31 stycznia 2016

Waniliowy krem-maska do rąk, Eveline Argan Gold Edition

Pamiętam jak bardzo zraziłam się na początku serii "Argan" od Eveline, gdy kupiłam linię do włosów w pełnym zestawie: szampon, odżywka i duży olejek. Już po pierwszym umyciu czuła przeciążenie i że coś po prostu nie gra. Ale jak następnym rankiem obudziłam się z tłustą głową, to wiedziałam co jest tego przyczyną.
Kilkanaście razy przechodząc w drogeriach obok złotych opakowań Eveline omijałam je jakby mnie parzyły, z drugiej strony się nie dziwię, jeśli wydałam podnad 50 zł na kosmetyki, które leżą sobie w szufladzie komody, a któych już nie użyję.


Postanowione było już dawno. Precz z Eveline, precz ze złotem, które mnie mogłoby omamić.
I tak oto trafił do mnie krem w świątecznej paczce od Gabi z http://cosmetic-addiction.blogspot.com

Waniliowy krem-maska do rąk, Eveline Argan Gold Edition

Pierwsze co uczyniłam sięgnąwszy po tubkę to zaczęłam czytać (zboczenie zawodowe). Waniliowy... (eee... waniliowy, przecież ja wanilię zdzierżę jeśli jest jej odrobina) krem-maska (ooo...) do rak i paznokci z masłem shea i witaminą E. Do skory suchej i bardzo suchej (ooo to takiej jak moja).
Całe opakowanie to niewielka tubka w złotym mieniącym się kolorze. Na głównej nadrukowano kwiat i laskę wanilii.
Na odwrocie znajdziemy informacje o produkcie, sposób stosowania, składniki i wszelkie dane producenta. Opakowanie z zatyczka na klik.

W tej niewielkiej tubce mieści się 50 ml kremu. 

Odtykam zatyczkę by powąchać, obawiam się bardzo o tę wanilię. Wącham i mmm... tak pięknego zapachu dawno nie czułam. Delikatny, łagodny perfumowo-waniliowy z wyraźną nutą cytrusów. Tak to mój zapach. A przecież Michel*, powiesz że jest waniliowy? To nic... Bo jest taki piękny

* (za dużo oglądasz ti vi enu - jakby to powieciała moja babcia)

Krem ma dziwny kolor miodowo-musztardowy. Jest taki żółciutki jak kogel-mogel na wiejskich
jajkach. Podoba mi się ten kolor wizualnie, choć z drugiej strony na pewno nie jest naturalny.

Konsystencja kremu jest bardzo przyjemna. Ma odpowiednią gęstość, to znaczy ani nie jest gęsty ani zbyt płynny. Po wyciśnięciu łatwo rozprowadza się na skórze na zasadzie uwodnienia a nie tłuszczowej warstwy. Co jest dla mnie cennym doświadczeniem, bo kremy, które dotychczas stosowałam raczej tłuściły ręce.
Krem należy aplikować pomalutku, już ilość pestki wiśni wystarczy na obie dłonie (takie małe jak moje :P bo pewnie na inne dwie pestki). Natomiast gdy wyciśnie się go zbyt wiele, to trudno by później się wchłonął.
Co do wchłanialności to wszystko błyskawicznie się wchłania i sprawia, że zaraz możemy przejść do swoich czynności pisania po kartce czy na klawiaturze :)
Nie sprawi on natomiast nawilżenia na stałe, owszem nawilża ale na chwilę, potem gdy się wchłonie już nawilżenia nie czuć, ale nie jest to aż tak przykre, bo w ogólnym rozrachunku sprawia, że już po kilku dniach dłonie są w znacznie lepszej kondycji.
Co do stanu paznokci to ciężko mi jest zauważyć różnicę, bo stale mam na sobie hybrydy, a gdy ich nie mam to paznokcie i tak nie są idealne.

 Nie jest jednak zbyt wydajny, choć od innych słyszałam, że bardzo wydajny, natomiast przy moim natręctwie kremowania rąk gdy krem jest w zasięgu wzroku jest on raczej średnio-wydajny i starcza na 2 tygodnie. 

Podsumowując jest to naprawdę fajny krem o obłędnym zapachu za niewielkie pieniądze. Myślę, że w przyszłości chętnie bym do niego wróciła, gdyby nie fakt, że przez tatę z pracy zalewana jestem kremami do rąk Cztery Pory Roku

Plusy:

- nawilża
- ma lekką konsystencję
- pięknie pachnie
- odżywia dłonie i poprawia ich kondycję
- jest tani


Minusy:

-niezbyt wydajny


Kupione w: prezent
Cena: ok. 6-7 zł
Czy kupię ten produkt ponownie:  tak

30 stycznia 2016

Jogurt Jogobella Breakfast Choco Crunchy - Blueberry, Zott

Całkiem niedawno Jogobella wypuściła na rynek linię Jogurtów pod hasłem "Breakfast". Do serii tych jogurtów należą 4 smaki (truskawkowy. brzoskwiniowy, bananowy i jagodowy). Wszystkie one prócz tradycyjnego jogurtu doposażone są w chrupiące musli.
Akurat gdy wtedy wybrałam się na zakupy na półce sklepowej leżały dwa.
Naturalnym dla mnie było, że zaczęłam od smaku, w którym występują moje ulubione owoce.

Jogurt Jogobella Breakfast Choco Crunchy - Blueberry, Zott
Jogurt jagodowy z chrupiącym musli z czekladą


Jogobella postawiła tym razem na duo kubeczki. W jednym kubku (tym większym) skrywa się jogurt, w drugim znacznie mniejszym i odrobinę przezroczystym kryje się choco crunchy.
Kolorystycznie niemal w zupełności nawiązuje do głównej koncepcji jogurtów Jogobella.

W sumie dostajemy produkt o łącznej masie 125 g.


Po otwarciu nalepki ochronnej od razu ukazuje się nam zawartość kubeczka idealnie wydzielona na sektory.
W małym kubeczku znajduje się miks płatków zbożowych, maleńkie herbatniczki i jeszcze mniejsze kosteczki czekolady.
W kwadratowym pojemniku znajduje się jogurt o przyjemnym fioletowym kolorze w środku którego widać kawałeczki owoców.  

 Jogurt ma przyjemny zapach, naprawdę zniewalający. Przywodzi mi na myśl konfiturę z jagód, którą ciocia obdarowywała nas jak byliśmy mali z zaleceniem by jeść wtedy gdy boli brzuch. Kocham ten zapach i nie wiem dlaczego jagody są dla mnie takim fenomenem. 
Jogurt ma średniej gęstości konsystencję, nie jest zbyt gęsty, choć na górze się zserkował (:* pożyczam) ani też wybitnie rzadki. Po prostu mogę uznać, że ma idealną konsystencję. 
Jak można się spodziewać po mojej jagodowej fascynacji smak, również bardzo przypadł mi do gustu. Jest idealnie jagodowy, mocno wyczuwa się aromatyczne kawałki jagód, idealny jeśli chodzi o słodkość, raczej neutralny niż słodki. 
Choco Crunchy to miks zbożowych składników, kruchych herbatniczków i czekoladowych kostek. 
Na kompozycję zbóż składają się mniejsze i większe zbożaki: płatki i otręby: owsiane i pszenne. Płatki są twardawe, choć w połączeniu z jogurtem nabierają gumowatości. 
Ciasteczka to po prostu mini-mini-mini petitka. Fajny kruchy, delikatny herbatniczek o dość neutralnie słodkim smaku i maślanym aromacie. 
Czekoladowe kostki wykonane są z mlecznej czekolady, raczej twardej ale szybko rozpuszczającej się solo na języku. Czekolada jest słodka, ale nie jakoś drastycznie bardzo. 
W zestawieniu choco crunchy z jogurtem składniki nabierają wyrazistości: ziarenka pęcznieją, stają się bardziej miękkie ale wciąż zachowują swoją gumowatość, herbatniki totalnie mokną, co akurat mi nie odpowiada, natomiast czekolada w zasadzie jest tam, ale stoi jakby obok, bo jedząc jogurt nie m szans się w nim rozpuścić, bo chłód jogurtu jej na to nie pozwala, a z drugiej strony jogurty jem raczej szybko, więc nie ma też większych szans by roztopić się na języku. 
Połączenie wszystkich smaków natomiast bardzo przypadło mi do gustu. 
Wiem, że wiele osób narzeka, że to jakaś śmieszna sprawa, ale ja sądzę, że tym smakiem raz na jakiś czas można zaspokoić śniadaniowego głoda w pracy. 

