26 lutego 2016

Wegańska duszonka (150 kcal)

To wspaniały przepis z propozycją wykorzystaniu ugotowanych w całości ziemniaków z dnia poprzedniego.
Danie jest aromatyczne i świetnie smakuje.
Często do niego wracam.

To propozycja wegańkiego dania, ale z całą pewnością możesz do niego dodać kiełbasę: wiejską, chorizo a nawet resztki, które zostały Ci z grilla.
Możesz dodać mięso: duszoną szynkę, bądź pierś z kurczaka.


Wegańska duszonka


Na 3 porcje:
1 porcja to ok. 150 kcal
  • puszka białej fasoli
  • puszka pomidorów
  • 150 g ziemniaków
  • 60 g cebuli
  • łyżeczka ziół prowansalskich
  • pieprz młotkowany z kolendrą
  • kilka kropli limonki
1. Cebulę kroimy w półplasterki, podsmażamy.
2. Wrzucamy uprzednio ugotowane ziemniaki pokrojone w plastry bądź cząstki i obsypujemy ziołami oraz pieprzem.
3. Gdy ziemniaki sie odrobinę przyrumienią dorzucamy odsączoną fasolę z puszki i dusimy kilka minut.
4. Dokładamy pomidory, mieszamy i ponownie niedługo dusimy.

Najlepsze są z surówką z kiszonej kapusty.



Przepis dodaję do akcji Wegetariański obiad VI


Kochane godzę w ostatnich dniach pracę i uczelnię. Czasu mam mniej ale może jutro wieczorem coś wygospodaruję go by Was odwiedzić. Nie miejcie mi za złe. Miłego weekendu :*

23 lutego 2016

Wafle kukurydziane kasza jaglana i czarny pieprz, Good Food

Nie wiecie jaka radość ogarnia me serce gdy na rynku pojawiają się coraz to nowe wersje wafli chrupkich :)

Wafle kukurydziane są powszechnie dostępnie i często rywalizują z ryżowymi. Od własnych upodobań zależy, które są według was smaczniejsze. 
Ja nie będę ukrywać, że moim faworytem są jednak ryżowe, ale kukurydziane w niczym gorsze nie są.

A wy które wafle najbardziej lubicie?

Wafle są świetną przekąską, którą bezkarnie można spożywać pomiędzy posiłkami, zwłaszcza będąc na diecie.


Wafle kukurydziane kasza jaglana i czarny pieprz, Good Food


Wafle od początku kuszą opakowaniem. Połączenie bieli, ciemnego śliwkowego fioletu z jego jaśniejszym odcieniem jest fenomenalne.
Opakowanie jest niewielkie i mieści się z powodzeniem w kobiecej torebce.
Dla mnie to duży plus, gdyż często zabieram je do pracy czy na uczelnie a duże opakowanie jest wtedy nieporęczne. Zupełnie inaczej sprawa wygląda w domu. Tam niemal wyłącznie korzystam z dużych wersji. Niestety ta w takowej nie występuje.

Na stronie głównej zamieszczono informację o standardowym schemacie. Dodatkowo podano, że wafle te zawierają aż 5,6% błonnika.

Opakowanie mieści 7 extra cienkich wafli co daje 35 g. 

Z drugiej strony informacje takie jak na wielu innych produktach.

Wafle składają się w głównej mierze z nasion i grysu z kukurydzy, natomiast 10 % produktu stanowi kasza jaglana, dodatkiem do wafli jest sól morska i czarny pieprz. To wszystko. Więcej składników nie ma. I już jest fantastycznie. 

W opakowaniu znajduje się 7 okrągłych wafelków. 
Ich średnica jest standardowej wielkości natomiast ich grubość jest zdecydowanie cieńsza. Określiłabym, że jest to 1/3 standardowego wafla i 1/2 wafla Slim. Dokopałam się do informacji, że są one o grubości 6 milimetrów :)
Zazwyczaj przy tego typu produktach ziarna są bardziej zbite i mocniej sprasowane niż przy jego rodzeństwie o większych gabarytach, ale tu akurat tak nie jest..
Wafle mają bardzo ładny słoneczno-żółty kolor, a to za sprawą jaglanej kaszy połączonej z kukurydzianym składnikiem.

W smaku są pysznie kukurydziane lecz kasza jaglana zupełnie nie jest wyczuwalna, co akurat dla mnie jest minusem, bo bardzo ją lubię :)
Cały wafel jest mocno kukurydziany, odrobinkę słony (zdecydowanie za mało) i wyczuwalna jest nuta pieprzu. Wiele osób, mówi, że to bardzo intensywny ostry smak tej przyprawy, ja natomiast powiedziałabym, że bardziej lekko umiarkowany, bo ja generalnie dużo pieprzę. Mimo tego, cały ten posmak jest fajnie wzbogacony.

Wafle są kruche, niezbyt zbite, świetnie się je gryzie. Nic nie strzela, nie ma w nich twardych łusek.Dzięki temu, że zapakowane są w małe opakowanie są zawsze świeże

Podsumowując to jedne z lepszych wafli a już najlepsze z kręgu kukurydzianych. 


a 1 wafelek to tylko 19 kcal :)

 

Wafle kukurydziane kasza jaglana i czarny pieprz, Good Food
Ocena: 6/6
383kcal/100g
134 kcal/1 opakowanie
(35g)
19 kcal/1 wafelek (5 g)
Kupione w: Carrefour
Cena: ok. 1,50
Czy kupię jeszcze raz? Tak!

22 lutego 2016

Sekrety urody Koreanek. Elementarz pielęgnacji, Charlotte Cho

Sekrety urody Koreanek. Elementarz pielęgnacji, Charlotte Cho
Wydawnictwo Znak Literanova, Kraków 2016



Nieszczególnie podobają mi się Azjatki. Po prostu nie są atrakcyjne. To tylko moje zdanie, które możesz podzielać lub nie.
Jedno jest bezsprzeczne: ich cera... to wyznacznik szczególnej dbałości, wiecznej młodości i tego czego od zawsze zazdroszczą im setki kobiet z Europy i Ameryki.

Autorka książki, Charlotte Cho jest Azjatką, która urodziła się i spędziła wszystkie lata swojej młodości w Kalifornii.
Kultura Stanów Zjednoczonych nakazała jej jak najbardziej upodabniać się do wszystkich amerykańskich klonów. Inwestowała swoje kieszonkowe w solarium, rozjaśniacze do włosów, frytki i colę.
Po studiach dostała pracę w siedzibie Samsunga w Korei Południowej. Po przeprowadzce zaczęła zazdrościć mieszkańcom tego, czego dotąd się wstydziła. Chciała mieć taką piękną cerę jak każda Koreanka a przy tym zachować ją na długie jeszcze lata.

Po pierwsze pielęgnacja

Okazało się, że w Seulu pielęgnacja jest elementem kultury, rytualną przyjemnością. Dotąd nie było to do pomyślenia w amerykańskim świecie fast, gdzie pielęgnacja kojarzyła się z morderczym wyciskaniem pryszcza na kilka godzin przed randką.
Okazuje się, że pielęgnacja to najistotniejszy punkt dbania o cerę.
Oczyszczanie cery? Tak, ale nie raz i nie dwa a kilka i to przeróżnymi kosmetykami.
Potem świetna zabawa z pandziarską maską na twarzy. A na koniec krem.
Co ciekawe, Charlotte mówi o tym, że przeciętna kobieta na świecie używa raczej jednego kremu dziennie a Azjatki przynajmniej trzech...
Żadna szanująca Koreanka nie kupi kremu na którym będzie wypisane magicznymi cyframi przeznaczenie dla określonego wieku. Każda Koreanka wie, że krem kupuje się dostosowując go do cery nie do metryki urodzenia.

