30 kwietnia 2016

Yankee Candle - Fresh Cut Rose

Nigdy nie recenzowałam dla was świec, ani wosków. Choć wiem, że wiele z Was to robi na swoich blogach, a teraz pomyślałam, że warto i dla was i dla samej siebie, bo pamięć bywa zawodna:)

Recenzje te będą raczej krótkie bo nie jestem ekspertką w tej dziedzinie.

Woski są moim świrem już od prawie roku. Wcześniej do kominków wlewałam jedynie olejki.

Yankee Candle - Fresh Cut Rose



Wosk Fresh Cut Roses to standardowej wielkości wosk tartinka od Yanee Candle. 
Struktura zwarta, mydełkowa i lekko krucha przy krojeniu.

Fresh Cut Roses to kolor delikatnego różu w odcieniu, który w Polsce popularnie zwany jest majtkowym (co podejrzewam ma korzenie w PRLu).

Zapach prócz tego, że jest bardzo intensywny to ma mydlaną nutę. Nie jednoznacznie wskazałabym, że chodzi tu o kwiatowy zapach i to w dodatku 'świeżo ściętych róż'
Troszkę jest tu nuty poziomki i i raczej to ten zapach wskazałabym gdyby ktoś zawiązał mi oczy.
Zapach jest słodki i niedrażniący. 

Wosk po rozpuszczeniu raczej traci na intensywności i zapach nie jest już taki ostry. 
Czas użytkowania wosku jest też raczej umiarkowany i nie jest to wosk, który będziemy mogli palić przez kilka tygodni.
Jedna porcja do małego komika wystarczy nam na max 2 tygodnie.

Czy też macie ten problem z woskami, że najpierw wywąchacie milion a potem i tak bierzecie niemal przypadkowy?
Ten chyba był kupiony właśnie w taki sposób.
Nie został moim ukochanym woskiem i właściwie zużyłam tylko ćwiartkę i wciąż nie mam dużej ochoty by spalić go do końca. 

Yankee Candle - Fresh Cut Rose
Cena: 8 zł
Ocena: 3/5

Ponowny zakup? Nie

28 kwietnia 2016

Vilvi Yoga, Jogurt z pigwą, dynią i płatkami zbóż

Zobaczyłam go na instagramie.
Zapragnęłam go mieć, zapytałam więc gdzie dostanę i już w tydzień później z mej wioski powędrowałam do miasta wojewódzkiego by nawiedzić Piotra i Pawła i kupić ten oto jogurt.

Vilvi Yoga, Jogurt z pigwą, dynią i płatkami zbóż
Wzbogacony w błonnik

Jogurt Vilvi umieszczony jest w białym dużym kubełku o pojemności 200 g. Kubełek odziany jest w tekturową etykietkę. Nakryty jest aluminiowym wieczkiem.
Już samo opakowanie przyciąga wzrok. Odwrócone kolory, prostota i jakaś słowiańskość zachęca do zakupu. 
To co przykuwa wzrok to dorodna dynia..

Informacje na kubełku są także w języku polskim bo jak pewnie wiecie, Vilvi to litewska firma.

Jogurt jest dość gęsty, ale nie jest to typowy sztywny jogurt w typie greckiego, lecz taki standardowy ale dodatkowo zagęszczony przez owoce i zboża.

Ma lekko kremową barwę. 
Posiada jogurtowy zapach niewskazujący tak naprawdę na żaden smak. 

W jego wnętrzu przebijają się ziarna zbóż, ale jest ich sporo porównując do znanych jogurtów, bo aż 16 % przy czym w polskich popularnych markach oscyluje się od 0,8 do jakichś 6-7%.

Chciałam uświadczyć tu tych oryginalnych smaków. Chciałam zjeść dobrą pigwę i przekonać się do dyni w jogurcie. Natomiast to na co liczyłam, czyli kawałki owoców chyba gdzieś popłynęły. Widocznie do wyprodukowania jogurtu użyto musu/puree bo niestety śladowe pomarańczowe plamki są, ale kawałków owoców nie ma.