Smak ok, konsystencja ok, zapach ok. W całości ujmuję jeden punkt za skład :) 

* Zdjęcie ze składem ukradłam od Szpiluni 

Jogurt Jogobella Breakfast Choco Crunchy - Blueberry, Zott

Ocena: 5/6
Kupione w: Żabka
128 kcal/100g
160 kcal/1 jogurt (125 g)
Cena: 1,99 zł
Czy kupię ponownie: Chyba tak

27 stycznia 2016

Jedz inaczej. Dlaczego jemy to co jemy?, Leanne Cooper

Jedz inaczej, Leanne Cooper 
Wydawnictwo Znak Literanova, Kraków 2016



Ile razy powtarzałaś sobie, że zmienisz coś w kwestii swojego odżywiania?
Ja wiele, w zasadzie ciągle coś zmieniam, ale to już moje własne zboczenie. Ja działam i analizuję to co jem, ale wiem, że nie wszyscy.
Bo ile razy mówiłaś sobie:
- od jutra idę na dietę
- przestanę jeść słodycze, chipsy i paluszki
- zacznę jeść śniadanie
- będę kupować na targu owoce i warzywa
- polubię owsiankę, twaróg i szpinak
- nie będę jeść przed komputerem
Przestać? Ok, ale wiesz, że mogę tak w nieskończoność.
Ja też jestem człowiekiem, też popełniam błędy. Czasem jem zbyt dużo słodyczy, piję lajtową colę i nie umiem sobie odmówić sernika. Na codzień jednak się trzymam, ale książka, którą Ci dzisiaj polecę pozwoliła mi sobie moją wiedzę usystematyzować.
Jestem pewna, że jeśli Ty nie świrujesz z jedzeniem tak jak ja to może w końcu zaczniesz i spróbujesz wkręcić się na poziom "zdrowe odżywianie".

Leannie Cooper w swojej książce przedstawia fakty dotyczące żywienia. Nie są to nowinki, większość z nich znana jest wszystkim, ale autorka w swojej pracy usystematyzowała tę wiedzę i zanalizowała pod kątem psychologiczno-dietetycznym. 
Jeśli masz ochotę doświadczyć tego czym raczy nas autorka, zapraszam Cię na wędrówkę po tej ciekawej i pomocnej książce.
Książka "Jedz inaczej. Dlaczego jemy to co jemy?" opatrzona jest wstępem, który pomoże nam zrozumieć mechanizm zdrowego odżywiania. Już na wstępie autorka zaznacza, że nie jest to poradnik dla osób odchudzających się. W książce autorka głównie skupia się na psychologii jedzenia a nie dietetyce samej w sobie. Stawia na piedestale założenie, że nie ważne jest liczenie kalorii a przestrzeganie pewnych reguł. Ci, którzy mnie znają wiedzą, że tu nie mogę się zgodzić z autorką, bo nawet jeśli jemy zdrowe produkty a w nadmiarze to niestety na nic to się zda w ostatecznym rozrachunku.
Zdrowe odżywianie to styl życia, jaki wybieramy, i coś, co wszyscy powinniśmy dobrze zrozumieć.
Na początku autorka skupia się na konsekwencjach wynikających ze złego odżywiania i zaletach jakie daje nam wejście na właściwy tor. Wspomina też o emocjonalnym podejściu do jedzenia, czyli systemu kar i nagród. Autorka wspomina też o niebezpieczeństwie diet jednoskładnikowych i monotonnych. Wyjaśnia dlaczego warto jeść pełne produkty, nieprzetworzone w połączeniu z warzywami i rybami.
  • Zapewne uważacie, że najbardziej otyli są mieszkańcy USA i krajów wysoko rozwiniętych, tak to prawda, ale co ciekawe, autorka mówi tam o stabilizacji poziomu otyłości, natomiast w krajach Ameryki Południowej np. w Meksyku otyłych ludzi przybywa w zastraszającym tempie. W USA otyli ludzie stanowią prawie 34% społeczeństwa, w Meksyku 30% natomiast w Wielkiej Brytanii 23%. Te dane was szokują? To dorzucę jeszcze: otyłe dzieci niemal zawsze stają się otyłymi dorosłymi, 5% ludzi na świecie umiera z otyłości. Więcej ciekawych faktów dowiesz się wertując pierwszy rozdział. 
Autorka pozwala nam na analizę schematu przedstawiającego model wyborów żywieniowych Frusta. Etapy naszego życia podlegają wyborom jedzeniowym: dzieci nie lubią warzyw, nastolatki jedzą zbyt dużo, rozwodnicy jedzą pod wpływem emocji, chorzy zmieniąją swoje preferencje, bo muszą. Zakłada, że otyłe kobiety kupują tańsze produkty. I adekwatnie do tego, ludzie z bardziej zasobnym portfelem kupują produkty wysokobłonnikowe o obniżonej wartosci cukru, tłuszczu i soli, kupują owoce, częściej uprawiają sport. I dlatego właśnie fastfoodowe przybytki lokalizują się w średniozamożnych dzielnicach.
Autorka obrazuje nam także jaki wpływ na odżywianie ma otoczenie i ludzie z którymi przebywamy. Na przykład w restauracji: jemy więcej gdy jest półmrok i gdy dobiegają z kuchni smakowite zapachy, tak samo działa na nas relaksująca muzyka. Jemy więcej gdy korzystamy ze szwedzkiego stołu, gdy dostajemy dokładki, gdy jemy w dużym gronie. Pojawiają się też wnioski dotyczące objętości talerzy, o których pewnie już wiele słyszeliście.
Duży wpływ na wybór żywności wywierają sklepy i ich asortyment, dlatego tak wiele uwagi zajmuje lokalizacja produktów w działaniach marketingu.Tego też dotyczy kolejny trening, gdzie należy wypisać zachowania towarzyszące podczas zakupów.
Pani Cooper omawia czynniki wpływające na spożywanie pokarmu takie jak własne preferencje i gusta, nastrój, motywacje, hormony, geny, reklama. W książce dogłębnie zostaje zbadany ludzki język i kubki smakowe. Pojawiają się ciekawostki dotyczące kubków smakowych niejadków, oraz preferencji noworodków co do smaku płyny owodniowego. Pojawiają się też fakty dotyczące napojów "0 kcal", które powodują tycie, gdyż zaburzają proces trawienia wstępnego. Autorka dogłębnie analizuje podstawowe smaki wliczając w nie umami. W książce zawarty jest również fakt, że potrafimy zachować kontrolę nad uczuciem sytości jedynie do 2 r.ż. a potem ta czujność zostaje uśpiona. Pojawia się też zjawisko "facytylacji społecznej" odpowiedzialne za podleganie wpływom: sami - jemy mniej, jeśli pijemy alkohol - jemy więcej, jeśli bardziej nam smakuje - jemy więcej. Pojawiają się tu także znane fakty przejmowania preferencji smakowych przez płód od matki, a także coś co mi się przyda:
W miarę ograniczania ilości spożywanego sodu nasza wrażliwość na smak słony maleje, więc aby przyzwyczaić się do mniej słonych potraw, wystarczy tylko używać mniej soli.
Podobnie sprawa wygląda z tłuszczem. Jedzenie tłustych potraw to jedynie nawyk. Tyle, że tu wyzbycie się go z jadłospisu jest trudniejsze do zniesienia. Autorka przekonuje nas także do tego, że głód nie sprzyja zdrowemu odżywianiu. Leanne Cooper wysnuwa stwierdzenie, że diety to krótkotrwałe i chwilowe rozwiązanie, a nauczenie się zdrowego odżywiania, mimo iż nie gwarantuje spadku wagi daje lepsze korzyści dla zdrowia. By zdrowo się odżywiać trzeba nauczyć się kontrolować uczucie głodu i sytości, co jest bardzo trudnym zadaniem, a pomóc ma w tym tabela (zdjęcie obok). Należy pamiętać też o progu 20 minut od pierwszego kęsa do wysłania impulsu nerwowego o nasyceniu. Autorka omawia też wpływ różnego rodzaju pożywienia na nasze zaspokojenie głodu, przytacza fakt powszechnie znany, że białko syci bardziej niż węglowodany i tłuszcze, dlatego zdaniam Cooper ważne jest by jedząc owoce dodawać kubeczek jogurtu (ach, so? przecież każdy jogurt zawiera więcej węgli niż białka). Podoba mi się jednak fakt, który przytacza o koktajlach w diecie, które tak naprawdę nie dają "psychicznego" uczucia sytości i w rezultacie jedząc koktajl zawsze coś jeszcze dojadamy. Faktycznie mogę to do siebie odnieść. Autorka zaznacza także, że ważne jest "makro" czyli umiejętne rozłożenie wartości odżywczych w diecie.
Badaczka wiele uwagi poświęca  nauce jaką wynosimy ze spożywania poszczególnych posiłków. By łatwiej zobrazować proces przytacza wizję psa, którego łatwiej nauczyć komend dając mu później smakołyki. Tym samym wypracowujemy sobie system kar i nagród. Istnieje także zależność, że bardziej kaloryczne potrawy są smakowo lepsze. 
Książka pozwala nam podjąć zmiany w naszych zachowaniach, za które odpowiedzialne są nawyki. Ile razy zdarzyło Ci się z nudów zaglądnąć do lodówki? A posolić coś zanim skosztowałaś? Obgryzasz paznokcie jak oglądasz film? Dojadasz po dziecku?
A Ty? Jakie masz nawyki dotyczące jedzenia?
Te powyżej były nie najlepszym przykładem ale musisz sobie uświadomić, że istnieje szereg właściwych nawyków, które zaprocentują w przyszłości. Ważne byś się nie zniechęcał, nie odpuszczał i nie osiadł na laurach.
Czasem możemy robić dwa kroki naprzód, jeden w tył, ale najważniejsze, że droga wiedzie przed siebie. 
Autorka daje rady jak zmienić swoje nawyki. Kluczem do sukcesu ma być: planowanie, samoocena i ocena przez innych, weryfikacja celow.
Istotnym jest więc mieć jakiś plan. Aby go wdrożyć w życie trzeba zachować odpowiednie postępy.
Główną ideą książki jest odrzucenie jakichkolwiek diet czy liczenia kalorii. Najważniejsza zasada dotyczy nauki własnego organizmu i zachowań, które pozytywnie zaowocują na przyszłość. 