... potem make-up

Owszem, Azjatki się malują. Ale ich sposób na wydobycie piękna wygląda inaczej niż to robimy my i inne kobiety. One nie tuszują mankamentów, a wydobywają zalety. Twarz ubierają w rozświetlacz, a nie zakrywają toną podkładu.
Ich starania w tej kwestii różnią się diametralnie od tego do czego jesteśmy przyzwyczajone.
Nie sądzę też by prędko się to zmieniło.

Zachowaj piękno


By na stałe utrzymać piękną kondycję skóry należy ją stale nawilżać. Nic dziwnego nie ma w tym, że na biurku każdego Koreańczyka stoi nawilżać powietrza a w samolocie nawet mężczyźni spryskują się mgiełką do twarzy.
Odpowiednia dieta jest podstawą świeżej i promiennej cery. Owoce morza, woda i dużo warzyw to recepta, którą należy zachować wchodząc do spożywczego.
Konieczne jest wystrzeganie się używek i dobry sen. Nie należy także żyć  w stresie.

Od A do S 

Po przyjeździe z Ameryki Charlotte Cho zakłada bloga i udziela porad w zakresie koreańskich kosmetyków do pielęgnacji. Zdobywa wiedzę i stale ją pogłębia. W niedługim czasie wspólnie z chłopakiem zakłada sklep Soko Glam gdzie zajmuje się dystrybucją kosmetyków dla Amerykanek i Europejek za główny cel stawiając sobie rzetelne doradztwo 

Czego dowiemy się sięgając do książki?
  • jak prawidłowo dbać o cerę
  • jakich błędów nie popełniać
  • jak korzystać ze SPA w Azji
  • jak wygląda wizyta w salonie piękności
  • czy Azjatki robią operacje plastyczne
  • pigułka najlepszych kosmetyków azjatyckich z podziałem na rodzaje i kategorie
  • najlepsze potrawy jakie można zjeść w Seulu
  • gdzie warto się udać i co zobaczyć
W książce znajdziecie mnóstwo ciekawych porad dotyczących pielęgnacji. 
To pozycja, z której wiele można się nauczyć. 
Ciekawe światło na sprawy kosmetyki rzuca opinia różnych ekspertów, która pojawia się kilka razy w książce.

Pielęgnacja skóry oznacza nie tylko produkty na łazienkowej półce, ale sposób myślenia wpływający na całe twoje życie - od jedzenia, które spożywasz, po noszone przez ciebie ubrania. 

Książka opatrzona jest fajną grafiką. Całość utrzymana w trójkolorowej gamie różu, czerni i bieli.
Czcionka spora i bardzo przejrzystwa. Bardzo dobrze wizualnie rozgraniczony podział na rozdziały podrozdziały, wyłuszczenia, ramki i komentarze. Wszystko tak świetnie złożone graficznie, że od razu wiadomo, do czego później wracać.
Z tyłu miejsce na notatki, polecam w trakcie lektury wypunktować sobie najważniejsze uwagi. 
Jedynym mankamentem jest trochę gazetowy papier. 

Nie jestem ekspertem, nie zostałam nim też po przeczytaniu tej książki. Moja wiedza o azjatyckich kosmetykach ogranicza się wciąż do kilku najbardziej znanych firm, ale świadomość jak ich używać i w co warto zainwestować w przyszłości zdecydowanie się pogłębiła.











Moja ocena: 9/10
Średnia ocena z lubimyczytac.pl: 7,7/10

Średnia ocena z goodreads.com: 4,1/5 





  • Po przeczytaniu książki zyskałam  2 cm do akcji "Przeczytam tyle, ile mam wzrostu"
Pozostało mi jeszcze: 147,30 cm

20 lutego 2016

Matowa pomadka Matte Lips 404 Monaco, Kobo

 Matowa pomadka Matte Lips 404 Monaco, Kobo


 Gdy tylko spojrzałam na opakowanie tych pomadek od razu się zakochałam. Kolory były już przebrane jak to bywa w mojej drogerii Natura przy nowościach Do wyboru pozostały mi trzy kolory spośród których wybrałam najbardziej chyba szalony i zupełnie inny od tych które posiadam w swojej kosmetyczce.

Pomadki Kobo Matte Lips to linia matowych pomadek. Charakteryzuje je satynowy film jaki pozostawiają na ustach.
Od samego patrzenia na opakowanie można się zakochać. Piękne czarne matowe tworzywo i żłobione ażurowo kwiatki na zatyczce. Pełen klasyki gotyk :) Bardzo trwałe i świetnie wykończone metalowymi wstawkami pudełeczko.



Spośród 6 dostępnych kolorów można wybrać więc coś dla siebie z  odcieni różu, czerwieni i fioletu aż do bordo.

Przedstawiany przeze mnie kolor szminki to 404 i został nazwany Monaco (zresztą każda ze szminek odwołuje się do jakiegoś zakątka na świecie).
Kolor ten to typowy odcień fioletu, radosnego i dość jaskrawego. 

Pomadka pachnie uroczo nutą czekolady mleczno-waniliowej. Uwielbiam taki smakowity akcent w kosmetykach. To na pewno przemawia na jej korzyść.

Od razu  na pierwszy rzut oka pomyślałam, że z tak kremowej i nieco błyszczącej pomadki ciężko będzie wydobyć na ustach mat. Ale nie o to do końca mi chodziło, gdyż bardziej zakochałam się w tej linii Kobo niż w samym przenaczeniu do matowości szminki.

Pomadkę nakłada się niezwykle przyjemnie. Jest miękka i plastyczna, łatwo prowadzi się po linii ust i świetnie można nią wyrysować "dziubek" górnej wargi, bo jej forma na to pozwala (przynajmniej póki się końcówka nie zaokrągli).
Po nałożeniu na usta efekt matu nie wystąpił. Producent zaleca by kilka razy odcisnąć chusteczką i efekt matu powinien się pojawić. Niestety, mat się nie pojawia taki jak w przypadku innych pomadek (np. Golden Rose). Po odciśnięciu kolor pomadki blednie i już tak nie zachwyca.

Postanowiłam więc nie zrażać się do samej idei matowej pomadki i pokochałam ten satynowy blask pomadki Kobo zapominając o srebrnym napisie "Matte" na opakowaniu.

Szminka doskonale nawilża usta. Nie sprawia, że są przesuszone, czego nie lubię w matowych pomadkach tak jak to było z GR. Idealnie dopasowuje się do struktury ust i nawet przy troszkę przesuszonych ustach, ukrywa ich niedosonałości.

Z trwałością nie jest też najgorzej. Wytrzymuje 4-5 godzin a jeśli jemy i pijemy to 2-3 godzinki spokojnie. Potem już zaczyna się wyjadać od wewnętrznej strony ust pozostawiając nienaruszony stan konturu.

Gdy mam ją na ustach słyszę wiele komplementów, nic dziwnego, bo kolor jest niespotykany, nieszablonowy i trochę prowokacyjny. Ale naprawdę nie sądziłam, że tak go polubię. Byłam przekonana, że nic nie pobije Fuksji z Clinique a jednak ten fiolet wepchnął się gdzieś obok ulubionych kolorów. 

Z pewnością kupię jeszcze kilka pomadek tej linii. Dotychczas chciałam sprawdzić czy na pewno warto ją kupić. Teraz wiem, że warto. 



Plusy: 

- idealnie nawilża
- ma piękny kolor
- cudownie pachnie
- ma piękne opakowanie

Minusy:

- nie jest to matowa pomadka jak zapewnia producent


Kupione w: Drogeria Natura
Cena: 15 zł
Czy kupię ten produkt ponownie:  tak (każdy kolor chciałabym kupić!)


19 lutego 2016

Wegetariańskie hot-dogi z domowym sosem miodowo-musztardowym (310 kcal)

Dziś przepis na rozpustę podniebienia.
Uwielbiam te hot-dogi, w zeszłym tygodniu jedliśmy je na kolację aż trzy razy z rzędu :)

A przepis na domowy sos miodowo-musztardowy do hot-dogów jest najlepszy na świecie.
Można go przechowywać w lodówce kilka dni.

