13 lutego 2016

Jak zostałam wegetarianką i jak byłam nią przez 13 lat.


Opowiem Wam trochę o moim wegetarianizmie w latach 90tych, o smutkach i radościach, o tym, że wcale łatwo nie było.
Opowiem Wam o tym dlatego (że mi się nudzi), że mój post "Wegetariańskie gołąbki" jest najpopularniejszym postem wszystkich lat prowadzenia mojego bloga.

W roku 1993 miałam całe 4 lata. Wychowana od zawsze na wsi, w dużym domu z dużą rodziną. Dziadkowie mieli kury, kaczki, a wszelkie zwierzęta towarzyszyły mi w chwilach gdy byłam jeszcze jedynaczką, a sąsiedzi z potomstwem jeszcze nie wprowadzili się obok.

Ja i biała kura Dosia - duet niezawodny. Wszędzie razem: na huśtawce, na pikniku w ogródku, gdy grałam w piłkę Dosia "stała na bramce", a gdy Dośka rano znosiła jajko ja już o 5tej rano chodziłam jej dotrzymywać towarzystwa i  głaskałam po skrzydełkach. Często gdy rodzice nie wiedzieli zamykałam ją w korytarzu, by pomieszkała sobie w domu i zobaczyła jak to fajnie jest mieć dywan pod łapkami. Fajnie może było, ale mniej fajnie gdy mama dawała mi karę na wychodzenie z domu a sama brała miskę, szczotkę i prała dywan po Dośce.

Moje życie zmieniło się gdy pewnego dnia usłyszałam niepokojący wrzask, wiedziałam, że to Dośka. Gdy zdążyłam dobiec za ogrodzenie, gdzie Dosia w warzywniaku kopała sobie robaczki zobaczyłam dramatyczny widok. Wszędzie pełno białych piór, oddalający się wielki czarny pies i konająca Dośka, która w cierpieniach zniosła jajko.

To zdarzenie przeważyło na tym, że zostałam wegetarianką, nieświadoma jeszcze, że tak się to nazywa. 
Przestałam jeść mięso i wszelkie produkty na jego bazie. 
Przestałam jeść jajka, bo kojarzyły mi się tylko z umierającą kurą.

W wieku 5 lat zostałam wegetarianką i żadne siły nie były w stanie namówić mnie, żebym zjadła cokolwiek, co pochodzi od zwierząt.

Rodzice zaakceptowali moje poglądy i to, że każde zwierzę to dla mnie świętość. 
Sami jedli mięso, ale nigdy mnie do tego nie zmuszali. Mama zabrała mnie do lekarza, który po wykonaniu wszelkich badań stwierdził, że mój organizm nie domaga się mięsa i nie potrzebuję go jeść.


Mama była najukochańszą mamą świata (nadal nią jesteś :*). Gotowała zawsze osobno dla mnie posiłki. Jeśli robiła zupę pieczarkową, to moją gotowała wyłącznie na warzywach w osobnym garnku. Jeśli gotowała fasolkę po bretońsku, to w mojej nigdy nie znalazło się ani trochę mięsa.

W wieku 7 lat zaczęłam jeść jajka. Nie wiązało się to z niczym spektakularnym w moim życiu. Nawet nie pamiętam jak to się stało, że zaczęłam je jeść. Po prostu chyba sama, któregoś dnia zjadłam nie pytając o zdanie nikogo. Mamie więc było już łatwiej.

Wszyscy wkoło pytali się więc mojej mamy co jem. Na szkolnych stołówkach przeżywano ze mną horror. Kotlety pakowano mi w serwetkę, żebym wzięła do domu. Ja terroryzowałam kucharki, że nie będę nosić martwych zwierząt w plecaku.

Nigdy nie jadłam rosołu, a mając 9 lat pojechałam z rodzicami na komunię kuzyna. Stół dla dzieci był w osobnym pokoju i jedna z ciotek kuzyna chciała mi nalać rosół. Na moje "nie jem rosołu" zaczęła mnie naciskać "zjedz trochę, jak to nie jesz rosołu? kto to widział?". Wytłumaczyłam jej, że jestem wegetarianką i nie jem mięsa. Ona więc swoje, że nie ma mięsa, że to sama woda i kluski. Nie umiałam argumentować tego mocniej. Gdy wlała mi na talerz chochlę z wrednym "jedz i nie wybrzydzaj", po prostu się rozszlochałam. Rodzice zawieźli mnie do domu - wredne babsko na odchodnym powiedziało, że zepsułam święty dzień kuzynowi. Nikt nie pomyślał o tym, że to ona zepsuła mój dzień.