Książka podzielona jest na rozdziały. W każdym pojawiają się ćwiczenia i treningi, które pomogą dotrzymać kroku założeniom autorki. Na końcu znajdują się dwa kwestionariusze, które pozwolą uzmysłowić sobie wasze podejście do żywienia.

Gdy sięgnęłam po książkę byłam pełna entuzjazmu, z czasem okazało się jednak, że informacje w niej zawarte są usystematyzowanym zbiorem znanych faktów. Do tego dochodzi również analiza. Całość jest ciekawa, ale dla osób, które z dietetyką dotychczas miały niewiele wspólnego. Dlatego ja ze swojej strony nie będę jej negować, bo książka może być źródłem cennych informacji. Dla osób obytych w tematyce żywienia dodam, że to zbyt mało by czegokolwiek więcej się dowiedzieć. 
Książka ułożona jest w sposób podręcznikowo-ćwiczeniowy. Po kolei omawiane są zagadnienia a na koniec podrozdziałów niebieską, większą czcionką wytłuszczono to co należy zapamiętać.W książce nie brak też rysunków, tabel itp.
Polecam książkę osobom, które stoją przed decyzją zmian żywienia na bardziej usystematyzowane.

 Moja ocena: 6/10
Średnia ocena z lubimyczytac.pl: 6,8/10

Średnia ocena z goodreads.com: 3/5




  • Po przeczytaniu książki zyskałam  1,7 cm do akcji "Przeczytam tyle, ile mam wzrostu"
Pozostało mi jeszcze: 158,05 cm

26 stycznia 2016

Jaglany pancakes z czekotubką i fistaszkami (350 kcal)

Są dni gdy kobieta wyje do księżyca, w te dni kobieta wciąga tabliczkę czekolady napotykając współczujący wzrok narzeczonego. W te dni On o nic nie pyta. W te dni pomaga mi dokupując jeszcze więcej czekolady.
Ale co zrobić gdy nie ma Go blisko?
W te dni muszę sobie radzić sama, było mi smutno i źle i tak oto powstał naleśnik na kolację, z czekoladą i zrobiło mi się lepiej :)
Jako, że jest on na kolacją to zdjęcia są brzydkie, strzelone pudełkiem do zapałek :/ Ale uwierzcie ten smak... mmm to był jeden z lepszych omleto-naleśników jaki jadłam
Cudna propozycja śniadaniowa :) Łatwo zapakować go do lunchboxa i w drogę :)

Jaglany pancakes z czekotubką


1. Płatki zalewamy wodą tak by je tylko przykryła. Odstawiamy pod przykryciem do napęcznienia.
2. Jajko roztrzepujemy w misce, dodajemy Czekotubkę i mieszamy.
3. Do masy dodajemy przestudzone płatki i posiekane orzeszki ziemne.
4. Omleta smażymy na suchej patelni do wypieczenia (po ok. 1,5 min z każdej strony)
 
 Na wierzch co się wam rzewnie podoba :) U mnie:

* winogrono, mandarynka, fisztaszki, serek Almette wiśniowo-żurawinowy i polewa z Czekotubki :)

Wartości dla pancakesa bez powyższych dodatków :)

Kasza niejedno ma imię i oblicze- edycja II- ciasta i desery
Pancake Day

25 stycznia 2016

Słodsze niż czekolada, Sheila Roberts

Specjalnie dla Czekoholiczek, których denerwują książkowe recenzje na blogu :* (wiem i tak, że sie otwarcie do tego nie przyznacie:P)

Słodsze niż czekolada, Sheila Roberts
Wydawnictwo Znak, Kraków 2013



Witajcie w Icicle Fallis miasteczku gdzie znajduje się osobliwa fabryka czekolady. 
Słodkie Sny to rodzinny biznes Sterlingów, odziedziczony po prababce, której przyśniła się pralinka, życiodajny smakołyk całej familii.
Największe nadzieje z przedsiębiorstwem wiąże prawdziwa miłośniczka czekolady, podstarzała już panna Samantha. Niestety obecnym zarządcą firmy był Waldo, partner matki. Akcja powieści rozpoczyna się w momencie gdy trwa jego pogrzeb.
Kolejne zwroty akcji dowodzą, że Słodkie Sny dzierży w swoich rękach właśnie Samantha. Firma okazuje się jednak mocno zadłużona a ubezpieczenie po Waldo wygasło. Piekielne długi wraz z czekoladowym dziedzictwem przejmuje Samantha. Jej siostry wyjechały z miasta a matka pogrążona jest w żałobie.
Samantha musi radzić sobie własnymi metodami. Najpierw próbuje przekupić koszem słodyczy Blake'a Prestona, bankowego menadżera, niestety jej duma nie pozwala jej płaszczyć się przed wierzycielem. Ten oszołomiony temperamentem próbuje zdobyć serce kobiety, ale czy tylko chodzi mu o uczucie? Czy może pragnie ugrać dla siebie popadający w ruinę majątek rodziny Sterlingów?
Rozwiązanie przychodzi niemal samo. Samantha postanawia zorganizować walentynkowy festiwal czekolady. Z pomocą przychodzi jej rodzina, przyjaciele i wszyscy mieszkańcy małego miasteczka. Nie obejdzie się bez perypetii ale i humoru jest w powieści co nie miara. 

Powieść podzielona na rozdziały z czego każdy opatrzony jest cytatem pochodzącym z poradnika wydanego przez Murier Sterling, matkę Samanthy. Nie są to wysokich lotów hasła, ale niektóre spośród nich są dość ciekawe w odbiorze, np:
Prędzej czy później kłopoty muszą zapukać do twoich drzwi. Wpuść je. Potem je otruj. s.211
Narracja w utworze jest trzecioosobowa. Książka dzieli się na 26 rozdziałów poprzedzonych wstępem autorki i zakończonych epilogiem. Na końcu powieści znajdują się przepisy na rodzinne słodycze: Czekoladowa róża - trufle w białej czekoladzie, Trufrowa bagietka Bailey, Chrupiące czekoladki, Białe krówki lawendowe, Niedźwiedzie bobki.

Książkę czyta się przyjemnie i bardzo szybko. Choć jest to format raczej kieszonkowy a czcionka dość drobna to jednak nie przeszkadza to w czytaniu. Pełno tu słodkości i czasem bywa naprawdę słodko, a innym razem aż skręca Cię w żołądku by zjeść właśnie nugatową pralinkę. Nie jest to książka, która wnosi zbyt dużo do światopoglądu, zapewne za jakiś czas całkowicie zapomnę, że ją czytałam, jednak spędziłam z nią dwa miłe popołudnia i nie żałuję. 