Nie jadłam nigdy pigwy, dynię uważam za neutralne warzywo. Smaku jakiegokolwiek wyrazistego czy przeważającego nie wyczułam. 
Owszem coś tam delikatnego się pojawia, ale to nie to na co liczyłam.
Za to sam jogurt jest dość kwaśny o smaku raczej kefirowym niż delikatnym i aksamitnym.

Kupując ten jogurt spodziewałam się szału i uniesienia. Dostałam raczej przeciętny jogurt o kwaśnym smaku.  Skład mimo, że jest całkiem w porządku, bo najpierw pojawiają się naturalne produty, to niestety później zjawia się też karagen, ja nie do końca potrafię go w żywności zaakceptować.
Dodatkowo jogurt nie ma niskiej ceny, więc już troszkę burżuazją jest dawać 4 zł za przeciętny w smaku jogurt.

pasteryzowane mleko odtłuszczone, pigwa, dynia i płatki zbóż 16% (oligofruktoza 35%, pigwa 20%, woda, cukier, dynia 10%, płatki owsiane 5%, płatki jęczmienne 5%, skrobia kukurydziana modyfikowana, stabilizator karagen, aromaty, regulator kwasowości kwas cytrynowy), śmietanka, cukier, stabilizatory: skrobia kukurydziana modyfikowana, żelatyna, pektyna; zakwas bakterii jogurtowych.




 Vilvi Yoga, Jogurt z pigwą, dynią i płatkami zbóż
Ocena: 3/6
99 kcal/100g
198 kcal/1 kubek (200g)
Kupione w: Piotr i Paweł
Cena: ok. 3,69 zł/
Czy kupię jeszcze raz? raczej nie


26 kwietnia 2016

Kto nam podkłada świnię?, Udo Pollmer

Kto nam podkłada świnię, Udo Pollmer, Monika Niehaus, Jutta Muth, Andrea Fock
Wszystko co chcielibyście wiedzieć o jedzeniu z supermarketów i ekożywności ale nikt wam tego nie powie.
Cała prawda o najgłośniejszych skandalach żywnościowych
Wydawnictwo Znak Literanova,  Kraków 2016

Książka, która od progu krzyczy hasłem "Pierwsza antydietetyczna książka w Polsce" mocno mnie zaintrygowała.
Z jednej strony, kłóci się ona z moją wewnętrzną "boginią", z drugiej niezwykle ciekawiło mnie co w niej znajdę.

Moje przypuszczenia były słuszne.
W książce na szczęście nie znalazłam rad i podpowiedzi jak mam żyć. I chwała za to.
Może być więc już tylko lepiej.

Książka od początku do końca wytłuszcza fakty, dane i statystyki. Jest wielką skarbnicą informacji prosto ze świata naukowych skandali i utajnionych raportów żywieniowych. 

Niestety by kolorowo za bardzo nie było, w pozycji pojawia się też kilka sprzecznych z moją naturą założeń.

Już pierwszy rozdział brzmi grubo: Schudnij jedząc frytki. I jeśli myślałeś, że będzie to rozdział o ujemnych kaloriach ociekających tłuszczem ziemniaczanych przysmakach, to jesteś w błędzie.
Pamiętacie aferę, gdzie wszyscy powtarzali: Nie jedz chipsów, są rakotwórcze. (Mój tata powtarza mi to do dziś, ale niech tylko na grillu ktoś postawi przed nim miskę z chipsami... :D)
Ten utarty slogan okazuje się mieć błędne korzenie. A wszystkiemu winny był akrylamid, substancja, której naprawdę jest niewiele w domowych frytkach i chipsach. Za to bardzo dużo w chrupkim, błonnikowym pieczywie. Jego stężenie w domowych produktach jest niewielkie, ale jeśli na kilkadziesiąt kilogramów ziemniaków, do fabryki trafi jeden ziemniak, który nie zostanie obrany i pozbawiony pędów to stężenie akrylamidu może być naprawdę wysokie i groźne dla dzieci.
Dlatego tak ważne jest obieranie ziemniaków i wycinanie z nich oczek.
Badacze twierdzą, że gotowane ziemniaki w mundurkach robią więcej szkody niż pożytku.