Wegetariańskie hot-dogi
 z domowym sosem miodowo-musztardowym


Na 4 hot dogi:

1 Hot dog ma ok. 310 kalorii
  • 1 półbagietka
  • 4 parówki sojowe (Polsoja)
  • 1/2 pomidora
  • 10 cm zielonego ogórka
  • 4 garści rukoli
  • 1/4 papryki
  • 80 g sera żółtego
  • 4 łyżeczki prażonej cebuli
  • 4 łyżeczki sosu meksykańskiego


Sos miodowo-musztardowy (dietetyczny) jak z McDonald'a:

  • 2 łyżki musztardy sarepskiej
  • 1 łyżka miodu akacjowego
  • 1 łyżeczka soku z cytryny
  • szczypta soli, pieprzu i ostrej papryki 


Wegetariański obiad VI


18 lutego 2016

Batonik Milka Oreo

Czasem recenzowanie słodyczy wymaga poświęcen.

Pierwsze Oreo kupiłam na stacji benzynowej, wsadziłam do torebki i przygniotłam zeszytami. Po prostu je zmasakrowałam...
Drugie zostawiłam w samochodzie a potem znikło.
Trzecie zostawiłam w szafce na zapomnienie a jak wyciągnęłam było po terminie i wyrzuciłam

A więc czas na czwarte Oreo które się uchowało.

Osobiście lubię czekoladę Milki ale ciastek Oreo zwyczajnie nie lubię.
Tu miks dwóch ambiwalentnych smaków.

A jak wypadło???

Batonik Milka Oreo
Czekolada z mleka alpejskiego z nadzieniem z mleka alpejskiego o smaku waniliowym oraz pokruszone ciastka kakaowe

Batonik Milka Oreo jest zawinięty w klasyczny dla tej marki fioletowy kolor opakowania, Zgrzewany po bokach i wzdłuż na odwrocie. Na głównej prócz charakterystycznego napisu "Milka" znajduje się także ten typowy dla ciasteczek "Oreo" na zdjęciu widnieje przekrój batonika w towarzystwie ciastka Oreo. Na głównej stronie znajdziemy także znacznik GDA (skrócony) natomiast z tyłu wszystkie te informacje, które powinny się znaleźć.

W opakowaniu znajdziemy batonik o masie 41 g 

Batonik jest średniej długości i składa się z siedmiu garbów, które w razie czego łatwo można rozłamać i podzielić batonik na porcje jeśli zajdzie potrzeba podzielenia się z kimś (szkoda, tylko że nie będzie to sprawiedliwe).
Na górze każdego pagórka znajdziemy wyżłobiony wzorek fali

Czekolada ma piękny mleczno-brązowy kolor jest idealnie równomiernie położona, nie ma żadnych bąbelków na powierzchni.
Smak czekolady to klasyka mlecznej Milki. Bardzo słodka, aromatyczna, szybko rozpuszcza się w ustach.

Batonik pachnie wybornie pyszną mleczną czekoladą

W środku batonika znajduję się mleczny krem. W smaku nieodzownie przypomina ten który znajduje się w Kinderkach czy 3bicie. Nie muszę mówić, bo wszyscy ten smak znają: słodziarski i pyszny. Mocno zbity ale rozpuszczający się w ustach pod wpływem ciepła. W nazwie batonika wyróżniono, że jest to krem o smaku waniliowym, moim zdaniem waniliowego aromatu w nim tyle co kot napłakał, co mnie bardzo cieszy (bo nie lubię kocich łez wanilii)

W kremie zostały zatopione mniejsze lub większe cząstki ciemno-popielatego ciasteczka Oreo. Ciastko to jest zbite ale piaskowe w swojej konsystencji, całkiem nieźle przypomina to oryginalne, choć może nie jest aż tak twarde gdyż krem wpłynął trochę na jego rozmiękczenie. 
Ciastko jest niezbyt słodkie ale to nie ma największego znaczenia przy tak dużej słodkości kremu i czekolady.

Podsumowując jest pysznie ale przeraźliwe słodko. Najbardziej w batoniku smakuje mi krem, potem czekolada a Oreo... jak oreo, mogłoby go nie być i nie byłoby mi smutno. 

cukier, olej palmowy, mąka pszenna, tłuszcz kakaowy, odtłuszczone mleko w proszku, serwatka w proszku (z mleka), miazga kakaowa, tłuszcz mleczny, kakao w proszku o obniżonej zawartości tłuszczu (1%), syrop glukozowo-fruktozowy, skrobia pszenna, emulgatory (lecytyna sojowa, lecytyna słonecznikowa), substancje spulchniające (węglany potasu, węglany amonu, węglany sodu), sól, aromaty, pasta z orzechów laskowych,  
Nadzienie mleczne z mleka alpejskiego o smaku waniliowym zawiera 7% odtłuszczonego mleka w proszku.

W 100 g batonika jest 550 kcal
1 batonik Milka Oreo o wadze 41 g dostarcza 225 kcal


 
Batonik Milka Oreo
Ocena: 4,5/6
550 kcal/100g
225 kcal/1 batonik
(41g)
Kupione w: zwykły sklep
Cena: ok. 1,50
Czy kupię jeszcze raz? Tak

17 lutego 2016

Zazdrośnice, Eric-Emmanuel Schmitt

Nigdy nie wiem czego mogę się spodziewać po książkach Schmitta.
Nie wiem czy mnie rozbawią, wprawą z zadumę (jak niedawno recenzowana przeze mnie Sekta Egoistów) czy po przeczytaniu ogarnie mnie rozpacz.

Jeśli chcecie wiedzieć co tym razem poczułam czytając kolejną książkę tego wybitnego w mojej opinii pisarza, zapraszam do przeczytania recenzji.


Zazdrośnice, Eric-Emmanuel Schmitt
Wydawnictwo Znak Literanova, Kraków 2016


Przyjaźń to tylko chwilowa sympatia do osób podobnych do nas, czy jednak uczucie, które łączy aż po grób? 

Cztery przyjaciółki, cztery podobne do siebie dziewczyny. Cztery nastolatki, cztery temperamenty i ... tysiące kompleksów. 

W powieści Erica-Emmanuela Schmitta poznajemy losy czterech licealistek. Wiele ich łączy i nie wiele dzieli. 

Julia to zakochana w twórczości Szekspira szesnastolatka, ma ogromne problemy z samoakceptacją. Jako jedyna spośród przyjaciółek przyznaje się do utraty dziewictwa. 

Anouchka rówieśnica Julii ale mentalnie i fizycznie ocenia swój wiek na dwanaście lat. Podobnie jak przyjaciółka ma problemy z zaakceptowaniem swojego ciała. 

Colombe nastolatka o bardzo kobiecych kształtach, ale niezbyt urodziwej twarzy. Jest zakochana po uszy w Lucasie, największy problem w tym, że faceci wcale zdają się jej nie dostrzegać. 

Raphaelle to największa chłopczyca z całej czwórki, traktuje facetów jak równych sobie i nie interesują ją w sferze fizycznej. I choć wiekiem dorównuje swoim przyjaciółkom, to wydaje jej się, że mentalnie jest już starą kobietą. 

Moja przyjaciółka to ja, tylko w lepszym wydaniu

Akcja powieści osadzona jest współcześnie w Paryżu. Choć nie jest określony rok, to doszukując się zdarzeń jak upadek mostu Pont des Arts spokojnie można wysnuć wniosek, że rok akcji to 2014 (ten sam, w któym wydano powieść w oryginale). 

Cztery przyjaciółki sądzą, że ich przyjaźń to najmocniejsza więź, która ich połączyła, taka której nic nie będzie w stanie rozdzielić. Są przekonane, że są swoimi sobowtórami i znają się na pamięć.
Czytając książkę jednak można zauważyć, że nie do końca tak jest, a to wszystko za sprawą narracji, która ma postać pamiętników każdej z dziewcząt. 
Dzięki temu doskonale zagłębiamy się w myśli i uczucia każdej z nastolatek. 