Moja ocena: 6/10
Średnia ocena z lubimyczytac.pl: 6/10

Średnia ocena z goodreads.com: 3,6/5



  • Po przeczytaniu książki zyskałam  2,6 cm do akcji "Przeczytam tyle, ile mam wzrostu"
Pozostało mi jeszcze: 159,75 cm





24 stycznia 2016

Deli pistacjowy, Orion od Nestle

Nasi południowi sąsiedzi słyną nie tylko z dobrej kuchni, wspaniałego piwa, życzliwości i swojskości, towarzystwa podczas klubowych imprez ale też wspaniałych słodyczy i fascynujących mnie sklepów.
Czy to będąc na Słowacji, czy też w Czechach jak tylko słyszę "Dobry Den" o poranku w sklepie to mam ochotę kupić wszystko, absolutnie wszystko. A że w tym roku udało mi się być i w Czechach, a potem na Słowacji to obkupiłam się za wszystkie czasy. A później jeszcze rodzice pojechali do Czech i znów uzupełniłam zapasy. Głównie kupowaliśmy czekolady, jak wiadomo Studentskie są nieodzowną pamiątką z południa. Do tej pory mam ich sporo w barku :)

Dzisiaj przedstawiany batonik Deli jest czeskim produktem marki Orion należącej do koncernu Nestle. Ale żeby było zabawniej przywiozłam go sobie ze Słowacji :) Niestety pistacjowe smakołyki nie są moimi najulubieńszymi, ale nie miałam wyboru, choć w planach miałam wszystkie smaki po kolei. A dodam, że można kupić jeszcze: czekoladowy, waniliowo-migdałowy,
orzechowy, rodzynkowy, malinowy, arachidowy, kawowy, ajerkoniakowy



Deli pistacjowy, Orion od Nestle



Batonik zapakowany w foliowe opakowanie, zgrzewany na końcach z wykończeniem ząbkowanym. Kolorystycznie nawiązuje do smaku, bowiem opakowanie jest w jasnozielonych i pistacjowych barwach.
Dominującą część opakowania stanowi nazwa batona w tęczowych kolorach a z lewej strony niepozornie wygląda nagryziony baton. Pomyślałam sobie, że jak tak wgląda w środku to chcę go zjeść.
Na opakowaniu znajdziemy wszystkie potrzebne informacje. Na głównej skrócony znacznik GDA, z tyłu rozszerzone wartości, skład, dane producenta itd. a wszystko to tylko w języku czeskim i słowackim.

W tym oto opakowaniu skrywa się baton o wadze 35 g.

 Baton ma klasyczny prostokątny kształt i ten tu obok na zdjęciu nie wygląda najlepiej :) Ale na pocieszenie powiem, że z 10 możliwych tylko dwa trafiły się zmasakrowane. I to w zasadzie moja wina, bo te najlepsze zjedliśmy od razu, a ten tutaj osobnik czekał na recenzję długo :)

Baton ma prostokątny kształt o leciutko zaokrąglonych brzegach.
Oblany Deli został ciemną czekoladą, choć wcale nie gorzką. Po prostu jest ona ciemna z wyglądu. Czekolada jest dość matowa, ale równiutko oblana i wygładzona.
W środku pod czekoladą skrywa się niejednolita i trochę piankowo-gąbczasta spora warstwa nadzienia o przepięknym zielonkawo-pistacjowym kolorze. 

Czekolada jest umiarkowanie słodka. Taka pomiędzy wytrawną gorzką a mleczną. Raczej co do słodkości powiedziałabym, że bardzo neutralna. To samo można odnieść do smaku, bo ani jej do wspaniałej i dającej uczucie błogości smaku ani do tej z gatunku niedobrych. Ot, taka zwyła przeciętniara. Dość krucha, łamliwa.

Nadzienie stanowi większą część batona i jeśli można je do czegoś porównać, to zdecydowanie do kremu w batonach Milky Way. Jednak tu krem jest troszkę bardziej puszysty i bardziej scukrzony. Jeśli miałabym porównać go do czegoś pomiędzy, to prócz jednej krawędzi gdzie stoi nadzienie z Milky Waya, po drugiej stronie tego odcinka stoi krem z ciepłych lodów, sklepowych rurek czy też kremowych misiów spotykanych na bazarach/odpustach. O ile w Milky Wayu ten krem jest bardziej mleczny, to tu jest bardziej cukrowy.  W smaku również na główną linię wysuwa się cukier, który dominuje wszystko. Jeśli miałabym porównać, to smakuje jak mocno zrolowana i zbita wata cukrowa. Robiliście tak kiedyś? Bo ja czasem tak właśnie odrywałam watę i skręcałam, rolowałam aż zlepiłam twardą kulkę. I tak właśnie smakuje ten baton, jak cukrowa wata ale bez tej lekkości bytu.
Co do pistacjowego smaku nie pojawia się on jakoś szczególnie, czego się obawiałam, bo niezbyt przepadam za tym smakiem w słodyczach (bo za pistacjami już okropnie przepadam xD) na szczęście (albo  i nie) jest on niewyczuwalny i wcale nie do określenia jako pistacja. Raczej dominującym smakiem jest karmel cukrowy.
Podczas jedzenia nadzienie mocno oblepia zęby choć jest piankowo miękkie. Nieszczególnie cały baton przypadł mi do gustu.
Baton zachowuje się w odstępie czasu w dziwaczny sposób: jeśli będziemy trzymać go w suchym miejscu a zostanie już rozpołowiony, to wyschnie i stanie się twardy jak trociny, natomiast jak położymy go w wilgotnym miejscu to nadzienie się skarmelizuje, a na powierzchni zobaczymy to co w sernikach nazywa się "złotą rosą".
Czekolada nie czyni szaleństwa, nadzienie jest zbyt scukrzone. Smak w zasadzie nie do określenia i baton niestety nie podtrzymał dobrej pozycji czesko/słowackich słodyczy.
Co nie oznacza, że wcale nie spróbuję innych rodzajów batona Deli :)

1 baton Deli o smaku pistacjowym m 153 kcal 

Skład:
cukier, syrop glukozowy, masa kakaowa, olej palmowy, mleko w proszku, masło kakaowe, oleje roślinne (palmowy, shea, Sal, illipe, Kokum Gurgi, mangowy), tłuszcz mleczny, suszone białka, aromaty, emulgatory (lecytyna słonecznikowa, poliglicerole), barwniki (kurkumina, związki  chlorofili i chlorofilin), sól, ekstrakt kurkumy

Deli pistacjowy, Orion od Nestle
Ocena: 2/6
Kupione w: Słowacki spożywczak
439 kcal/100g
153 kcal/1 baton (35 g)
Cena: 1,70 Euro
Czy kupię ponownie: Nie

21 stycznia 2016

Sombrero szpinakowe i sombrero a'la pizza

Kto nie kocha drożdżowego ciasta na pizzę i aromatycznego nadzienia :)
U mnie wszyscy uwielbiają :)
Od czasu do czasu pojawiają się takie oto wariacje :)

Zdjęcia brzydkie, bo nocne, ale smak za to najlepszy jaki jest :)


Sombrero szpinakowe i sombrero a'la pizza


Ciasto:

  • kostka drożdży
  • 2 łyżki cukru
  • 1 szklanka ciepłego mleka
  • 1 szklanka ciepłej wody
  • 1 kg mąki
  • 2 jajka
  • 1 łyżka oleju
  • 1/2 pęczka natki
  • kilka gałązek świeżego tymianku
  • sól

  1. Drożdże kruszymy, mieszamy z cukrem, 2 łyżkami mąki i 2 łyżkami ciepłego mleka. Pozostawiamy na 10-15 min w ciepłym miejscu (można odpalić palniki w kuchence i niedaleko postawić miskę nakrytą ściereczką, lub postawić przy kaloryferze /opcja zimowa/)
  2. Jajka rozkłócamy i wlewamy do drożdżowej masy, wsypujemy resztę mąki, oraz mleko rozrobione z wodą. Wsypujemy posiekaną natkę, tymianek, sól i 2 łyżeczki ziół prowansalskich.
  3. Wyrabiamy ciasto (ja korzystam z męskich rąk, ale można też mikserem:P), dodajemy po pewnym czasie olej by ciasto lepiej się prowadziło. Będzie gotowe gdy całkowicie odlepi się od ręki. 
  4. Ponownie odstawiamy do ciepełka na 20 minut
FARSZ 1:

  • 400 g szpinaku
  • 100 g  sera typu feta
  • 100 g chudego twarogu
  • 5 ząbków czosnku
  1. Szpinak przesmażyć na patelni. Dodać przeciśnięty przez praskę czosnek. Wystudzić
  2. Szpinak wymieszać z serami, doprawić do smaku solą.
FARSZ 2:

  • 100 g żółtego sera
  • 150 g szynki wędzonej
  • 1/2 papryki czerwonej
  • kilka oliwek
  • 2 łyżeczki koncentratu pomidorowego
  • sól, pieprz, zioła prowansalskie, przyprawa do pizzy
  1.  Szynkę i ser zetrzeć na tarce. 
  2. Paprykę i oliwki drobno pokroić. 
  3. Wszystkie składniki wymieszać w misce z koncentratem i przyprawami
 Złożenie:

  1. Ciasto podzielić na części, wałkować.
  2. Z ciasta szklanką wycinać koła. Na jedno kółko nałożyć farsz. Przykryć drugim i zlepiać końcówką widelca. 
  3. Piec 15 min w 170 *C  

19 stycznia 2016

Bielenda SPA Afryka, olejek do kąpieli i mleczko do ciała

Bielenda już kilka lat temu wypuściła na rynek serię produktów, którą określić można nazwą SPA Świata. Bowiem zawiera 4 linie produktów, z najbardziej wartościowych miejsc globu, które są bogate składniki mineralne używane w kosmetyce. Do linii tych Bielenda włączyła SPA Polinezja, SPA Azja, SPA Afryka oraz SPA Ameryka. Przyznam szczerze, że to dopiero mój debiut jeśli chodzi o te serie Bielendy.

Seria SPA Afryka zawiera w sobie takie kosmetyki jak:

  • Dwufazowy olejek do kąpieli i pod prysznic
  • Odmładzający peeling cukrowy do ciała
  • Odmładzające mleczko do ciała
  • Odmładzający mus do ciała
  • Błoto do włosów z Glinką Ghassoul
  • Szampon błotny z Glinką Ghassoul
Przyznać musicie, że wszystkie brzmią świetnie.
Ja niestety zakupiłam tylko te dwa nie będąc świadoma, że cała seria ma tak bogatą ofertę.

Bielenda SPA Afryka, olejek do kąpieli i mleczko do ciała


Nim przejdę do charakterystyki poszczególnych produktów pragnę nadmienić, że akurat ta konkretna seria SPA Afryka ma właściwości odmładzające (inne z kolei serie mają inne działanie)

Dwufazowy olejek do kąpieli, Bielenda SPA Afyka

Olejek umieszczono w wysokiej przezroczystej butelce, z przezroczystą nalepką, która świetnie komponuje się z barwą olejku. Butelka jest zakręcana niewielką zakrętką.
W buteleczce znajduje się 400 g płynu.

Olejek jest przeznaczony zarówno do kąpieli jak i pod prysznic, bowiem można z nim robić co dusza zapragnie. Albo wlać go do wody bezpośrednio podczas kąpieli, bądź nanieść na gąbkę czy myjkę i zastosować go jako kosmetyk myjący.

Głównym składnikiem olejku do kąpieli jest olejek arganowy a wspomagająco znajdują się w nim daktyl i figa odpowiedzialne głównie za nuty zapachowe. lecz także są źródłem witamin i składników doskonale nawilżających i regenerujących skórę.

Olejek jak już sama nazwa wskazuje jest produktem dwufazowym. Co oznacza, że jego struktura składa się z dwóch warstw.Na górze znajduje się tłusta aczkolwiek kremowa i odrobinę piankowa warstwa olejku. Ma bardzo ładną barwę jaśniutkiego pudrowego różu. Na dole natomiast znajduje się bardziej płynna warstwa płynu w kolorze wiśniowym.

Przed użyciem płyn należy wstrząsnąć w celu wymieszania się tych dwóch substancji. Czynność ta sprawi, że otrzymamy jednolitą jogurtową substancję o konsystencji pitnego jogurtu. I taką też barwę przybiera, delikatnego kremowego jogurtu truskawkowego :)

Olejek pachnie zdecydowanie mocno i odważnie. Nuty zapachowe przywodzą na myśl raczej męskie niż damskie zapachy. Jednak po zastosowaniu jego zapach łagodnieje.  Musicie jednak wiedzieć, ża zapach ten jest ciężki i przytłaczający. Nie jest to delikatny i świeży, słodki czy orzeźwiający zapach.
Myślę, jednak, że nie jest on tu problemem, bo nie jest ani nieładny anie piękny, jest po prostu specyficzny i w zasadzie tak, jest on Afrykański. Tak mogą pachnieć Afrykańskie kadzidła albo córka wodza plemienia (ale już nie sam wódz, co właśnie przywołało mi niewłaściwe myśli do głowy:P)

Teraz kilka słów o działaniu.
Olejek stosowałam zarówno jako aktywator piany i płyn do kąpieli jak i jako kosmetyk myjący.
Po wlaniu olejku do wody na powierzchni wytwarza on obfitą pianę. Olejek jest gęsty więc już niewielka ilość wystarczy do wytworzenia kremowej piany. To duży plus bo jest o wiele bardziej wydajny niż standardowe płyny do kąpieli. Jego zapach zdecydowanie ulega wyciszeniu nie jest już dominujący i mocny. Naprawdę mi się podoba. Kąpiel w takiej pianie zdecydowanie nawilża i dopiero wtedy zaczynam czuć, że jestem maksymalnie zrelaksowana. O kurcze... to działa! Nawet się nie spodziewałam.
Innym razem postanowiłam użyć olejku jako myjaczka. Nalałam na gąbkę: produkt z początku kremowy tworzy fajną spienioną konsystencję. Bardzo wyraźnie zauważalny jest pozostawiany olejkowy film na skórze. Kocham to uczucie, które zazwyczaj spotykamy w emolientach a już nie w standardowych drogeryjnych kosmetykach. Zapach jest tu o wiele bardziej wyraźny, co nie do końca mi się podoba. Produkt delikatnie myje skórę, lecz jednak przeważa tu kategoria pielęgnacji niż mycia. Po kąpieli na skórze zapach olejku utrzymuje się jeszcze dość długo.

Na podumowanie chciałabym powiedzieć, że kosmetyk ten świetnie sprawdził się jako olejek bezpośrednio wlany do wody, lecz już nie tak świetnie jeśli chodzi o mycie. 
 
Plusy:

- nawilża
- ma świetną konsystencję
- odpręża
- est wydajny


Minusy:

- zbyt mocno, męsko pachnie


Kupione w: Drogeria Wispol
Cena: 12,99
Czy kupię ten produkt ponownie:  Sam produkt tak ale może z innej serii
 
Odmładzające mleczko do ciała, Bielenda SPA Afryka


Mleczko do ciała umieszczone jest w identycznej niemal jak olejek butelce, z tym że tu buteleczka jest mniejsza i węższa ponieważ mieści w sobie 250 ml mleczka. 
Tu także głównym składnikiem aktywnym jest olejek arganowy, daktyl i figa. 

Mleczko ma mleczno beżowy kolor i lekką mleczną konsystencję, zdecydowanie lżejszą niż balsam.
Mleczko wyciska się za pomocą pompki. I tu jest kwestia której nie rozumiem. Zamknięta pompka ściśle przywiera do nakrętki. By wycisnąć dozę mleczka trzeba przekręcić dozownik i on się rozpręża. Po czym by zakręcić go z powrotem trzeba go przycisnąć, co powoduje nadmierne wyciskanie się mleczka, zupełnie bez sensu. Można by w zasadzie dozownika nie dociskać i pozostawić w gotowości, ale o ile z zewnątrz jest czarny to po odkręceniu pojawia się brzydka biała rurka. I taki mam z nim problem przedziwny.

Mleczko świetnie się wchłania, zupełnie błyskawicznie. Pod tym względem jest jednym z najszybciej wchłanialnych jakie miała, co jest dla mnie mega plusem :)
Zapach także jest o wiele przyjemniejszy, niby nuty zapachowe te same i składniki także, ale tu zapach jest o wiele mniej intensywny, nie tak ostry ale bardziej łagodny i przyjemnie słodki.Tak tu mogę powiedzieć, że jest ładny. 
Mleczko spełnia w zasadzie wszystkie warunki jakie powinno i myślę, że się polubiliśmy w pewnym stopniu.