Ostatnie badania dowodzą, że jajka są zdrowe. I słusznie, bo tak też jest. Ale naukowcy w swojej książce opisują obawy społeczeństwa jakie krążyły dotychczas jeśli chodzi o spożywanie jaj. 
Bardziej zaogniona natomiast była sprawa  z drobiem chorym na H5N1 - czyli tzw. "ptasią grypę". 
Odsetek chorego ptactwa nie był aż tak wysoki. Naprawdę chore zwierzęta to były sporadyczne przypadki (które zapewne zdarzają się nadal i zdarzać będą), ale wszystko to podsycane przez media miało wpływ na gospodarkę.
Jedni tracili a inni kroili kokosy: w głównej mierze ten sukces należał do firm farmaceutycznych. Nikt jednak nie wspominał, że sama szczepionka wywoływała większe skutki uboczne i powikłania niż zarażenie "ptasią grypą".
W kolejnym rozdziale szczepienia są głównym celem badaczy, ale tym razem pod lupę biorą szczepienia na zwierzętach. Czy rzeczywiście są potrzebne, czy znów są złotym cielcem dla producentów i weterynarzy?

Jako córka sadownika doskonale wiem, że nie da się wyhodować zdrowego jabłka bez użycia środków chemicznych. Ale wiem, że cała rzesza ludzi o tym nie wie, lub nie chce wiedzieć.
Wydaje im się, że jabłko (czy jakikolwiek inny owoc czy warzywo) niepryskane z wyraźnymi śladami parcha jest zdrowsze. A to tylko jeden z gwoździ do obciążenia organizmu.
Badania dowodzą, że np. pestycydy już po kilku dniach od zerwania owoców niemal w zupełności znikają z jego wnętrza. A takie trwałe chorobowe znamiona na owocach już nie. A one są siedliskiem tego, co przejmie nasz organizm.
Polecam ten rozdział zwłaszcza tym, którzy na straganie kupują "brzydkie" jabłka bo są "lepsze".



Badacze ocierają się także o tematykę GMO zarzucając piewcom "zdrowego żywienia", że bez znajomości podstaw inżynierii genetycznej próbują przeciągnąć rację na swoją stronę, w rzeczywistości nie mając o tym bladego pojęcia.

Jeśli eko-owoce są nie do końca zdrowe to co z bio-mięsem? 
Ciekawie naukowcy przedstawiają fakt, że drób klatkowy jest zdrowszy od tego "wolnowybiegowego". Ten wolnowybiegowy, czyli bio nie tylko jest narażony na obecność pasożytów, lecz także odnotowuje sie wysoki pozion skażenia bakterią E-Coli, gdyż zwierzęta te żyją wśród własnych odchodów. Nie ma też wśród nich hierarchii, która obowiązkuje w małych stadkach, kury więc zadziobują się notorycznie każdego dnia.
To dość kontrowersyjne przekonania, zwłaszcza, że te informacje przekazywane dotychczas nam były jako dotyczące właśnie drobiu klatkowego.

Jeśli więc ekologiczne owoce nie są zdrowe a mięso od szczęśliwych kurek może stać się apogeum nieszczęścia. To co wobec tego jeść?

Słodycze?

Do niedawna świat obległo przekonanie, że pierniki to największe zło jakie można spotkać na ciasteczkowych półkach. Kumaryna, która obecna jest w cynamonie rzekomo ma powodować szereg objawów katastrofalnych w skutkach dla naszego zdrowia. Temat ten podsycany jest (podobno?) przed każdymi świętami.
Owszem kumaryna jest niezdrowa ale dla szczurów nie dla ludzi. 

Doszłam więc do sedna i idei tej lektury.
Większość badań jaki zasypują nas codziennie media jest wynikiem badań na szczurach w warunkach laboratoryjnych. Do tego powinniśmy dojść już dawno: szczur to nie człowiek. A najnowsze wyniki badań dowodzą, że to co groźne jest dla malenkich szczurów o zupełnie innym układzie biologicznym niż nasz wcale nie musi być groźne dla człowieka. 
W obliczu najnowszych badań genetycznych okazuje się, że ludzkość ogłupiana była informacjami o szkodliwości różnych produktów. Szkoda tylko, że było to groźne jedynie dla naszych małych przyjaciół.

Książkę polecam nie tylko tym, którzy bezmyślnie głoszą pochwałę "eko" i "bio", ale także tym, którzy są ciekawi świata i chętnie zdobywają wiedzę o gospodarce, przemyśle i żywności.