Nigdy więcej nie doświadczyłam aż tak strasznych przykrości. Nikt nie namawiał mnie bym na siłę coś jadła. Gdy jeździłam na wakacje do babci czy cioć, one również gotowały dla mnie, lub po prostu jadłam coś bez mięsa.

Nigdy nie jadłam w dzieciństwie prawdziwego hamburgera i hot doga. Jeśli rodzice zabierali nas do jakiejś burgerowni, to mojego steka dostawał tata a ja samą bułkę z warzywami.

Często czułam się jak dziwak. Jednak czerpałam też z tego dziwactwa satysfakcję. Dziś ktoś kto jest wege nie wzbudza sensacji. Ale w latach 90tych nie było to proste. Doszło nawet do tego, że koleżanki mojej babci z kółka różańcowego orzekły, że pewnie należę do jakiejś sekty. Musicie wiedzieć też, że nie było nawet produktów zamienników mięsa, dopiero gdzieś pod koniec lat 90tych zaczęto sprzedawać kotlety sojowe. A gdy ciocia przywiozła mi z Ameryki sojowe parówki i sojowe flaczki w słoiku to podchodziłam do tego jak do jeża, bo nie mogłam uwierzyć, że nia ma  nich mięsa i ostatecznie wylądowały w koszu, bo po prostu nie dowierzałam, że to nie prawdziwa parówka :D

Moi rodzice i ja musieliśmy więc odpowiadać na setki pytań. Z czego główne brzmiało: "Co jesz jeśli nie jesz mięsa?" 

Co je mała wegeterianka na śniadanie i kolację? (żyjąca w latach 90tych) :D

- kanapki z masłem i warzywami: pomidorem, ogórkiem, rzodkiewką
- pasty jajeczne
- surówki/sałatki na bazie warzyw: pomidory ze śmietaną, mizeria, sałatka grecka itd.
- pasztety warzywne (z selera, z pieczarek)
- jajecznicę
- duszoną cebulę

nie jadłam wtedy ani żadnych płatków, ani owsianek, bo zwyczajnie ich nie lubiłam.
Nie jadłam sojowej wędliny czy parówek, bo ich wtedy nie było w sklepach.

Co jadłam na obiad będąc wege? 

- do drugiego dania jako zamiennik mięsa jadłam: jajko sadzone, kotlety sojowe, smażony ser po czesku, kotlety jajeczne
- do ziemniaków i kasz jadłam wszelkiego rodzaju sosy: pieczarkowy/grzybowy, cebulowy, serowy, chrzanowy z jajkiem
- kopytka, pyzy, gołąbki z grzybami, pierogi z samą kapustą lub z kapustą i grzybami, pierogi ruskie, placki po węgiersku, placki z cukinii
- leczo z warzyw (które było moim ulubionym daniem w dzieciństwie)
- spaghetti z samym sosem pomidorowym
- naleśniki z jabłkami, dżemem, twarogiem

Całe moje życie wiązało się z pewnymi utrudnieniami: cały czas sprawdzałam, czy ktoś przypadkowo nie wrzucił mi mięsa do posiłku: łowiłam łyżką zupę z garczka u babci by sprawdzić, czy na pewno nie gotowała na mięsie, podglądałam mamę w kuchni czy na pewno gotuje mi osobno.
Było mi trudno gdy jeździłam na kolonie i obozy, bo musiałam brać ze sobą więcej pieniędzy niż inni na wypadek gdybym na stołówce nie mogła zjeść samych ziemniaków i surówki, gdyby okazało się, że są pierogi z mięsem itd.

Nie byłam najśmielszym dzieckiem świata, ale musiałam przełamywać wstyd podchodząc do okienka, by kaszę podano mi gołą, a nie z gulaszem. To ukształtowało mój charakter i przyczyniło się do samodzielności.



Czy nigdy nie próbowałaś jeść mięsa? 