Plusy:

- nawilża
- lekka konsystencja
- przyejemny zapach
- szybko się wchłania


Minusy:

- niepraktyczny dozownik


Kupione w: Drogeria Wispol
Cena: 12,30
Czy kupię ten produkt ponownie: Nie wiem 


18 stycznia 2016

Kopytka idealnie miękkie i zwięzłe

Koptyka to nieodłączne danie w menu dzieci :)
Są przez nie wyjątkowo lubiane.
Dziś zamieszczam tu podstawowy przepis na kopytka i to wszystko, żadnych propozycji z czym je podać dziś nie będzie.

Ale chętnie za to z wami podyskutuję na ten temat :)
Z czym jecie?
U mnie w domu jada się je z sosem mięsnym i buraczkami. Zdarza się też, że podajemy je po prostu z zeszkloną cebulką.
Natomiast na szkolnej stołówce podawano nam je z cukrem i wysmażoną bułką tartą. Zupełnie nie rozumiałam jak można je jeść na słodko.

A jak jest u Was?


Kopytka idealnie miękkie i zwięzłe

  • 1 kg ziemniaków
  • 2 jajka + 1 żółtko
  • ok. 2 szkl. mąki pszennej
  • sól
  1.  Ziemniaki obrać, opłukać w zimnej wodzie.
  2. Gotować w garnku zalewając zimną wodą powyżej poziomu ziemniaków. Gdy zaczną wrzeć osolić 1 łyżką soli. 
  3. Ziemniaki odcedzić i wystudzić by były całkowicie zimne.
  4. Ziemniaki przepuszczamy przez średnie oczka maszynki do mielenia mięsa.
  5. Na stolnicę wykładamy ziemniaki, robimy kopczyk, wsypujemy mąkę, robimy wgłębienie w mące i wbijamy jajka. 
  6. Masę zagniatamy do uzyskania jednolitej konsystencji.
  7. Forujemy kulę z której odcinamy po kawałku ciasta.
  8. Z ciasta rolujemy wałek i nacinamy ukośnie - ja wycinałam nożykiem do karbowania warzyw. 
  9. W garnku gotujemy wodę, lekko solimy i wrzucamy bezpośrednio na wrzątek nie przerywając wrzenia po niewielkiej pocji. Tak, by się nie posklejały. 
  10. W kilka minut po wypłynięciu kopytek wyjmujemy je łyżką cedzakową na talerz. 
 Kopytka można mrozić z powodzeniem i wyciągać je kiedy chcemy, trzeba wtedy pamiętać, by trochę wcześniej je wyjąć i przelać wodą.



W związku z zapytaniem czym wycinałam takie ładne kopytka przedstawiam wam tak mało skomplikowany przyrząd, który można dostać na bazarze albo w sklepie typu "Po pięć złotych" :)
Metal nie jest wybitnie wytrzymały ale ziemniaka pokroi, jabłko bez problemu i ciasto też, nie dał rady z surowym burakiem więc jednego zęba w tym nożyku po prostu ukrzywiłam.

Stop marnowaniu żywnościPostanowiłam również podzielić się tym przepisem w ramach akcji "Stop marnowaniu żywności" bowiem z powodzeniem można wykorzystać ziemniaki z poprzedniego dnia i to nawet takie okraszone uprzednio masłem, cebulą czy nawet skrawkami. Po prostu smak będzie "wzbogacony"

16 stycznia 2016

Sekretnik, czyli przepis na szczęście, Katarzyna Michalak

Sekretnik, czyli przepis na szczęście, Katarzyna Michalak
Wydawnictwo Znak LiteraNova, Kraków 2015

W swoim życiu miałam już nazbyt wiele okazji przeczytać kilkanaście poradników. I każdy kolejny kończył się moją irytacją i przekonaniem, że ktoś sztampowymi sloganami chce mnie wsadzić w szufladę, dając mi rady i ucząc jak mam postępować.

Tym razem ma być inaczej. Autorka zapewnia, że nie jest to typowy poradnik za 20 złotych, który w 10 minut pomoże ci stać się demonem seksu.
To książka, która nie wykorzystuje ognia, a staje się zapalnikiem do działania. Jak pisze Michalak, tu nie znajdziesz gotowego przepisu na szczęście a narzędzie.

A propos samego tytułu. Spójrz na tytuł książki, a teraz na tytuł bloga. Michalak ma przepis na szczęście, a ja już odnalazłam na swoje szczęście zaklęcie.
Co więc dała mi ta książka, która ma uczyć mnie być szczęśliwą w momencie, gdy ja szczęśliwa jestem od zawsze?



Katarzyna Michalak traktuje o tym, że centrum naszego szczęścia znajduje się w umyśle a "umysł ma moc" i "siłę ma słowo pisane", więc te dwa argumenty mają zapewnić Cię, że sięgając po Sekretnik, na pewno przybliży twoje szczęscie.

Książka ma poradnikową strukturę, dzieli się na rozdziały, które pytają nas o sprawy życiowe, chociażby rozdział II "O czym marzysz i czy na pewno morzysz o tym, o czym wydaje Ci się, że marzysz?". Prócz takiego psychologicznego bełkotu, który tu akurat ma funkcję zabawową i w mojej opinii kreowany jest na czasoumilacz a nie śmiertelnie poważne doradztwo znajdziemy także dialogi. Rozmowy prowadzi Katarzyna M. (której nie należy utożsamiać z autorką, o czym zapewnia nas sama - a może jednak należy?) - pisarka wraz ze swoją wykreowaną w pierwszej powieści bohaterką Patrycją Marynowską, typową drimerką (od 'dream' marzenia).

O czym kobiety rozmawiają. O życiu i dążeniu do szczęścia. Analizują aspekty drogi, którą należy podążać by szczęście osiągnąć.
A oto przystanki marzeń na tej trasie: praca, rodzina, facet, zdrowie, uroda, pieniądze, marzenia materialne oraz umiejętności/nauka.
Jeśli masz wybrać tylko trzy spośród tych przystanków, to na których się zatrzymasz?

Szczególnie spodobał mi się poradnik dotyczący pracy, gdzie na wstępie znajduje się cytat:
"Praca jaka jest każdy widzi. Zabiera nam 1/3 życia, a drugą 1/3 tracimy z powodu stresów, jakich nam przysparza, trzecią 1/3 na szczęście przesypiamy"

Ciekawie też wypada poszukiwanie idealnego faceta, z którym zbuduje się szczęście. Bo jeśli wybrać kilku spośród tłumu i określić je w kategorii życiowego partnera, to okazuje się, że niezwykle trudno znaleźć tego, który spełnia normę. Mężczyźni są zbyt młodzi, zbyt starzy, zbyt otyli, żonaci, obsesyjni, z nałogami. A jeśli już ma być perfekcyjnym facetem, to musi przejść przez wszystkie kryteria wyglądu, społecznych doświadczeń i przynależności, sytuacji życiowej i materialnej i wielu, wielu, wielu innych.

Cały poradnik opiera się na dostrzeganiu szczęścia w obrębie filozofii i psychoanalizy Freuda, choć nie są to aż tak dogłębne i wnikliwe wnioski a jedynie opływowe stwierdzenia. Ale też dlatego, że nie chodziło tu o poradnik jako taki, który znamy z amerykańskiego świata zdesperowanych mamusiek, którym wydaje się, że gdy staną się zołzami, to mężczyźni będą słać różami bruk, po którym idą do rzeźnika po schab. Chodzi o to by dobrze się bawić szukając szczęścia.

Jak wspomniałam wam już wcześniej. Ja swoje zaklęcie na szczęście znam już od dawna i nie potrzebuję dostawać przepisu od autorki. Nic nie pokrywa się z moimi doświadczeniami i tak jak nie zgadzam się z większością poradników tego świata, tak i z tym nie mam zamiaru.
Słyszałam już wcześniej o zdolności autorki do kreowania świata przedstawionego, do rezolutnego języka.
Niestety jako, że "Sekretnik" był moją pierwszą pozycją, to autorka startuje u mnie ze spalonego.
To nie był dobry mecz, to nie było dobre zagranie.