Taka lektura to świetny pomysł na dyskusję.

Jest w książce wiele słusznych i racjonalnych odpowiedzi, ale także sporo takich, z którymi mogłabym się spierać.

Książkę napisali naukowcy, z wykształcenia biolodzy, ektrofolodzy, naurofizjolodzy czy chemicy. Jest ona w zupełności poparta bibliografią, która jest tak obszerna, że zawarta została aż na 34 stronach!



Moja ocena: 8/10
Średnia ocena z lubimyczytac.pl: 8,3/10

Średnia ocena z goodreads.com: 4/5   
  • Po przeczytaniu tej książki zyskałam 1,4 cm do akcji "Przeczytam tyle, ile mam wzrostu"
Pozostało mi jeszcze: 133,10 cm

A na zakończnie mam dla was niespodziankę :) Też możecie zawalczyć o książkę :)
Do konkursu możecie zgłaszać się na blogu a także by podwoić szansę - także na FB




Regulamin konkursu na blogu: 

1. Warunkiem uczestnictwa w konkursie jest spełnienie warunków podstawowych oraz  opcjonalnie warunków uzupełniających (+1 pkt. za każdy wykonany) 
  • obserwacja bloga (po lewej stronie przycisk "Dołącz do tej witryny")
  • podanie adresu e-mail
dodatkowo: 
  • polubienie na FB  
  • obserwacja na INSTAGRAMIE
  • udostępnienie FB lub banner na blogu
2. Zgłoszenie się wg. wzoru
-obserwuję blog jako:
- e-mail:
- lubię jako:
- obserwuję na IG jako: 
- udostępniam: 

3. Nagrodą w konkursie jest egzemplarz książki "Kto nam podkłada świnię?" Udo Pollmera
4. Organizatorem i sponsorem jestem ja, pokrywam tym samym koszty wysyłki na terenie Polski. 
5. Konkurs odbywa się równocześnie na blogu jak i FB, zwycięzcą pozostanie osoba spośród biorących udział na blogu lub FB.
6. Konkurs trwa od 26.04 do 6.05 (2016r.) do godz. 23:59
7. Wyniki konkursu pojawią się w ciągu 3 dni od daty zakończenia konkursu na blogu w poście oraz w poście na FB. 
8. Konkurs nie podlega przepisom ustawy z dnia 29 lipca 1992 o grach i zakładach wzajemnych ( Dz. U. z 2004 r. Nr 4, poz. 27 z późn. zm.).


Regulamin konkursu na FB: 

1. Warunkiem uczestnictwa w konkursie jest spełnienie warunków podstawowych oraz  opcjonalnie warunków uzupełniających  (+1 pkt za każdy wykonany): 
  •  polubienie strony na FB
  • zgłoszenie się w komentarzu
dodatkowo:
  •  udostępnienie postu konkursowego
  • polubienie postu konkursowego
  • zaproszenie znajomych
2.  Nagrodą w konkursie jest egzemplarz książki "Kto nam podkłada świnię?" Udo Pollmera
3. Organizatorem i sponsorem jestem ja, pokrywam tym samym koszty wysyłki na terenie Polski. 
4. Konkurs odbywa się równocześnie na blogu jak i FB, zwycięzcą pozostanie osoba spośród biorących udział na blogu lub FB.
5. Konkurs trwa od 26.04 do 6.05 (2016r.) do godz. 23:59
6. Wyniki konkursu pojawią się w ciągu 3 dni od daty zakończenia konkursu na blogu w poście oraz w poście na FB. 
7. Konkurs nie podlega przepisom ustawy z dnia 29 lipca 1992 o grach i zakładach wzajemnych ( Dz. U. z 2004 r. Nr 4, poz. 27 z późn. zm.).