Miałam może 8-9 lat gdy mama zaproponowała mi, żebym zjadła parówkę. Nie powiem, nie wydawała mi się ona tak obrzydliwa jak kotlet czy gotowane/pieczone udko. Nie widziałam kości, więc postanowiłam zaryzykować. Stawka była wysoka: ja parówkę, mama mi 50 zł za jej zjedzenie.
Zjadłam :)
Wstałam od stołu i zwymiotowałam. Nie mogłam znieść tej świadomości, że właśnie zjadłam kawałek świnki czy krówki.

Koleżanka niedawno spytała się mnie co z tymi 50ma złotymi. Nie wiem. Nie pamiętam. Trauma był tak duża, że pieniądze nie miały żadnego znaczenia.

W wieku 12 lat zaczęłam jeść ryby 

W moim domu ryby jadło się takie, jakie złowił tata. Dla mnie traumatyczne były jego powroty znad rzeki. Wiedziałam, że w bagażniku są ryby, wiedziałam, że będzie je patroszył. Zazwyczaj na ryby jeździł w niedzielę, więc mama odstawiała mnie wtedy do koleżanki czy gdziekolwiek, żebym nie musiała na to patrzeć.
Gdy miałam 12 lat umarł mój dziadek, tata przejął jego obowiązki nad gospodarstwem, a połączenie pracy zawodowej, prowadzenia sadu i jeszcze prac porządkowych w domu i wokół zajmowało mu tyle czasu, że porzucił wędkarstwo.
Wtedy na naszym stole zaczęły pojawiać się filety ze sklepu. Już nie ciążyło nade mną widmo łusek, ości i pływających w wannie ryb. Któregoś dnia się przekonałam, zjadłam i o dziwo... przeżyłam.
Potem był tuńczyk w puszce, śledzie i makrele.

Nigdy natomiast nie zjadłabym pstrąga z grilla, ryby złowionej przez kogoś, sardynki, wędzonej makreli w postaci ryby uprzednio uwieszonej na hak, 

W wieku 15 lat spróbowałam grillowanego kurczaka

Upalne lato i grill nad jeziorem. Miałam szalone 15 lat i choć były to wakacje z rodzicami to z ciotecznym rodzeństwem po kryjomu raczyliśmy się jakimś piwem :P W głowie trochę szumiało gdy kuzynka rzuciła wyzwanie: "jak zjesz udko z kurczaka, które piecze się na grillu to będziesz mogła powiedzieć ratownikowi, że jestem w nim zakochana". Nie mogłam sobie podarować takiej okazji. Wzięłam szczyptę (naprawdę maleńką) mięsa i po prostu połknęłam, a potem zagryzłam je kajzerką i popiłam Colą, żeby nie czuć smaku.
Nie mogę tego nazwać zjedzeniem, po prostu świadomie połknęłam, nie dotykając mięsa zębami. Biłam się potem z myślami, ale nie odcisnęło to żadnych traumatycznych i bolesnych wspomnień

Przez serce do żołądka 

Po 18stce gdy już kilka lat byłam w związku z P. poszłam do ginekologa a ten po wywiadzie oświadczył mi, że jeśli nie chcę urodzić dziecka z trzema głowami to muszę zacząć jeść mięso. Nie wiem do dziś dlaczego tak mnie głupio nastraszył i co ma wspólnego jedno z drugim, bo wiem że niewiele. Ale zaczęłam powoli przełamywać swoją niechęć do mięsa.

Duży udział miał w tym mój narzeczony, któremu zależało na tym, bym zaczęła żyć nie tylko dla siebie, ale też z tą perspektywą, że kiedyś będziemy mieć dzieci.
Moja decyzja była wynikiem miłości :) Podobnie jak ta o przejściu na wegetarianizm.
Zjadłam kotleta z piersi, kebab, placki z gulaszem po węgiersku, hamburgera w McDonaldzie.

Nie umarłam, nadal kocham zwierzęta i wiem, że nie przestałam ich kochać tylko dlatego, że postanowiłam jeść mięso. 

Nadal nie wchodzę do mięsnego, bo nie cierpię tego widoku i nie znoszę tego zapachu

Czy stałam się mięsożercą? 