Dni w powieści płyną na pozór zwyczajnie. Pierwsze kontakty seksualne, rozwiązywanie zwyczajnych problemów młodych dziewcząt, olbrzymie kompleksy i problemy rodzinne - wszystko to biegnie swoim, jak najbardziej właściwym rytmem. 

Julia, najbardziej ambitna z dziewcząt pragnie zagrać główną rolę w przedstawieniu "Romeo i Julia", którego premiera ma odbyć się w szkole za pół roku. 
Wszystko wskazuje na to, że jej marzenia się spełnią, problemem jest brak obsady do roli Romea. 
Z pomocą jak zwykle przychodzi nie kto inny, a przyjaciółka. Raphaelle godzi się na to by zagrać męską rolę w przedstawieniu. 

W marzeniach dziewczyny wspierają wierne przyjaciółki, które też nie są wolne od własnych problemów. Columbe dotąd stroniąca od facetów ma aż dwóch równolegle i nie wie, którego z nich powinna wybrać a Anouchka  dowiaduje się, że jej ojciec odszedł od matki by związać się z facetem. 

Pomiędzy Julią a Raphaelle też zaczyna zgrzytać, okazuje się, że dziewczyny zaczynają rywalizować o tego samego chłopaka Terence'a.
Uczucie, rywalizacja i zazdrość pomiędzy dziewczynami doprowadzą ich do zdarzenia, którego nikt nie mógł przewidzieć... 

język francuski myli się, pozwalając, żeby "amour" (miłość) rymowała się ze słowem "toujour" (zawsze), ale za to całkiem słusznie skojarzył "amitre" (przyjaźń) z "eternite" (wieczność)

Więcej zdradzić już nie mogę. 



Powieść rewelacyjna. Niewielki rozmiar, przejrzysty tekst i świetna forma narracji od wypisów z pamiętnika każdej z dziewczyn aż po wymianę korespondencji. Wszystko to sprawia, że książkę naprawdę łyka się w kilka chwil. 

Mocno koresponduje z dramatem Szekspira "Romeo i Julia".

Kolejnym plusem jest dla mnie lekkość pióra autora i kreacja jaka została przedstawiona. Fajnie powrócić do czasów nastoletnich by zrozumieć świat młodego człowieka. 
Należy pamiętać jednak, że książka wyszła spod pióra Schmitta i nawet jeśli pisana jest z perspektywy szesnastoletnich pamiętników to nie ma w niej ani krzty naiwności. 

Zachęcam do przeczytania książki, która uzmysławia nam czy przyjaźń w życiu jest ważna i czy zazdrość w przyjaźni to pozytywna cecha... 


Eric-Emmanuel Schmitt jest jednym z najbardziej poczytnych francuskich pisarzy. Jego książki zostały przetłumaczone na 40 języków, a sztuki teatralne wystawiane są w teatrach w 50 krajach świata. Choć jego twórczość bije kolejne rekordy popularności, on sam wciąż pozostaje dość tajemniczą postacią.
Urodził się 28 marca 1960 roku w Sainte-Foy-Lès-Lyon, małym miasteczku u podnóża francuskich Alp (...) W jego wizji świata jest mniej więcej tyle miejsca dla rozumu, co dla ducha.
W twórczości Schmitta często powracają najważniejsze tematy egzystencjalne: sens istnienia, miłość, tęsknota, pragnienie. Schmitt stara się mówić również o trudnych przeżyciach, które są - lub kiedyś się staną - udziałem każdego człowieka. Pisze o tym, co trudne, ale jednocześnie dzieli się z czytelnikami swą pogodą ducha i daje nadzieję. Być może jest to jedna z tajemnic jego wielkiej popularności...




Moja ocena: 10/10
Średnia ocena z lubimyczytac.pl: 6,9/10

Średnia ocena z goodreads.com: 3,5/5 




  • Po przeczytaniu książki zyskałam  1,5 cm do akcji "Przeczytam tyle, ile mam wzrostu"
Pozostało mi jeszcze: 149,30 cm

16 lutego 2016

AFY - czarna, chińska maska na wągry

Jeden z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie kosmetyków. 
Owiany magią i mistycyzmem. Szykowałam się do aplikacji niczym na czarną mszę, a jednak nadszedł ten czas. 

Maskę zamówiłam na Aliexpress i szła do mnie ponad 2 tygodnie. Ja zamawiałam ją TU   ale bez problemu znajdziecie ją na Ali i będziecie mogli wybrać to co najbardziej wam pasuje (ja zawsze sugeruję się ceną + darmową wysyłką)


Nim  przejdę do konkretów uprzedzam, że w poście pokażę wam również to co maska zawiera po ściągnięciu jej ze skóry. Dla szczególnie wrażliwych dam, tudzież spożywających późną kolację, lub już śniadanie to też możecie sobie darować (ale najważniejsze jest to, by nie jeść przed komputerem, prawda?)

AFY - czarna maska na wągry "peel-of" 

Maska zamknięta została w tubce wykonanej z dość giętkiego i elastycznego tworzywa. 
Zakręcana na zakrętkę. 
Opakowanie w ładnym czarnym, błyszczącym kolorze. Wygląda naprawdę elegancko. (gdyby nie te chińskie napisy)

Dodatkowo opakowana jest w kartonowe pudełeczko.

Pojemność maski to 60 g. 

W dziubku tubki znajduje się dziurka o ok. 0,5 cm średnicy. Taka wielkość pozwala na odpowiednie dozowanie kosmetyku. 

Maska ma piękny czarny i lśniący kolor. Wygląda jak świeżo stopiona smoła (my w dzieciństwie wygrzebywałyśmy ją spod asfaltu). 
Maska ma konsystencję gęstego żelu. Z pełną gracją da się ją rozciągnąć między palcami bez przerwania cieku. 
Zapach maski może dla niektórych być nieprzyjemny, ja jednak nie uważam by tak było. Owszem jest trochę specyficzny, nie pachnący jak żadna roślinka ani cokolwiek do czego mogłabym porównać. Choć pisząc tę notkę wąchałam i wąchałam i wiem: pachnie jak baza z Semilaca pod hybrydy. Na szczęście zapach za jakiś czas po nałożeniu staje się bardziej subtelny. 



Pierwsze użycie maski to ten moment, w którym listonosz powitał nas radosnym "Dzień dobry". I nie było gadki o pogodzie i omal nie wypchnęłyśmy go z siostrą z domu by się do niej dobrać :)
Jako, że młodszym się ustępuje pierwsza nałożyła ją Karola, ja się wstrzymałam - i trochę nauczyłam na jej błędach.
Nie będę ściemniać, nie robiłyśmy za pierwszym razem parówki, bo ekscytacja była zbyt wielka.

Karolina nałożyła niewielką ilość maski na nos, bo stwierdziła, że na pierwszy raz testowy to jej wystarczy. 
Warstwa na wpół przezroczysta okazała się być zbyt cienką. Maska zaschła szybko, bo po około 10 minutach, jednak przy zdejmowaniu rwała się na kawałeczki. W większości musiała ją niemal zeskrobywać palcem z nosa. - Próba nieudana 

Ucząc się na błędach postanowiłam nałożyć solidniejszą warstwę, taką która równomiernie pokryje twarz nie pozostawiając przezroczystych plam. To co widzicie na zdjęciu to już zastygnięta maska, więc odrobinę prześwitu w miarę wysychania powstało. 
Świeżo nałożona maska jest gładka, natomiast w miarę zastygania pojawiają się na niej widoczne punkciki wyciąganych do wierzchu zaskórników, suchych skórek i innych niechwalebnych cosiów. 
Moja warstwa maski nie zastygła tak szybko jak siostry. Do pełnej suchości potrzebowałam 30 minut. 