__________________________________
WYNIKI:



24 kwietnia 2016

Marchewkowy placuszek "Cocolate" (215 kcal)

Uwielbiam wszelkiego rodzaju placuszki i śniadaniowe omleciory. Wiem, że Wy też ;)
To kolejna wariacja na ten temat :)

 Marchewkowy placuszek "Cocolate"


  • 1 jajko
  • 1 białko
  • 15 g odżywki białkowej o smaku białej czekolady
  • 5 g mąki kokosowej
  • 30 g marchewki 
  • 2-3 łyżki mleka kokosowego
  • jogurt owoce leśne 
  • kiwi
 1. Białka oddzielić od żółtek.
2. W misce wymieszać  żółtko z odżywką i mąką. Dodać startą bardzo drobno marchewkę. Wymieszać i dodać 2-3 łyżki mleka kokosowego.
3. Żółtka ubić ze szczyptą soli na sztywną pianę. Dołożyć do masy i lekko zmieszać.
4. Na patelni posmarowanej olejem kokosowym smażyć omleciora.

Podawać z czym kto chce, ale z jogurtem o smaku owoców leśnych i kiwi było chyba opcją najlepszą z możliwych.

Moja porcja ma 215 kcal / 21,2B,9,9W,8,8T


22 kwietnia 2016

Uwikłani. Obsesja, Laurelin Paige


Uwikłani. Obsesja, Laurelin Paige
Wydawnictwo Kobiece, Białystok 2016


Sięgnęłam po książkę nie wyzbyta obaw.
Kto przy dobrych zmysłach zaczyna lekturę od środka?
Obsesja jest drugim tomem trylogii Uwikłani Laurelin Paige. 
Nie mogłam przegonić obaw. Zastanawiałam się czy kupić tom pierwszy, jednak nim go kupiłam otworzyłam książkę i zaczęłam czytać.
Wszelkie obawy zostały zmiecione pod dywan.
Spokojnie! Od drugiego tomu możesz zacząć czytać, świetnie się bawić a do tego być na bieżąco.
Książka nie tylko toczy się własnym rytmem, lecz przenika z wydarzeniami z przeszłości, dzięki temu wszystkie białe plamy zostają zapełnione w wyobraźni czytelnika.

Alayna Withers ma właśnie gorącą passę w życiu. Prócz tego, że udało jej się zakotwiczyć związek z miliarderem to jeszcze awansowała z asystentki na menadżera nocnego klubu.

Dotychczasowe życie Alayny nie było pasmem samych sukcesów. W dzieciństwie została sierotą a w dorosłym życiu miewała przelotne romanse  i ten jeden, poprzedni... Związek, który sobie wyimaginowała. Zakochała się w facecie, z którym łączyło ją tylko łóżko. Jego natomiast łączyło coś jeszcze: więzy małżeńskie z ówczesną żoną. Kłopoty jakie Alayna sama sobie zgotowała kochając zbyt mocno zaprowadziły ją na sądową wokandę.

Hudson Pierce to bogaty milioner. Wszystko co osiągnął jest wielkim sukcesem. Jednak matka nie podziela jego euforii, gdyż dla niej tym co wyznacza granice szczęścia jest miłość. Fakt, że jej kochany syn nie ma kobiety dręczy ją okrutnie.

Dla świętego spokoju matki Hudson umawia się z Alayną, przedstawia ją matce, ale kobiety nie przypadają sobie do gustu.
Hudsona i Alayne prócz ukartowanego spektaklu łączy jeszcze seks. 

Akcję Obsesji rozpoczyna nowy związek w jaki wkraczają Alayna i Hudson. Mogą już oficjalnie przyznać, że po dwóch tygodniach znajomości zostali parą.

Cienie przeszłości drzemią nie tylko nad przystojną i uwodzicielską Alayną, lecz także Hudson ma w swojej kartotece plamy na męskim honorze. 
Oboje cierpią na dysfunkcje społeczne: ona kocha zbyt obsesyjnie, on nie jest zdolny do miłości.



Czy związek tak skrajnych postaci może mieć miejsce? 
Czy ich problemy znów staną na przeszkodzie by stworzyć trwałe więzi? 
A może miłość leczy rany i okaże się balsamem na wszystkie dotychczasowe fobie? 



Zachęcam do przeczytania nie tylko Obsesji, lecz także pierwszego tomu Pokusy (który wciąż przede mną). Z niecierpliwością oczekuję kolejnego tomu.

