawilżający krem pod oczy, Gly Skin Care od Equalan

Czy macie czasem wrażenie napiętej skóry pod oczami.
Ja niestety od czasu do czasu tak. Zwłaszcza gdy zarywam nockę.

Wtedy gdy przeciągnę suchym palcem po tej wrażliwej skórze mam wrażenie jakby była na zawsze przyczepiona do jednego miejsca a każde jej delikatne przesunięcie sprawia ból.

Na takie odczucia zawsze aplikuję krem pod oczy. Przyznam, że nie stosuję go zawsze. Stosuję go przez jakiś czas gdy potrzebuję, a potem już po niego nie sięgam.

Nawilżający krem pod oczy, GlySkinCare


Nawilżający krem pod oczy GlySkinCare poprawia mikrocyrkulację skóry w okolicy oczu przez co zmniejsza opuchliznę i redukuje cienie pod oczami .

Wpływa korzystnie na zachamowanie procesów starzenia, odżywia skórę poprawia jej sprężystość i przede wszystkim nawilża.

Krem umieszczony jest w tubce o poj. 15 ml. Jest to niewielka tubka, ale taki rozmiar dla tego rodzaju kosmetyków jest najwłaściwszy, zwłaszcza, jeśli nie stosuje się ich każdego dnia.

Dozownik kremu to standardowo w tego rodzaju produktach lejkowaty dziubek. Ma małą dziurkę, którą wydostaje się wąski paseczek kremu.

Krem ma kremową konsystencję, lecz nie jest ani tłusty ani zbyt mocno uwodniony. To taka średnia gęstość, która pozwala na szybkie wchłanianie i nie pozostawia na skórze tłustego filmu.
Krem nie posiada żadnego zapachu.


Producent zapewnia, że redukuje worki od oczami, opuchliznę czy cienie - tego działania nie mogę wam opisać, bo na szczęście nie doskwierają mi tego typu problemy.
Od czasu do czasu odczuwam tylko napięcie i wtedy właśnie stosuję ten krem.
Szybko przywraca prawidłowe nawilżenie i przynosi ulgę w mocno napiętej skórze.
Lubię go za natychmiastowe i szybkie działanie. Nie muszę go stosować przez wiele dni, wystarczy tylko tubka.

Cena: 35 zł
Kupione: prezent


Moje drogie :) jutro są moje urodziny więc wymyśliłam dla Was prezent w postaci takiego samego kremu pod oczy jak mój


Aby wygrać zgłoś się w komentarzu :)

Możesz zrobić te wszystkie fajne rzeczy, które sprawią mi przyjemność do których stosowne przyciski znajdziesz po prawej stronie bloga :)

Konkurs będzie trwał także na FB więc jeśli chcesz zwiększyć szanse, zapraszam :) 

3 sierpnia 2016

Okrążyć słońce, Paula McLain

Napisana z filmowym rozmachem powieść dla tych, którzy pokochali Pożegnanie z Afryką.

Okrążyć słońce, Paula McLain
Wydawnictwo Między Słowami, Kraków 2016


Białe kobiety w Afryce od zawsze fascynowały badaczy i twórców. Tak jak mnie fascynowała Afryka i Czarne Kobiety. 
To im poświęciłam trzy lata swojego życia i to one są bliskie mojemu sercu, ale tak jak historie afrykańskich kobiet przewijały się przez moje prace badawcze na studiach, tak białe kobiety miały w ich życiu znaczący udział. 

Tak więc sylwetkę Beryl Markham i Karen Blixen miałam okazję poznać już wcześniej, choć nie miałam pojęcia, że los skrzyżował ich uczucia.

Beryl Markham, biała kobieta w Afryce. Kobieta, która wyrosła na Czarnym Lądzie, pokochała ten kontynent, bo jej serce było gorące. Tak jak Czarny Ląd i krew która w niej płynęła. 
To książka o Beryl. Kobiecie, która żyła naprawdę. 

Literackie postacie feministek i indywidualistek od zawsze mnie pociągały. Teraz na mojej ścieżce przez stronice pojawiła się Beryl Markham. Dlaczego była tak wyjątkowa? 