Powiększ zdjęcie żeby zobaczyć pełny efekt oczyszczania

W tym czasie doświadczyłam uczucia nieprzyjemnego ściągania, ale nie jest to nic strasznego, jeśli ktoś ma do czynienia z zastygającymi maskami czy glinkami. 
Horror (a raczej dramat) pojawia się przy ściąganiu. Miałam to szczęście (a może jednak nieszczęście), że moja maska zrywała się w niemal jednym kawałku. Doświadczyłam więc nieprzyjemnego pociągania napiętej skóry, wyrywania włosków na twarzy (och jak dobrze, że mam je mikroskopijne, bo nie wiem co poczuje osoba bardziej owłosiona). Przy tym zdążyły mi dwa razy polecieć łzy (pierwszy raz gdy maska schodziła ze strefy pomiędzy oczami, drugi raz gdy pociągnęła mi ostro płatki nosa). Prócz łez zdążyłam też zakląć sobie "o k^r...ka" i stwierdziłam, że to koniec i się poddaję, ale świadomość podpowiadała mi "drzyj" :D 
Po chwili stwierdziłam, że jednak przeżyłam a moim oczom ukazał się widok powyrywanych wągrów, oczyszczenia zaschniętych, niespeelingowanych uprzednio skórek i straconych włosków. 
Zatem wraz z maską miałam nie tylko oczyszczanie wągrów ale też złuszczanie i depilację gratis. 

Byłam zła i szczęśliwa. Zła bo skóra wciąż piekła i szczęśliwa bo wylazło co wyjść miało. 

Tu dodam, że ja nie mam mocnych problemów z zaskórnikami, mam niewielkie wągry, które maska świetnie wyciągnęła.


W tym samym momencie wszedł do domu mój P. i pełna żalu, że bolało postanowiłam się tym bólem podzielić, nic nie mówiąc o cierpieniach i zwyczajnie nakładając z mostu maseczkę narzeczonemu. 
On ma zupełnie inny typ skóry niż ja. 
Ja mam suchą i bez większych problemów czy wągrów, zaskórnikow - On ma cerę tłustą i dużo widocznych, zapchanych wągrami porów. 

Jak się pospieszyłam, tak sprawę spieszyłam o czym uświadomiłam sobie, gdy zrywając mu maskę powiedział, że nic nie boli. 
Nie odtłuszczenie twarzy spowodowało, że maska się niemal nie dokleiła i nie zadziałała jak powinna. 

Kolejne razy były już bardziej udane

Moje luźne wnioski:
  •  Parówka pomaga w lepszym efekcie oczyszczania. 
  • Odtłuszczenie skóry jest koniecznością. 
  • Grubsza warstwa jest bardziej efektywna niż cienka
Plusy: 

- świetnie oczyszcza niewielkie zaskórniki (tak jak u mnie)
- ma piękny kolor i powoduje lekko chłodzący efekt przy nakładaniu
- jest najlepszym kosmetykiem do oczyszczania jaki do tej pory stosowałam
- niewielka cena

Minusy:

- skórę trzeba uprzednio odpowiednio przygotować
-  nie radzi sobie z głębokimi wągrami (jak u P.)
- jeśli ubrudzi Ci ubranie możesz się z nim prawdopodobnie pożegnać (w piżamie zeskrobałam maskę - zrobiłam dziurę, w t-shircie po zapraniu pozostało jaśniejsze miejsce)
- długi czas oczekiwania na paczkę

Kupione w: Aliexpress
Cena: 2,29 USD (ok. 9 zł)
Czy kupię ten produkt ponownie:  tak

13 lutego 2016

Jak zostałam wegetarianką i jak byłam nią przez 13 lat.


Opowiem Wam trochę o moim wegetarianizmie w latach 90tych, o smutkach i radościach, o tym, że wcale łatwo nie było.
Opowiem Wam o tym dlatego (że mi się nudzi), że mój post "Wegetariańskie gołąbki" jest najpopularniejszym postem wszystkich lat prowadzenia mojego bloga.

W roku 1993 miałam całe 4 lata. Wychowana od zawsze na wsi, w dużym domu z dużą rodziną. Dziadkowie mieli kury, kaczki, a wszelkie zwierzęta towarzyszyły mi w chwilach gdy byłam jeszcze jedynaczką, a sąsiedzi z potomstwem jeszcze nie wprowadzili się obok.

Ja i biała kura Dosia - duet niezawodny. Wszędzie razem: na huśtawce, na pikniku w ogródku, gdy grałam w piłkę Dosia "stała na bramce", a gdy Dośka rano znosiła jajko ja już o 5tej rano chodziłam jej dotrzymywać towarzystwa i  głaskałam po skrzydełkach. Często gdy rodzice nie wiedzieli zamykałam ją w korytarzu, by pomieszkała sobie w domu i zobaczyła jak to fajnie jest mieć dywan pod łapkami. Fajnie może było, ale mniej fajnie gdy mama dawała mi karę na wychodzenie z domu a sama brała miskę, szczotkę i prała dywan po Dośce.

Moje życie zmieniło się gdy pewnego dnia usłyszałam niepokojący wrzask, wiedziałam, że to Dośka. Gdy zdążyłam dobiec za ogrodzenie, gdzie Dosia w warzywniaku kopała sobie robaczki zobaczyłam dramatyczny widok. Wszędzie pełno białych piór, oddalający się wielki czarny pies i konająca Dośka, która w cierpieniach zniosła jajko.

To zdarzenie przeważyło na tym, że zostałam wegetarianką, nieświadoma jeszcze, że tak się to nazywa. 
Przestałam jeść mięso i wszelkie produkty na jego bazie. 
Przestałam jeść jajka, bo kojarzyły mi się tylko z umierającą kurą.

W wieku 5 lat zostałam wegetarianką i żadne siły nie były w stanie namówić mnie, żebym zjadła cokolwiek, co pochodzi od zwierząt.

Rodzice zaakceptowali moje poglądy i to, że każde zwierzę to dla mnie świętość. 
Sami jedli mięso, ale nigdy mnie do tego nie zmuszali. Mama zabrała mnie do lekarza, który po wykonaniu wszelkich badań stwierdził, że mój organizm nie domaga się mięsa i nie potrzebuję go jeść.


Mama była najukochańszą mamą świata (nadal nią jesteś :*). Gotowała zawsze osobno dla mnie posiłki. Jeśli robiła zupę pieczarkową, to moją gotowała wyłącznie na warzywach w osobnym garnku. Jeśli gotowała fasolkę po bretońsku, to w mojej nigdy nie znalazło się ani trochę mięsa.

W wieku 7 lat zaczęłam jeść jajka. Nie wiązało się to z niczym spektakularnym w moim życiu. Nawet nie pamiętam jak to się stało, że zaczęłam je jeść. Po prostu chyba sama, któregoś dnia zjadłam nie pytając o zdanie nikogo. Mamie więc było już łatwiej.

Wszyscy wkoło pytali się więc mojej mamy co jem. Na szkolnych stołówkach przeżywano ze mną horror. Kotlety pakowano mi w serwetkę, żebym wzięła do domu. Ja terroryzowałam kucharki, że nie będę nosić martwych zwierząt w plecaku.

Nigdy nie jadłam rosołu, a mając 9 lat pojechałam z rodzicami na komunię kuzyna. Stół dla dzieci był w osobnym pokoju i jedna z ciotek kuzyna chciała mi nalać rosół. Na moje "nie jem rosołu" zaczęła mnie naciskać "zjedz trochę, jak to nie jesz rosołu? kto to widział?". Wytłumaczyłam jej, że jestem wegetarianką i nie jem mięsa. Ona więc swoje, że nie ma mięsa, że to sama woda i kluski. Nie umiałam argumentować tego mocniej. Gdy wlała mi na talerz chochlę z wrednym "jedz i nie wybrzydzaj", po prostu się rozszlochałam. Rodzice zawieźli mnie do domu - wredne babsko na odchodnym powiedziało, że zepsułam święty dzień kuzynowi. Nikt nie pomyślał o tym, że to ona zepsuła mój dzień.