Powieść pełna seksu ale nie od strony tylko technicznej. W każdej scenie seksu miłość łączy się z namiętnością i czułością. Nic nie dzieje się mechanicznie i spontanicznie. Dlatego też powieść tak bardzo przypadła mi do gustu. 
Brakowało mi w literaturze i trylogiach takiego czystego i trochę powszedniego uczucia miłości i seksu, bez wszystkich perwersyjnych doznań, biczów i gadżetów rodem z s-f.

Powieść o zaufaniu, sile miłości, naprawianiu błędów i ich popełnianiu. Zapewniam, że się Wam spodoba, bo mnie pochłonęła naprawdę mocno.
Wyidealizowani choć barwni bohaterowie w zasadzie nie są snobistyczni a bardzo ludzcy i zwyczajni, ot tacy których można by pozbawić milionów a i tak nie odjęłoby im to uroku.

Laurelin Paige 
Amerykańska pisarka, autorka powieści erotycznych i romansów.
Miłośniczka seriali typu Game of Thrones, Walking Dead. Wielbicielka Michaela Fassbendera. Członkini Międzynarodowego Klubu MENSA.
Prywatnie żona i matka trzech córek.




Moja ocena: 9/10
Średnia ocena z lubimyczytac.pl: 7,5/10

Średnia ocena z goodreads.com: 4,3/5   
  • Po przeczytaniu tej książki zyskałam 2,8 cm do akcji "Przeczytam tyle, ile mam wzrostu"
Pozostało mi jeszcze: 134,50 cm

21 kwietnia 2016

Lip Smacker: Coca Cola, Sprite, Red Velvet i Birthday Cake

Muszę się Wam do czegoś przyznać.
Generalnie lubię wszelkiego rodzaju pomadki, balsamy i inne smakowo-ochronne cosie.
Ale sprawa ma się beznadziejnie, bo kupuję, używam tydzień - max. 2 i koniec. Zapominam, gubię lub kupuję następny.

Podobnie jest z tymi Lip Smackerami :)

Coca Colę, Sprite i Fantę wypatrzyłam gdzieś w sieci z informacją, że są w Biedronce. Męczyłam narzeczonego żeby mnie tam zawiozł przed 21wszą tuż przed zamknięciem sklepu. Ale udało sie i je dostałam wszystkie te 3 smaki. Tu na zdjęciu są niestety tylko dwa bo trzeci (czyli Fantę) dałam siostrzenicy, która ma po ciotce chyba euforię pierdołami, bo sie nich zachwyciła i oddać już nie chciała :D (w podobny sposób ostatnio straciłabym moją Tangle Teezer, ale o nią walczyłam zaciekle).
Są one już wiekowe więc ich wygląd też nie jest szczytem estetyki, ale jak widzicie w ciągu tych kilkunastu ładnych miesięcy niewiele zdążyłam zużyć.

Ciasteczkowe Lip Smackery są nowością sprzed miesiąca w mojej kosmetyczce. Wypatrzyłam je na promocji w Super Pharm i wzięłam także trzy (z czego jeden podarowałam koleżance). W domu więc pozostały mi Red Velvet i Urodzinowe ciastko :) A tamten chyba był Berry Buttercake, ale głowy uciąć nie dam.





Lip Smacker: Coca Cola, Sprite

Lip Smackersy Coca Cola i Sprite umieczczone są w okrągłych pudełeczkach, które swoim wyglądem przypominać mają kapselki. Wieczka smackerów są odkręcane.
Oba mają kolorystykę i czcionkę odpowiadającą napojom gazowanym znanym na całym świecie.
W środku znajduje się po 3,4 g błyszczyka.

Błyszczyk Coca Cola ma barwę śliwkowo-brązową. Natomiast Sprite mleczno-beżową. 
Oba mają twardą konsystencję schłodzonej wazeliny, z czego sprite jest wyraźnie bardziej miękki, lepiej się nabiera i sprawniej rozprowadza. 

Minusem jest oczywiście fakt, że trzeba rozsmarowywać je paluchem. 
Można oczywiście pędzelkiem, ale w zasadzie to nie kolorówka, tylko kosmetyk mobilny, który wpakowujemy do torby i rozsmarowujemy podczas jazdy autem, w pracy za biurkiem czy na spacerze.