O autorce:

Katarzyna Michalak z wykształcenia jest lekarzem weterynarii. Urodziła się w 1969 roku w Warszawie. Uważa się ją za jedną z najbardziej wszechstronnych polskich pisarek - swobodnie porusza się po gatunkach takich, jak powieść obyczajowa, sensacyjna, fantasy, romans, czy erotyk. Pisarka zadebiutowała w 2008 roku, wydając powieść pod tytułem "Poczekajka" (...)Do tej pory Michalak napisała już kilkadziesiąt powieści w kilku seriach - m.in. z kokardką, z czarnym kotem, kwiatowej i innych - większość z nich szybko zyskała popularność i została doceniona nagrodami przyznawanymi przez publiczność
Źródło: empik książkoville.com


Moja ocena: 3/10
Średnia ocena z lubimyczytac.pl: 5/10


  • Po przeczytaniu książki zyskałam  1,35 cm do akcji "Przeczytam tyle, ile mam wzrostu"
Pozostało mi jeszcze: 162,35 cm

 

12 stycznia 2016

Wafle ryżowe z cynamonem i stewią, Sante

Zazwyczaj śledzę nowinki w dziedzinie zdrowej żywności.
Wieść o tych waflach jakoś mnie ominęła.
Wchodzę do sklepu ze zdrowym jadłem i co widzę? Wafle z cynamonem!
Biorę! Ale do teraz nie umiem zrozumieć dlaczego wzięłam tylko jedno opakowanie.

Wafle ryżowe z cynamonem i stewią, Sante

Wafle wyglądają bardzo niepozornie, ale też ten minimalizm to zaleta :)
Umieszczone są w mało elastycznym foliowym opakowaniu ze zgrzewami po bokach. Połowa opakowania w rudym kolorze informuje nas o tym co waże: producent, nazwa, rodzaj, a także fakt, że słodzone są stewią (jak dla mnie można ich było wogóle nie słodzić). Prócz tych podstawowych informacji na głównej znajdziemy etykietkę w której informuja nas, że wafle mają:
  • niską zawartość soli
  • niską zawartość tłuszczu
  • błonnik
To, co od razu przyciąga wzrok to niestandardowy kształt wafli. Zamiast klasycznych okrągłych to mają kształt kwadratów o zaokrąglonych brzegach. 
Ich struktura jest nierównomierna, mają rowki i karby jak to bywa w przypadku niemal każdego rodzaju ryżowych wafli.
W opakowaniu znajdziemy 4 wafle o łącznej wadze 20g. Co w prostej matematyce daje wynik jednego 5-cio gramowego wafelka. 
Kolor wafli jest bardzo ładny, jednolity w odcieniu kawy z mlekiem.
To co również zwraca szczególną uwagę to przepiękny cynamonowy zapach tuż po otworzeniu paczuszki. Wprost obłędny lekko słodkawy, przywiódł mi na myśl szarlotkę przyszywanej babci.

Wafle są bardziej chrupkie w swojej strukturze niż klasyczne ryżowe. Zazwyczaj ryżowe gdy napocznę i zapomnę schować w woreczek (a zdarza mi się to zdecydowanie zbyt często) na drugi dzień są gumulaste, te wydaje sie, że nie uległyby takiemu procesowi, czego jednak nie sprawdziłam bo te 4 wafle wciągnęłam od razu :)
Wafle są z rodzaju tych bardzo cienkich. Nawet te standardowe Slim są przy nich średniakami.
Są naprawdę boskie, jedne z lepszych jakie w życiu dane mi było jeść. Zaskakujący słodki smak, przypominający trochę cynamonowe oblaty (jeśli miałyście okazję jeść) i choć zazwyczaj nie wybieram słodkich wafli to te pewnie na stałe by u mnie zagościły gdybym tylko miała do nich dostęp. Żadne inne słodkie wafle czy to czekoladowe czy w polewach czekoladowych po prostu się nie umywają :) 

Dodam tylko, że głównym składnikiem jest brązowy ryż, ale te wafle zawierają także pszenicę.

W 100 g produktu jest tylko 333 kcal. 
Paczka 4 wafli dostarczy 67 kcal,
Jednen wafel z cynamonem i stewią ma 17 kcal 

Skład:
ryż brązowy, otręby pszenne, mąka pszenna, cynamon 1,4%, sól, glikozydy stewiolowe 0,03%

Wafle ryżowe z cynamonem i stewią, Sante

Ocena: 6/6
Kupione w: U Kazika
333 kcal/100g
67 kcal/1 opakowanie (20 g)
17 kcal/1 wafel (5 g)
Cena: 1,99
Czy kupię ponownie: Oczywiście! 


_____________
Priv

Chciałabym coś Wam krótkiego napisać, ale w zasadzie to nic takiego się wspaniałego nie zdarzyło, ale jest szansa, że będę mieć kilka dni wolnego w ferie :) Zawsze to jakiś plus, co prawda się nigdzie na żaden wyjazd nie wybieram, ale lodowisko obowiązkowo zaliczę:) 
Dziś mama zrobiła tak wspaniałe pierogi, że o-ja-cie... :) Ruskie są nalepsze :) Fota z insta w rządku po lewej :) 
Kolorowych robale :)

11 stycznia 2016

Kobiety niepokorne, Cristina Morato

Dziś zapraszam na recenzję książki, którą wybrałam niejako ze względu na okładkę z Audrey Hepburn. A potem przeczytałam, że napisała ją Cristina Morato, która wam pewnie się z niczym nie kojarzy, ale dla mnie jest ona osobą szczególną.
Cristina Morato pomogła mi gdy pisałam pracę licencjacką o życiu kobiet w Afryce, bowiem Cristina Morato jest autorką książki "Królowe Afryki", o kobietach, które z własnego wyboru podróżowały po Czarnym Lądzie, bądź też skazane były na koczownicze życie u boku mężów podróżników. Rodziły dzieci, żyły w ubóstwie, pomagały tubylcom i umierały na niebezpieczne choroby.
Dość już o tamtej książce, choć jakbym się rozgadała wyszłaby mi druga recenzja.
:)



Kobiety niepokorne, Cristina Morato
Wydawnictwo Świat Książki, Warszawa 2015 



Książka wiedzie czytelnika przez życie i historię wielkich kobiet. Życie w dostatku, sielanka... Perfekcyjny byt? O nie, nigdy nie jest tak wesoło.
Cristina Morato wiedzie nas przez sylwetki siedmiu znanych kobiet, na życiu których odcisnęło się jakieś piętno, skaza i ból.
Kobiety, które kochały za mocno, cierpiały, doświadczały bólu, śmierci bliskich. Kobiety, które wygrały sławę kosztem wewnętrznego rozbicia.
Książka podzielona jest na części, z czego każda poświęcona jest sylwetce innej kobiety. Są to dość rozbudowane historie zawarte na mniej więcej 50 stronicach. Każda z tych opowieści nosi mocny i dobitny tytuł. Nim autorka przejdzie do opisów na pierwszej stronie przed prezentacją każdej z kobiet zamieszczono zdjęcie na całą stronę w czarno-białym odcieniu.
Prócz podziału na rozdziały odpowiadające bohaterkom, każdy z nich jeszcze dzieli się na podrozdziały, które są odpowiednio dobrane do okresów w życiu, każdy zaczyna się mniej więcej od dzieciństwa, potem są rozdziały kariery, na końcu śmierci. A prócz tego wpada też kilka innych.




Pierwsza część skryptu poświęcona jest Marii Callas i nosi tytuł "Umrzeć z miłości".
Maria Callas okrzyknięta była największą diwą operową XX wieku. Początkowo była otyłą kobietą, narażoną na uwagi publiczności. Postanowiła zmienić swoje życie i w ciągu dwóch lat schudła 35 kilogramów, prawdopodobnie świadomie połykając pasożyta. Stała się boginią uwielbianą przez tłumy. Szybko zdobyła serce greckiego multimiliardera. Gdy romans gwiazdy wyszedł na jaw, Maria nie miała łatwego życia. Znów była przez wszystkich osądzana. Już nie miało znaczenia, jaki miała talent. Z mężem po tej aferze przestało się układać, pojawiali się inni kochankowie, z którymi nigdy nie stworzyła związku. Umarła zbyt wcześnie stale powtarzając, że najgorszą karą stała się samotność. Do śmieci Callas przyczyniły się leki nasenne. Zmarła w wieku 53 lat w osamotnieniu i z pełną głową kompleksów.
Historia Callas opisana przez Morato wiedzie przez dzieciństwo dziewczynki, która urodziła się niechciana. Przez rozkwit kariery, głębokie poświęcenie, miłość, romans, zdrady, zawirowania uczuciowe, szantaże ze strony kochanków, trudne kontakty z paparazzi. Aż wreszcie upadek kariery, załamanie i śmierć.