Nigdy więcej nie doświadczyłam aż tak strasznych przykrości. Nikt nie namawiał mnie bym na siłę coś jadła. Gdy jeździłam na wakacje do babci czy cioć, one również gotowały dla mnie, lub po prostu jadłam coś bez mięsa.

Nigdy nie jadłam w dzieciństwie prawdziwego hamburgera i hot doga. Jeśli rodzice zabierali nas do jakiejś burgerowni, to mojego steka dostawał tata a ja samą bułkę z warzywami.

Często czułam się jak dziwak. Jednak czerpałam też z tego dziwactwa satysfakcję. Dziś ktoś kto jest wege nie wzbudza sensacji. Ale w latach 90tych nie było to proste. Doszło nawet do tego, że koleżanki mojej babci z kółka różańcowego orzekły, że pewnie należę do jakiejś sekty. Musicie wiedzieć też, że nie było nawet produktów zamienników mięsa, dopiero gdzieś pod koniec lat 90tych zaczęto sprzedawać kotlety sojowe. A gdy ciocia przywiozła mi z Ameryki sojowe parówki i sojowe flaczki w słoiku to podchodziłam do tego jak do jeża, bo nie mogłam uwierzyć, że nia ma  nich mięsa i ostatecznie wylądowały w koszu, bo po prostu nie dowierzałam, że to nie prawdziwa parówka :D

Moi rodzice i ja musieliśmy więc odpowiadać na setki pytań. Z czego główne brzmiało: "Co jesz jeśli nie jesz mięsa?" 

Co je mała wegeterianka na śniadanie i kolację? (żyjąca w latach 90tych) :D

- kanapki z masłem i warzywami: pomidorem, ogórkiem, rzodkiewką
- pasty jajeczne
- surówki/sałatki na bazie warzyw: pomidory ze śmietaną, mizeria, sałatka grecka itd.
- pasztety warzywne (z selera, z pieczarek)
- jajecznicę
- duszoną cebulę

nie jadłam wtedy ani żadnych płatków, ani owsianek, bo zwyczajnie ich nie lubiłam.
Nie jadłam sojowej wędliny czy parówek, bo ich wtedy nie było w sklepach.

Co jadłam na obiad będąc wege? 

- do drugiego dania jako zamiennik mięsa jadłam: jajko sadzone, kotlety sojowe, smażony ser po czesku, kotlety jajeczne
- do ziemniaków i kasz jadłam wszelkiego rodzaju sosy: pieczarkowy/grzybowy, cebulowy, serowy, chrzanowy z jajkiem
- kopytka, pyzy, gołąbki z grzybami, pierogi z samą kapustą lub z kapustą i grzybami, pierogi ruskie, placki po węgiersku, placki z cukinii
- leczo z warzyw (które było moim ulubionym daniem w dzieciństwie)
- spaghetti z samym sosem pomidorowym
- naleśniki z jabłkami, dżemem, twarogiem

Całe moje życie wiązało się z pewnymi utrudnieniami: cały czas sprawdzałam, czy ktoś przypadkowo nie wrzucił mi mięsa do posiłku: łowiłam łyżką zupę z garczka u babci by sprawdzić, czy na pewno nie gotowała na mięsie, podglądałam mamę w kuchni czy na pewno gotuje mi osobno.
Było mi trudno gdy jeździłam na kolonie i obozy, bo musiałam brać ze sobą więcej pieniędzy niż inni na wypadek gdybym na stołówce nie mogła zjeść samych ziemniaków i surówki, gdyby okazało się, że są pierogi z mięsem itd.

Nie byłam najśmielszym dzieckiem świata, ale musiałam przełamywać wstyd podchodząc do okienka, by kaszę podano mi gołą, a nie z gulaszem. To ukształtowało mój charakter i przyczyniło się do samodzielności.



Czy nigdy nie próbowałaś jeść mięsa? 

Miałam może 8-9 lat gdy mama zaproponowała mi, żebym zjadła parówkę. Nie powiem, nie wydawała mi się ona tak obrzydliwa jak kotlet czy gotowane/pieczone udko. Nie widziałam kości, więc postanowiłam zaryzykować. Stawka była wysoka: ja parówkę, mama mi 50 zł za jej zjedzenie.
Zjadłam :)
Wstałam od stołu i zwymiotowałam. Nie mogłam znieść tej świadomości, że właśnie zjadłam kawałek świnki czy krówki.

Koleżanka niedawno spytała się mnie co z tymi 50ma złotymi. Nie wiem. Nie pamiętam. Trauma był tak duża, że pieniądze nie miały żadnego znaczenia.

W wieku 12 lat zaczęłam jeść ryby 

W moim domu ryby jadło się takie, jakie złowił tata. Dla mnie traumatyczne były jego powroty znad rzeki. Wiedziałam, że w bagażniku są ryby, wiedziałam, że będzie je patroszył. Zazwyczaj na ryby jeździł w niedzielę, więc mama odstawiała mnie wtedy do koleżanki czy gdziekolwiek, żebym nie musiała na to patrzeć.
Gdy miałam 12 lat umarł mój dziadek, tata przejął jego obowiązki nad gospodarstwem, a połączenie pracy zawodowej, prowadzenia sadu i jeszcze prac porządkowych w domu i wokół zajmowało mu tyle czasu, że porzucił wędkarstwo.
Wtedy na naszym stole zaczęły pojawiać się filety ze sklepu. Już nie ciążyło nade mną widmo łusek, ości i pływających w wannie ryb. Któregoś dnia się przekonałam, zjadłam i o dziwo... przeżyłam.
Potem był tuńczyk w puszce, śledzie i makrele.

Nigdy natomiast nie zjadłabym pstrąga z grilla, ryby złowionej przez kogoś, sardynki, wędzonej makreli w postaci ryby uprzednio uwieszonej na hak, 

W wieku 15 lat spróbowałam grillowanego kurczaka

Upalne lato i grill nad jeziorem. Miałam szalone 15 lat i choć były to wakacje z rodzicami to z ciotecznym rodzeństwem po kryjomu raczyliśmy się jakimś piwem :P W głowie trochę szumiało gdy kuzynka rzuciła wyzwanie: "jak zjesz udko z kurczaka, które piecze się na grillu to będziesz mogła powiedzieć ratownikowi, że jestem w nim zakochana". Nie mogłam sobie podarować takiej okazji. Wzięłam szczyptę (naprawdę maleńką) mięsa i po prostu połknęłam, a potem zagryzłam je kajzerką i popiłam Colą, żeby nie czuć smaku.
Nie mogę tego nazwać zjedzeniem, po prostu świadomie połknęłam, nie dotykając mięsa zębami. Biłam się potem z myślami, ale nie odcisnęło to żadnych traumatycznych i bolesnych wspomnień

Przez serce do żołądka 

Po 18stce gdy już kilka lat byłam w związku z P. poszłam do ginekologa a ten po wywiadzie oświadczył mi, że jeśli nie chcę urodzić dziecka z trzema głowami to muszę zacząć jeść mięso. Nie wiem do dziś dlaczego tak mnie głupio nastraszył i co ma wspólnego jedno z drugim, bo wiem że niewiele. Ale zaczęłam powoli przełamywać swoją niechęć do mięsa.

Duży udział miał w tym mój narzeczony, któremu zależało na tym, bym zaczęła żyć nie tylko dla siebie, ale też z tą perspektywą, że kiedyś będziemy mieć dzieci.
Moja decyzja była wynikiem miłości :) Podobnie jak ta o przejściu na wegetarianizm.
Zjadłam kotleta z piersi, kebab, placki z gulaszem po węgiersku, hamburgera w McDonaldzie.