Nie i nigdy podejrzewam nim nie będę. 
Jem od czasu do czasu mięso, co zdarza się około 2-3 razy w tygodniu włączając już w to wędlinę na kanapki.

Jem ryż z piersią kurczaka i warzywami raz w tygodniu i w niedzielę grillowany filet z kurczaka.
Raz w tygodniu jem wędlinę na kanapki.
Zdarza się, że czasem zjem udko pieczone, schab czy wołowinę w sosie lub kotleta mielonego.
W wakacje od czasu do czasu zjem kiełbasę z grilla, wyskoczę ze znajomymi na kebab czy pizzę w której będzie bekon lub salami.

Nigdy nie zjem natomiast pasztetowej, kaszanki, wątróbki, żołądków, karkówki, pieczonego i jakiegokolwiek boczku, skwarków ze słoniny, koniny, baraniny.
Nie zjem galarety czy to z kurczaka czy nóżek.
Nie zjem zupy gotowanej na kościach.
Nie zjem żeberek.

Nie przepadam za pierogami z mięsem, nie jem nadal zup na mięsie: rosołu czy krupniku.
Nigdy nie zjadłabym żadnej potrawy jeśli nie byłabym pewna jakie mięso w sobie zawiera.

Nie jestem smakowym fanem mięsa i jem by dostarczyć różnorodnych składników odżywczych mojemu organizmowi.
Jeśli dziś nagle mięso przestałoby istnieć nie byłoby mi przykro z tego powodu nawet na moment.

Coraz częściej chodzi za mną myśl, by znów przestać jeść mięso.
Czasem jednak ta obawa zasiana przez lekarza gdzieś kłębi się w mojej głowie.

Mentalnie wciąż jestem wegetarianką. 






86 komentarzy:

  1. Bardzo ciekawie napisane, dobrze, że gdybyś teraz znów chciała wrócić do tej diety, miałabyś większy wybór tego, co mogłoby dostarczyć Ci odpowiednią ilość białka w zastępstwie mięsa:) A mówiąc o białku, to dużo go znajdziesz a warzywach strączkowych, fasoli, ciecierzycy itp.:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie, teraz poradziłabym sobie również dlatego, że już sama umiem gotować i nie muszę oglądać się na innych.
      Dziękuję za poradę :)

      Usuń
  2. ,,Rodzice zaakceptowali moje poglądy i to, że każde zwierzę to dla mnie świętość.
    Sami jedli mięso, ale nigdy mnie do tego nie zmuszali. Mama zabrała mnie do lekarza, który po wykonaniu wszelkich badań stwierdził, że mój organizm nie domaga się mięsa i nie potrzebuję go jeść."
    Cholernie Ci zazdroszczę. Mój organizm bardzo rzadko domaga się mięsa. Ale co z tego, skoro nie mogę go jeść? Wszystko przez zasrane leki. Lubię mięso z kurczaka i indyka, a z ryb nie pogardzę żadną (oprócz wędzonej makreli). Szkoda tylko, ze moja jakże kochana rodzinka nie potrafi tego zaakceptować. Wraz z końcem tego roku miną 3 lata odkąd jestem semiwegetarianką, a mięśnie zwierząt jem nieczęsto. Może nie tylko nieczęsto, co mało. Zdarza mi się zjeść zupy, ale tylko na drobiu. A dlaczego mam przesrane? Kolejnym powodem jest wmuszanie mi wieprzowiny. Już małe dziecko czuło smród tego surowego mięsa i jego widok. Obrzydlistwo, bo inaczej stwierdzić nie mogę. Kiedy byłam w podstawówce, mieliśmy króliki. Chodziłam do nich, dawałam marchewki, buraki, mówiłam do nich, ale i tak nie były oswojone. Kochałam je. Pewnego dnia przed drzwiami domu zobaczyłam pełno futerka i odcięte uszy. To był dopiero szok. Okazało się, ze mój jakże kochany ojciec zrobił pasztet. O ile dobrze pamiętam, zjadłam go tylko raz w życiu. Czy świadomie? Nie pamiętam do końca.
    ,,Nikt nie pomyślał o tym, że to ona zepsuła mój dzień." Mi psują życie...
    Hot-dog'i są obrzydliwego i zaczepiscie niesmacznie, a hamburgery całkiem lubiłam. Nie wiedziałam wtedy jakie to gów.no.
    Naleśniki kochałam i mój rekord z dzieciństwo wyniósł 5. Tak samo pierogi - najlepsze były z serem, a kiedyś zjadłam ich naprawdę dużo. Może kilkanaście? Domowych, które były spore! Parówki... Kochałam te z Constar, choć do tej pory nie wiem ile miały mięsa. Teraz bardzo rzadko jem je. Ryby natomiast uwielbiam. Oprócz wspomnianej wcześniej wędzonej makreli, z której to zrobiłam pastę kiedyś, a potem było mi niedobrze.
    To dziwne, ale zapach sklepu mięsnego mi ani trochę nie przeszkadza. Widok już gorzej... Może to przez miłe wspomnienia z wakacji na śląsku, kiedy jako kilkulatko chodziłam z ciotką na zakupy codziennie rano?
    ,,Nigdy nie zjadłabym żadnej potrawy jeśli nie byłabym pewna jakie mięso w sobie zawiera." Wcześniej wspomniana ciotka, kiedy byłam u niej na wakacjach w zeszłym roku, na moje retoryczne pytanie w stylu ,,Ciocia, nie mów mi jeśli to nie jest mięso z kaczki", odpowiedziała, że nie jest. Przełknęłam tylko ostatni kawałek i więcej do ust nie wzięłam, zostając w koszmarnym posmakiem w ustach (i prawdopodobnie mdłościami później).
    Mogłabym napisać więcej, ale już nie pamiętam, co chciałam.
    PS. Zmiana adresu: kwintesencja-smaku.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Poniekąd Cię rozumiem i szkoda, że tak to właśnie wygląda. Głupio mi za tych wszystkich ludzi, którzy potrafią jeść swoich przyjaciół.
      Czy Twoje ograniczenia żywieniowe dotyczą tylko mięsa?