Mała Beryl wraz z rodzicami przeprowadza się do Kenii. Ojciec pragnie zostać farmerem, ale jedyne na czym się zna to hodowla koni. Ich życie w Afryce nie jest usłane różami, na każdym kroku czai się niebezpieczeństwo, brakuje im podstawowych środków do życia, lecz ojciec nie zamierza rezygnować ze swoich marzeń. Matka zostawia więc dziewczynkę z ojcem i sama z synem wraca do ojczyzny. 

Karen od tej pory musi dzielnie stawiać opór życiu w Kenii. Wyrasta pod opieką ojca i nieznacznie pod skrzydłem kochanki ojca pani O., która przybiera rolę opiekunki domu. Nic więc dziwnego, że Karen ma bardziej męskie ideały niż rówieśniczki. 

Jej pasją są konie. Pragnie zostać treserką koni i po latach to marzenie realizuje. Beryl kocha wolność,  wiatr we włosach, nie straszne jej lwy i niewyobrażalne upały, jest typowym wolnym duchem, nic więc dziwnego, że nie lubiła się uczyć i została wydalona ze szkoły.  Ma męski styl bycia, ale nie brak jej kobiecości, która sprawia, że Beryl szybko wychodzi za mąż za sąsiada Purvesa. Sama widzi w tym intratny interes wobec upadającego gospodarstwa ojca. Ich małżeństwo jednak było dalekie od bliskości i razem nigdy nie przekroczyli żadnej granicy czułości. Związek Beryl i Jocka niemal nie istniał i sprowadzał się jednie do małżeńskich obowiązków. Ich małżeństwo zakończyło się szybko i niezbyt burzliwie. 

Dalsze losy silnej i niezależnej Beryl Markham nie moszczą posłania złudzeniami. Choć Beryl zapisała się w historii jako żelazna osobowość, nieustraszona treserka koni i odważna pionierka lotnictwa - kobieta, która jako pierwsza osoba w historii przepłynęła Atlantyk, to jej świat rysował się koślawą kreską. 

Karen Blixen, baronowa, o której już wcześniej wspominałam, podałą Beryl dłoń, wyciągnęła z tarapatów. Beryl choć nad tym nie panowała odwdzięczyła się jej odbijając kochanka baronowej, Denysa Fincha Hattona. Całą trójka tkwi w rozpaczającym romansie raniąc siebie nawzajem. 
Karen co rusz wdaje się w kolejne romanse, zachodzi w ciążę i choć pragnie dziecka to niestety podczas porodu je traci... 

Imponująca kobieta, detronizująca czasy w jakich żyła. Urodzona w 1903 roku, stawiała czoła zadaniom, jakich obawiałby się niejeden mężczyzna. Sama raniła innych i dostawała w zamian podobne uczynki. Brylowała, zadziwiała i nie spoczywała na laurach. Zaglądała śmierci w oczy i uśmiechała się do życia, Kobieta, której lot wyprzedził kobiety z tamtej epoki. Kobiety, która okrążyła słońce. 

Narracja pierwszoosobowa, książka podzielona na części. Mnóstwo dialogów, więc pomimo objętości czyta się przyjemnie.

Książkę zdecydowanie poleciłabym wszystkim, którzy lubią biografię. Nie tylko tym, którzy czytają je dla zdobywania ukrytych informacji z życia znanych i lubianych, lecz przede wszystkim tym, którzy chcą poznać inspirującą osobowość. Kobietę, która żyła z wiatrem w oczach i ogniem w duszy. 


Okrążyć słońce, Paula McLain
Moja ocena: 7/10
Średnia ocena z lubimyczytac.pl: 7,7/10
Średnia ocena z goodreads.com: 3,9/5 
  


  • Po przeczytaniu tej książki zyskałam 3,3 cm do akcji "Przeczytam tyle, ile mam wzrostu"
Pozostało mi jeszcze: 97,9 cm

Zapraszam do zapoznania się z recenzją książki na portalu BookHunter.pl TU