Kolejną z kobiet, którym miejsce poświęciła autorka jest Coco Chanel, nie ma sensu bym przytaczała historię, którą wyczerpująco opisałam podczas recenzji Mademoiselle Chanel, C.W. Gortner'a, ten rozdział w opowieści Cristiny Morato nosi tytuł Triumf woli, odwołuje się do życia według wykreowanego schematu. Historia wiedzie przez trudne dzieciństwo, które Coco pokolorowała według własnego uznania, przez pierwsze triumfy w świecie mody, ból po śmierci bliskich, wojnę, tragiczną miłość, aż wreszcie, po życie w starczej samotności.

Trzecia część dotyczy Wallis Simpson, która dotychczas nie zajmowała moich myśli. Nie wiem czy nawet wiedziałam kim jest ta kobieta. Nie ma się temu co dziwić, bowiem Wallis, była przeciętną Amerykanką i stała się sławna nie przez talent jaki miała, a przez skandal jaki wywołała. Otóż podwójnie już rozwiedziona Simpson, zawładnęła życiem i sercem monarchy angielskiego Edwarda VIII. Historia zatytułowana jest "Królowa bez korony"  i nie pozostawia suchej nitki na osobie Wallis. Uważana za przebiegłą, wyrachowaną  bezczelną. Morato przytacza, że tak lubiła się w zbytku, że kazała prasować pieniądze, by stale upajać się ich szelestem. Edward - mężczyzna dzierżący władzę widocznie potrzebował tak apodyktycznej jędzy. Wallis pozwalała sobie zdecydowanie na zbyt wiele, w trakcie ważnych przemówień potrafiła wchodzić, przerywać i karcić księcia jak psa. A on? Tak był posłużny, że jedynym jego marzeniem stał się ślub z Simpson. Rodzina królewska nie chciała słyszeć o tej kobiecie a ona sama zyskała sławę jako najbardziej podła kobieta XX wieku. Wiodła wyrachowane życie u boku Edwarda VIII. Zmarła w wieku 90 lat w 1986 roku i dopięła swego, ponieważ została pochowana na królewskim cmentarzu tuż obok swojego zmarłego 14 lat wcześniej męża.

Kolejna, czwarta sylwetka poświęcona jest Evie Peron, także dotychczas przeze mnie nieznanej kobiecie. Zatytułowana "Między sławą a chwałą", dotyczy opowieści o losach ubogiej dziewczynki z Argentyny, która zajaśniała jako gwiazdeczka argentyńskiej telewizji, aż doszła do sukcesu jakim był ślub z najznamienitszym generałem. Sława i bogactwo nie zawróciły jej jednak w głowie, wręcz przeciwnie, zajęła się sprawami charytatywnymi i pomocą dla osób potrzebujących, takich z jakimi przez całe życie się utożsamiała. Eva Peron zwana była przez prasę kobiecym odpowiednikiem Robin Hooda. gardziła politykami a losy ubogich nie były jej obce. Tak wielka duchem kobieta, niestety nie cieszyła się dobrym zdrowiem. Zapadła na chorobę, prawdopodobnie nowotworową i zmarła skończywszy 33 lata. Jej ostatnimi słowami na łożu śmierci było skierowane do męża zdanie: "Nie opuszczaj ludzi biednych, tylko oni potrafią być wierni". Po śmierci jej kult zyskał ogromną skalę, zwana przez Argentyńczyków "Santa Evita" po śmierci została zabalsamowana i wystawiona na widok publiczny. Zwolennicy jej idei chcieli by ją kanonizowano. Dopiero kilkanaście lat po śmierci spoczęła w grobowcu, na którym do dziś każdego dnia przynoszone są świeże kwiaty.

Zbliżając się do końca Cristina Morato przybliża sylwetkę milionerki Barbary Hutton. Odziedziczyła ogromną fortunę już w wieku 14 lat. Uważana była za dziewczynkę urodzoną w złotej klatce. Już w dzieciństwie doświadczyła tragedii, gdy znalazła ciało matki w pokoju hotelowym mając zaledwie 4 lata. Wokół tego zdarzenia narosło wiele spekulacji. Wyrosłą na ekscentryczną dziewczynę. Jej życie było bardzo burzliwe. Wychodziła siedmiokrotnie za mąż a wśród jej małżonków znajdowali się książęta, hrabia, playboy, tenisista czy gwiazdor filmowy. Była kobietą kochliwą o wielkim sercu, które nie tylko mieściło liczne romanse, lecz także uczucia współczucia i troski o biednych i pokrzywdzonych. Mężczyźni wielokrotnie ją zdradzali, ranili, opuszczali. Mimo tego, ona nigdy nie traciła ducha walki o prawdziwą miłość. W wieku 66 lat zmarła w szpitalu na atak serca.

Przedostania już historia należy do Audrey Hepburn. Wielka aktorka, która miała talent, aczkolwiek bardziej kreowały ją na gwiazdę media. Przez publiczność byłą bardzo idealizowana, sama jednak wewnątrz była bardzo zakompleksioną dziewczyną. Nie uważała się za urodziwą kobietę, otwardzie mówiła o swojej przeciętności i dziwnym przypadku, który sprawił, że zyskała sławę. Była skromną dziewczyną i nigdy nie doceniała swoich zasług. Jej życie okupowane było ciężką pracą i wyrzeczeniami. Dwa jej związku małżeńskie też nie należały do udanych. Pod koniec swojego życia mocno zaangażowała się w działalność charytatywną. Wyjeżdżała do Afryki, by opiekować się tamtejszymi dziećmi. Sama jednak wielokrotnie poraniała ciąże, lecz doczekała się potomstwa. Audrey Hepburn zmarła w 1993 roku, w wieku sześćdziesięciu trzech lat z przeświadczeniem, że na ziemi zostawia wygłodzone somalijskie dzieci. Jej syn Sean postanowił kontynuować działalność matki i założył fundację jej imienia, która działa na rzecz dzieci w Afryce.

Ostatnia już opowieść należy do życia Jacqueline Kennedy, a zatytułowana jest "Kobieta zraniona". Na zawsze w pamięci wszystkich pozostanie fotografia Jackie jako trzydziestoczteroletniej wdowy, która trzyma na kolanach martwe ciało zastrzelonego męża. Przez cały związek uważana była za kobietę o wielu twarzach. Młoda i fotogeniczna, choć nigdy nie dała poznać prawdziwego oblicza. Opinie o jej osobowości były podzielone, jedni uważali ją za płytką, inni za bardzo inteligentną kobietą. Ona sama pozostać pragnęła w cieniu reflektorów. Po śmierci  Johna F. Kennedyego, postanowiła zerwać ze stereotypem sławnej wdowy i pięć lat po pochówku prezydenta wyszła ponownie za mąż za bogatego magnata. Niezbyt długo przetrwało to małżeństwo, gdyż po raz drugi została wdową. Jednak dopiero wtedy wyznała, że stała się szczęśliwą kobietą, rozkwitła i wreszcie zaczęła żyć sama dla siebie, nie pozostając w czyimś cieniu. Do śmierci pracowała w wydawnictwie i robiła to co najbardziej chciała, pracowała nad wydaniem książek dla dzieci i opiekowała się własnymi wnukami.

Wszystkie sylwetki kobiet w książce "Kobiety niepokorne" są świetnie rozpisane. Prócz tego, że wiele z tych historii było mi znanych i osłuchanych, to w każdej z nich znalazłam pewne świeżynki, które sprawiły, że pozycję czytało się zadziwiająco szybko i lekko.
Dawniej nie przepadałam za biografiami, a teraz? Takie jak te to świetna rozrywka. Przyniosła mi wiele refleksji: każda kobieta bywa w życiu nieszczęśliwa i samotna, bez względu na to gdzie się urodziła, jak była wychowana i co ostatecznie osiągnęła.

 Cristina Morato - ur. 1961 roku w Barcelonie, dziennikarka, reporterka, uwielbia podróże, które stają się inspiracją dla prac badawczych, zajmuje się tematami z pogranicza antropologii i feminizmu.




Moja ocena: 8/10
Średnia ocena z lubimyczytac.pl: 7/10

Średnia ocena z goodreads.com: 3,8/5









  • Po przeczytaniu książki zyskałam  2,5 cm do akcji "Przeczytam tyle, ile mam wzrostu"
Pozostało mi jeszcze: 164 cm