      Co do parówek z Constaru to powiem Ci, że ich nie znoszę, tak dziwnie puchną w wodzie... A na studiach mieszkałam z koleżanką, która w wakacje pracowała w Constarze. Na boku w magazynie leżały niedobrze oczyszczone skóry, gdy zapytała czy zabierają to do utylizacji to inni pracownicy ze zapytaniem w oczach odpowiedzieli "No coś, Ty. To na parówki"

      Usuń
    2. Unikam tego co wegetarianie, nie wliczając w to drobiu i ryb. Koszenila, podpuszczka itp. nie dla mnie.

      Usuń
    3. widzę w tym podobieństwo do siebie :)

      Usuń
  3. Ciekawe miałaś życie pod kątem bycia wege ;)
    Ja w dzieciństwie nie miałam takich przeżyć, ale intuicyjnie wiedziałam, że mięso jest złe, że to przecież martwe zwierzęta itp, więc jadłam może 1 kotleta na miesiąc (i ze 4 razy w roku gołąbki, bo je akurat lubiłam), ale lubiłam ryby.

    Jak zrezygnowałam z mięsa zupełnie, to najpierw zrobiłam to bardziej pod kątem zdrowia - naczytałam się za dużo, jakie to mięso jest niezdrowe, a że smakowo mnie do niego nie ciągnęło, nie miałam z tym problemu. A teraz to już bardziej nie jem go przez szacunek do zwierząt, bo mam świadomość, że nawet jak bym raz na jakiś czas zjadła coś mięsnego to bym nie umarła :)
    Nie wiem na jakiej podstawie Twój lekarz uważa i nie wiem co ma wspólnego urodzenie dziecka z 3 głowami z niejedzeniem mięsa - ja raczej zmieniłabym lekarza :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też wszstko robiłam intuicyjnie, wtedy gdy byłam wege nie było takiej wiedzy, nie czytało się etykiet, więc nawet może nieświadomie czasem zjadłam coś z żelatyną na przykład, choć wiedziałam, że mam wystrzegać się galaretek.
      Zmieniłam już lekarza :) ale jakiś tam niepokój we mnie zasiał :)

      Usuń
  4. Wegetarianka z przypadku i z miłości do zwierząt można powiedzieć :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. tak :) trochę jak niewidoma w działaniu i dążeniu do celu :)