Coca cola pachnie bosko. Po nałożeniu na usta wyczuwalny jest słodki posmak, który po kilku rozsmarowaniach usto-usto znika:D Natomiast smak wybornego colowego lizaka pozostaje na długo. 
Sprite pachnie rześko i zbliżony jest bardziej do smaku napoju niż Coca Cola, która raczej przypominała lizaka niż sam napój. Wyczuwalny aromat limonki i cytrusów. Jest mniej słodki niż Coca Cola i niestety po nałożeniu wyczuwalny prócz cytrusowego smaku jest także posmak wazeliny. 

Oba błyszczyki delikatnie nawilżają usta, już odrobina wystarczy by pokryć je delikatną, ale zdecydowanie odpowiednią warstwą. Nie tłuszczą warg, nie ścierają się, w związku z czym nie zjada się ich jak typowych błyszczyków (choć te akurat by się chciało zjeść). 
Są trwałe i bardzo wydajne.

Spośród tych dwóch wariantów to właśnie Coca Cola jest moim faworytem.

Plusy:

- niewielki rozmiar
- oryginalny i niebanalny
- smaczny i pachnący
- trwały
- daje fajny efekt

Minusy:

- trzeba nabierać paluchem
- ciężko dostępny

Kupione:  Biedronka
Cena: ok 7 zł
Czy kupię ten produkt ponownie: może kiedyś


Lip Smacker: Red Velvet i Birthday Cake

Ta wersja Lipsmackerów reprezentuje inną już kategorię a mianowicie ciasteczkową :)

Forma błyszczyków jest również inna bo tym razem mam do czynienia ze sztyftem.
Sztyft pomimo, że pokrętło ma bardzo niewielkie wygodnie się wykręca. 

Są nieco większe od tych w kapselkach bo każdy z nich ma po 4 gramy.

Red Velvet umieszczony jest w czerwonym sztyfcie, natomiast Birthday Cake w przezroczysto-niebieskim.
Produkt zamykany jest zatyczką, którą łatwo się ściąga.

Red Velvet to błyszczyk w kolorze mocnej malinowej czerwieni, a Birthday Cake ma barwę identyczną jak Sprite mleczno-beżową.

Oba błyszczyki jeśli chodzi o zapach są do siebie mocno podobne.
W obu wyczuwalna jest taka budyniowa nuta zapachowa, jednak w Red Velvet dodatkowo wysnuwa się zapach śmietankowy, a w Birthday Cake bardziej waniliowy. 

Błyszczyki są słodkie, ale ta słodycz jest tłem, nie jest wyczuwalna od razu, nie daje o sobie znać, ale da się ją wyczuć gdzieś pomiędzy warstwami.

Błyszczyki bardzo fajnie się aplikuje. Są trwałe i przezroczyste. Nawet czerwony nie barwi ust.
Podobnie jak bracia powyżej utrzymują się długo na ustach, nadają im fajny dziewczęcy połysk, optycznie odrobinę je powiększają.

Nie są to moi faworyci bo jednak ich zapach jest taki mdławy.


Plusy:

- oryginalny i niebanalny
- ciekawe smaki
- trwały
- daje fajny efekt

Minusy:

-mdlący zapach budyniu


Kupione:  Super Pharm
Cena: ok 5 zł
Czy kupię ten produkt ponownie: nie

Spośród tych dwóch kategorii zdecydowanym faworytem są warianty błyszczyków odpowiadające napojom. Są świeższe, bardziej rześkie, słodsze, smaczniejsze. 
Zauważyłam też, że ta forma sprawia że są bardziej wydajne. .

A wy macie jakieś Lip Smackersy?  

20 kwietnia 2016

Hochland, Na gorąco - plastry sera z szynką i pieczarkami.

Uwielbiam sklepowe nowości.
Jednak takie produkty wzbudzają moje zainteresowanie ale odkąd się pojawiły nie planowałam ich kupić.
Nie jadam topionych serów, choć kiedyś były moim absolutnym must have w lodówce.

I pewnie bym go do dziś nie zjadła gdyby nie moja siostra, która również kocha wszystkie wynalazki ale w przeciwieństwie do mnie uwielbia skracać sobie przygotowywanie potraw do minimum korzystając z wszelkich zamienników.