Nie umarłam, nadal kocham zwierzęta i wiem, że nie przestałam ich kochać tylko dlatego, że postanowiłam jeść mięso. 

Nadal nie wchodzę do mięsnego, bo nie cierpię tego widoku i nie znoszę tego zapachu

Czy stałam się mięsożercą? 

Nie i nigdy podejrzewam nim nie będę. 
Jem od czasu do czasu mięso, co zdarza się około 2-3 razy w tygodniu włączając już w to wędlinę na kanapki.

Jem ryż z piersią kurczaka i warzywami raz w tygodniu i w niedzielę grillowany filet z kurczaka.
Raz w tygodniu jem wędlinę na kanapki.
Zdarza się, że czasem zjem udko pieczone, schab czy wołowinę w sosie lub kotleta mielonego.
W wakacje od czasu do czasu zjem kiełbasę z grilla, wyskoczę ze znajomymi na kebab czy pizzę w której będzie bekon lub salami.

Nigdy nie zjem natomiast pasztetowej, kaszanki, wątróbki, żołądków, karkówki, pieczonego i jakiegokolwiek boczku, skwarków ze słoniny, koniny, baraniny.
Nie zjem galarety czy to z kurczaka czy nóżek.
Nie zjem zupy gotowanej na kościach.
Nie zjem żeberek.

Nie przepadam za pierogami z mięsem, nie jem nadal zup na mięsie: rosołu czy krupniku.
Nigdy nie zjadłabym żadnej potrawy jeśli nie byłabym pewna jakie mięso w sobie zawiera.

Nie jestem smakowym fanem mięsa i jem by dostarczyć różnorodnych składników odżywczych mojemu organizmowi.
Jeśli dziś nagle mięso przestałoby istnieć nie byłoby mi przykro z tego powodu nawet na moment.

Coraz częściej chodzi za mną myśl, by znów przestać jeść mięso.
Czasem jednak ta obawa zasiana przez lekarza gdzieś kłębi się w mojej głowie.

Mentalnie wciąż jestem wegetarianką. 






12 lutego 2016

Milka Choco Wafer

Ten produkt od Milki jadłam już kilka razy, ale dotychczas nie doczekał się on ani zdjęć ani recenzji.
Tym razem w Sylwestra zrobiłam przegląd szafki i wyjadłam zapasy :)

Milka Choco Wafer
Wafelek z kremem kakaowym oblany czekoladą mleczną z alpejskiego mleka

Wafelek ukryty jest za obłożonym folią aluminiową sreberkiem w kolorze charakterystycznego milkowego fioletu (:D) wafelek ma obwód dużego kubka do herbaty

Na głównej stronie nie umieszczono wielu informacji. Logo z nazwą, rodzaj produktu i jego zdjęcie.

Z tyłu natomiast też niewiele informacji, ale te najbardziej potrzebne oczywiście znalazły tam swoje miejsce.

Wafelek waży 30 g. 

Wafelek ma idealnie okrągły kształt czekoladowego torcika o rantach zewnętrznych troszkę wyższych niż sam wafelek, przywodzą na myśl pierścień oblany wokół właściwego produktu.
Na środku tej idealnie gładkiej tafli czekolady znajduje się napis Milka. 

Czekolada oblewająca produkt ma kolor standardowej mlecznej czekolady od Milki. Jest umiarkowanie brązowa w swojej czekoladowości, czyli nie ciemna i nie nazbyt jasna. Wydawać by się mogło, że idealna.
Ja patrząc na produkt mam aż ślinotok wyobrażając sobie jak gruba jest to czekoladowa przyjemność.
  Choco Wafer składa się z 3 listków waflowych i kakaowego kremu wewnątrz. 
Na zewnątrz wafelek oblany jest grubą warstwą czekolady
Wafelki czekoladowe nie są aż takie kruche jakbym się spodziewała, trochę są takie zmulone, zatęchnięte. Nie mają w sobie tej lekkości jaką bym sobie życzyła. 
Krem kakaowy w środku jest całkiem smaczny, odpowiednio kakaowy, delikatnie słodki. Przyjemny w odczuciu. 
Czekolada twarda i co najważniejsze jest jej sporo Miło się ją rozgryza i po jakimś czasie stapia się w ustach. Nie jest to najwyższych lotów czekolada, jest dobra ani przesadnie przesłodzona ani deserowa. Smaczna, mleczna ale bez fajerwerków 
 


Podsumowując: Mamy niezły torcik z średnim waflem, przeciętnie dobrym kremem i smaczną czekoladą na zewnątrz. Cudów nie czyni, kupra nie urywa. 
Można zjeść jak się ma wybitną ochotę na wafelka z dużą ilością czekolady (choć osobiście wolałabym sięgnąć po KitKata) 


A teraz: 

Pamiętacie moją kampanię z Dr. Gerard i Pryncytorcik? 
Większość z Was go jadła, Milkę Choco Wafer pewnie też... 
Jestem ciekawa waszych doznań, który jest lepszy?
 I którego byście wybrały? 


Osobiście bardziej przekonuje mnie do siebie Pryncytorcik, co jest dla mnie zaskoczeniem, bo przed zjedzeniem obu byłam pewna, że moje uznanie zyska właśnie Milka .

Cenowo oba wypadają podobnie bo kosztują ok. 1,50 zł 
Pryncytorcik jest odrobinkę mniejszy. Ma 150 kcal, a Choco Wafer 160. 
Różnica niewielka. 
Zawartość i stosunek czekolady, kremu i wafla w obu produktach jest niemal jednakowa.


Milka Choco Wafer
Ocena: 3/6
540 kcal/100g
161 kcal/1 wafel (30 g)
Kupione w: paczka ambasadorska Dr Gerard od Streetcom 
Cena: ok. 1,50
Czy kupię jeszcze raz? Tak

11 lutego 2016

Rachunek, Jonas Karlsson

Rachunek, Jonas Karlsson
Wydawnictwo Znak Literanova, 2016




Wychodzisz właśnie z lodziarni trzymając w ręku ulubione lody w chrupiącym wafelku. Masz za sobą orientalny i zmysłowy związek, wciąż żyjesz złudzeniami i wspomnieniem o przyjemności jakiej doświadczyłeś. 
Nie są to doznania wybitne, ot nazwałbyś je zwykłym szczęściem - miłymi chwilami jakie spotykają Cię każdego dnia. 
A co jeśli pewnego dnia za te doznania przyjdzie Ci zapłacić forsą?


Bohater powieści Karlssona pt. Rachunek jest facetem o dość zwyczajnym życiu i specyficznym usposobieniu odludka. Mężczyzna żyje zwykłym codziennym życiem w jednym ze szwedzkich miast. Bez zbędnych egzystencjalnych problemów. Nie udało mu się uzyskać wykształcenia, więc podjął się pracy w wypożyczalni wideo, ale jedynie na pół etatu. Stroni od ludzi, jego jedynym kumplem jest kolega z pracy.
Jego życie nie należy do specjalnie udanych, lecz nie zadręcza się - przeciwnie czerpie przyjemność z małych, codziennych zdarzeń: zamawia ulubioną pizzę, chodzi do lodziarni na najlepsze lody. Jego związek z egzotyczną dziewczyną z Bombaju nie miał szansy bytu, bo wiedział, że piękna Sunita po ukończeniu 24 lat wróci do kraju by wyjść za mąż. Specjalnie o niego nie zabiegał, nie pielęgnował - żył więc chwilą i uniesieniami we dwoje.

Wyrok spadł jak grom z jasnego nieba: 5 milionów 700 tysięcy koron - rachunek do zapłacenia. 

Bohater nie dowierza i zmierza do rozwikłania zagadki. Skąd taki wysoki rachunek i za co? Ktoś musiał się pomylić, pewnie jego konto zostało obciążone długiem bogatego oligarchy.
Po wykonaniu kilku telefonów dowiaduje się o istnieniu ministerstwa, które rozlicza obywateli za dotychczasowe życie. 
Jesteś szczęśliwy - płacisz, korzystasz z uciech - płacisz, masz przyjemne doznania - płacisz.
Za wszystko przyjdzie zapłacić... Ile więc kosztuje szczęście? Czy opłaca się być w życiu szczęśliwym? Do czego dąży ministerstwo i co chce ugrać narzucając absurdalne sumy na obywateli?

Te i inne pytania kłębią się w głowie po lekturze.

Powieść podzielona na rozdziały prowadzona narracją pierwszoosobową. Dość niewielkich rozmiarów z wąską kolumną czcionki sprawia, że czyta się lekko.

Zdarzenie w powieści sprawia, że książkę wręcz chce się pochłonąć. Rozwikłanie problemu bohatera przechodzi także i na czytelnika. Wciąż miałam wrażenie, że muszę mu w jakiś sposób pomóc, dlaczego ja mam być szczęśliwa, a ktoś przez absurd biurokracji ma zostać wplątany w niewygodny dług?

Powieść idealna dla każdego dorosłego czytelnika. Z pewnością spodoba się mężczyznom, więc może podsunę Ci właśnie pomysł na walentynkowy prezent?

O autorze:
Jonas Karlsson (ur. 1971) - człowiek wielu talentów. Jeden z najlepszych szwedzkich aktorów, laureat prestiżowych nagród za świetne role w kinie i telewizji. Dramaturg, którego sztuki wystawiane są przez najlepsze sztokholmskie teatry. Pisarz, którego debiutancki zbiór opowiadań zyskał status jednej z najlepszych szwedzkich książek w 2007 roku.
Źródło: okładka

Moja ocena: 8/10
Średnia ocena z lubimyczytac.pl: 7,7/10

Średnia ocena z goodreads.com: 3,7/5 



  • Po przeczytaniu książki zyskałam  2 cm do akcji "Przeczytam tyle, ile mam wzrostu"
Pozostało mi jeszcze: 150,80 cm

9 lutego 2016

Kisiel czarna porzeczka, Owocowy Kubek, Delecta

Pamiętacie jeszcze o tych mrozach, które kilka tygodni zaglądały do nas?
Ja jestem straszliwym zmarzlakiem (na dowód tego piszę właśnie notkę spod koca), i choć w domu mam 22*C to nie cierpię tej mroźnej aury i szukam sposobów na rozgrzewkę.
Czasem gdy mi zimno sięgam po kisiel, on świetnie rozgrzewa przełyk i brzuch :)

Kisiel czarna porzeczka, Owocowy Kubek, Delecta
Kisiel smak czarna porzeczka z kawałkami owoców i witaminą C
 
Kisiele Delecty pod nazwą Owocowy Kubek to jednoporcjowe desery proste do przyrządzenia w kilka chwil: wystarczy wsypać do kubka i zalać wrzątkiem.

Delecta chwali się, że kisiele Owocowy Kubek mają w sobie dużo witaminy C i największą na rynku procentową liczbę owoców. 


Bardzo lubię czarną porzeczkę, więc wybór spośród dostępnych nie był tyle wyborem marki co akurat konkretnego smaku.

Niewielkie foliowe opakowanie w którym umieszczono proszek zmieści się wszędzie, a z pewnością do torebki, mozna więc przygotować kisiel w pracy.
Na główniej kubek otoczony wieloma kuleczkami czarnej porzeczki.
Na odwrocie prócz wszystkich informacji producenta o składzie, wartościach itd. jest sposób przygotowania.

W opakowaniu znajduje się 30 g proszku, po przyrządzeniu otrzymujemy ok. 205 ml kisielu

Kisiel - proszek w konsystencji przypomina skrobie ziemniaczaną, jest bezbłędnie biały. W jego wnętrzu znajdują się kawałki suszonych porzeczek o przeróżnej wielkości. 

Zawsze intrygowało mnie to jak z białego proszku po dodaniu wody robił się kolorowy płyn.

By przygotować kisiel, proszek należy wsypać do szklanki a potem zalać go 175 ml wrzącej wody i intensywnie mieszać.

Kisiel po zalaniu uzyskuje bordowy kolor, jest gęsty, ma odpowiednią konsystencję. Na jego powierzchni pływają kawałki liofilizowanej porzeczki. 
Kisiel pachnie pięknie, odrobinę porzeczkowym sokiem, ale nie takim jaki zapach znacie z kartonu lecz takim domowym sokiem :) 
Spodziewałam się kwaśnego kisielu, ale w zamian za to dostałałam bardzo słodki kisiel.
I o ile smak jest dla mnie naprawdę wyborny, o tyle cała ta słodkość psuje efekt i sprawia, że kolejny raz już po niego nie sięgnę.

Skład: 

cukier, skrobia, syrop glukozowy, czarna porzeczka liofilizowana 3,3%, kwas cytrynowy, aromat, barwnik: antocyjany, proszek z czarnej porzeczki (cukier, czarna porzeczka, maltodekstryna, ekstrakt ze skórek winogron, witamina C

Jak sami widzicie skład cukrowy jest baznadziejny: zaczyna się od cukru a tuż za nim jest syrop glukozowy.



Kisiel czarna porzeczka, Owocowy Kubek, Delecta
Ocena: 3/6
Kupione w: Delikatesy Centrum
55 kcal/100g
113 kcal/ porcji

Cena: 1,49 zł
Czy kupię ponownie: nie wiem

8 lutego 2016

Brązowy żel do stylizacji brwi Eyebrow stylist, Wibo



Brązowy żel do stylizacji brwi Eyebrow stylist, Wibo

Żel do stylizacji brwi nie jest specjalnie popularnym kosmetykiem, jednak akurat ten w blogosferze doczekał się wielu recenzji i komentarzy. Zapytasz pewne dlaczego? A ja odpowiem Ci, że zagadką nie będzie tu cena, bo jest niska ani fakt, że jest dostępny w wielu drogeriach.

Żel umieszczony jest w opakowaniu przypominającym maskary do rzęs. W podobny sposób się go aplikuje bo posiada on szczoteczką podobną do wielu tuszów o nieskomplikowanym działaniu (czyli tych bez pogrubiania, powiększania itd.)

Kolor tuszu jest brązowy w metalicznym odcieniu co nie do końca mi się podobało i obawiałam się efektu "lali z dyskoteki lat 90tych". Na szczęście ten efekt po rozprowadzeniu się normuje i nic nie błyszczy.

Wiele osób narzekało na jego konsystencję, że nabiera się zbyt dużo itd. początkowo owszem tak było, teraz już z upływem zużycia nie ma nadmiernego osadzania się na szczoteczce, to podobna sprawa jak z nowymi maskarami.

Nakładanie tuszu nie jest wcale prosta sprawą. Szczoteczka jest zbyt długa i nie trudno o pociapanie czoła.
Żel sprawdzi się u osób o gęstych brwiach, jeśli ktoś ma rzadkie to niestety nie jest to kosmetyk spełniający marzenie o bujnych brwiach. Może i odrobinę sprawia efekt szerszej linii ale ostatecznie nie wygląda to naturalnie. Zdarza się, że pojawiają się grudki i trzeba się natrudzić by je usunąć, ja wspomagam się wykałaczką.
Żel utrzymuje brwi w ryzach, ale w moim przypadku nie jest to konieczne.

Rzadko go używam i nie uważam go za konieczny kosmetyk w moim kuferku, dlatego gdy się skończy nie odczuję potrzeby kupna nowego.
Wolę dołożyć do cieni z woskiem.

Plusy:

- delikatny efekt
- cena
 


Minusy:

- kolor (jeden do wyboru w ofercie)
- robi grudki
- niezbyt przystępny w aplikowaniu
- za długa i sztywna szczoteczka




Kupione w: Rossman
Cena: ok. 10 zł
Czy kupię ten produkt ponownie:  nie