Tak oto na kolację zawitał u nas

Hochland, Na gorąco - plastry sera z szynką i pieczarkami.
Ser topiony

Kwadratowe pudełeczko skrywa w sobie nylonowe opakowanie, które to natomiast skrywa w sobie plasterki sera opakowane jeszcze w jedną folię. Sporo tych opakowań w opakowaniu.

Na opakowaniu zachęcająco wyglądające kanapki, przypominają pizzę w swojskiej karczmie.

Opakowanie zawiera w sobie 6 plasterków sera co przekłada się na łączną masę produktu 144 g. Co z kolei daje nam ok. 25 g masy jednego plasterka.

Jeśli dotychczas znaliście sery w plastrach to mogę Wam powiedzieć, że wyglądają niemal identycznie i są identycznie opakowane w foliowe kieszonki.
Tym co je wyróżnia jest jedynie grubość plasterka. Te są nieznacznie grubsze (standardowy plaster to ok 21 g a tu 25)


W serku zatopione są wyraźne kawałki różowej szynki i sporej wielkości plasterki pieczarek.
Ser w niczym nie różni się od swoich klasycznych rodziców, zyskał jedynie ledwo zauważalne 3-4 gramy w plasterku.

Na opakowaniu napisane jest, że pieczywo idealnie nadaje się nie tylko do zapiekania w piekarniku ale również w opiekaczu.
Postanowiłyśmy jednak, że zrobimy je w piekarniku i okażemy cały urok takiej wersji sera Hochland Na gorąco. 

 Pieczywo należy wyjąć z opakowania i umieścić na pieczywie.
My z siostrą użyłyśmy akurat bułek, bo akurat jesli coś zapiekanego z pieczywem to w tej formie.

Następnie należy zapiekać tosty przez 10 minut w temperaturze 180*C

Ser podczas zapiekania zdecydowanie się podnosi i napowietrza. Na jego powierzchni tworzą się pęcherze. Nie mogę powiedzieć, że uzyskałyśmy efekt stopionego sera, ale w sumie taki nadmuchany lekko przyrumieniony miękki w środku i chrupiący z zewnątrz też nam odpowiadał.
Ser przed upieczeniem nie ma wyjątkowo intensywnego aromatu. Pachnie mlecznie i troszkę smrodliwo zajeżdżając wędzoną szynka. Ale ser to ser, musi być smrodliwy :)

Pełnię zapachu osiąga w momencie pieczenia. W całym domu unosił się świetny zapach sera, pieczonych bułek.


Jeśli chodzi o smak to nie jest on zniewalający. Ot zwyczajny tost z topionym serem.
Przyjemnie się ciągnie nawet nieźle smakuje, ale taki sam efekt można uzyskać kupując zwykły topiony Hochland czy inny pokrewny produkt wszystkich marek.
Uważam, że to tylko chwyt marketingowy i nic poza tym.
Jeśli liczyliście tak jak my na coś nowego, szałowego i niebanalnego, to pewnie tak jak my dojdziecie do wniosku, że to zwykły ser topiony - tyle, że w nowym opakowaniu.

Też jesteście ciekawi ile zapłacicie za identyczny produkt w nowym opakowaniu, który wagowo jest cięższy jedynie o pół plasterka.
Ano zapłacicie złotówkę więcej.
Czy się to opłaca, czy nie odpowiedzcie sobie sami :)

skład:
ser (47%), woda, szynka 6,5% (mięso wieprzowe, woda, glukoza, sól, przeciwutleniacz: E301, substancja konserwująca: E250), masło, odtłuszczone mleko w proszku, sole emulgujące: E452, E339, białka mleka, cebula suszona, pieczarka suszona (0,75%), aromat (zawiera mleko), regulator kwasowości: E331, sól wędzarnicza, aromaty




W 100g
W plastrze (1/4 op.)
Wartość energetyczna:
268 kcal
64kcal
Białko:
17 g
4,1 g
Węglowodany:
5,1 g
1,2 g
Tłuszcz:
20 g
4,8 g


Hochland, Na gorąco - plastry sera z szynką i pieczarkami.
Ocena: 3/6
580 kcal/100g
63 kcal/1  czekoladka (ok. 11 g)
Kupione w: Carrefour
Cena: ok. 3,99 zł/
Czy kupię jeszcze raz? TakMyślę, że tak