      Usuń
  5. Przeczytałam post od początku do końca:]Wiem jak to jest kiedy inni nie rozumieją dlaczego ktoś nie je mięsa czy innych rzeczy.Nie rozumieją, że każdy może mieć na ten temat określony pogląd, którego nie da się zmienić od tak.Najważniejsze,że znalazłaś dietę która nie koliduje z Twoimi poglądami:]
    Pozdrawiam Gwiazdeczka*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja akurat miałam to szczęście, że moi bliscy to doskonale rozumieli, choć sami nigdy od mięsa nie stronili. Jestem im za to wdzięczna :)
      Moja dieta zawsze ze mną koliduje, ale ten typ tak ma. Ciągle szukam smaku w życiu..

      Usuń
  6. Przeczytałam od deski do deski. U mnie jest ze skrajności w skrajność. Jako dziecko jadłam sporo mięsa. U mnie w domu jak mama akurat nie była w pracy i robiła obiad to standardowo był schabowy lub kurczak z piekarnika. Zwykle jednak stołowałam się na mieście w różnych restauracjach i knajpkach i wtedy też często zmawiałam zwykle dania z drobiem, makaron z kurczakiem i tego rodzaju rzeczy. Jak kanapka to tylko z szynką, gdzie tam jakiś twarożek. Obecnie nie zjem innego mięsa niż kurczak. Schabowy? Karkówka? Nie tknę nawet widelcem. Wędlinę jadam, bo rodzice proszą to wtedy jestem w stanie zjeść, ale tylko z kurczaka lub indyka i grubości kartki papieru. Chciałabym totalnie zrezygnować z mięsa po pierwsze z powodu mojej miłości ogromnej do zwierząt, a po drugie, bo najnormalniej w świecie nie jestem jego fanką. Niestety jednak z tych powodów co Ty jem je od czasu do czasu. Człowiek jednak potrzebuje mięsa i dla zdrowia się przemagam. Jednak jak mówiłam tylko drób. :-) Rybką też nie pogardzę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Całkowita rezygnacja z mięsa jest także kłopotliwa. Właśnie z powodu rodziny, nie tej bliskiej bo oni są jeszcze w stanie zrozumieć, ale już ciotka, którą odwiedza się w święta niekoniecznie. Jeśli w pracy na szkoleniu i służbowych wyjazdach dostajesz danie z mięsem, to też nieładnie wybrzydzać.
      W zasadzie to taka optymalna właściwa opcja, nie przejadać się mięsem, a od czasu do czasu je spożywać

      Usuń
  7. ech... Kocham mięso, choć jem je bardzo rzadko... Chciałam z miłości do zwierząt nie raz zrezygnować , chciałam zostać wege, ale rodzice nigdy do tego nie dopuścili. A byłam zawsze zbyt grzeczna by walczyć :) Teraz z powodu zdrowotnych i niedokrwistość lekką nie mogę z niego zrezygnować, ale się cieszę, bo bym wtedy zbzikowała do końca i innym życie utrudniła, a ja bywam ciężka. Ekstra post, przeczytałam każde zdanie, ale się wciągnęłam :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Są różne typy ludzi i jeśli mięsko lubisz i Ci smakuje to nie ma potrzeby się katować i zaśliniać gdy inni jedzą pieczoną karkówkę a Ty samą rukolę i kartofle:)
      Ja od zawsze byłam nieco histeryczna i jeśli ktoś się ze mną nie gadzał to dotąd wojowałam, aż mi ustępowano (nadal tak mam) i moja walka nie jest okupowana silnym charakterem, a raczej wynika z bezsilności

      Usuń
    2. wow... myślałam, że jesteś taka twarda... ale w sumie tu każdy ma mnie za klauna i za niezwykle towarzyską, kiedy ja często zamulam, jestem poważna i wycofana, może nie tak jakbym miała kij od szczotki w ekhem... ale jednak coś w tym jest :) Jak jestem bezsilna po prostu płaczę :)

      Hahaha kartofle z rukolą? To musi być pyszne :* :)

      Usuń
    3. Myślę, że w realu jesteśmy do siebie podobne. Mówiłam CI już, że ja też jestem okropną sztywniarą :)

      Usuń
    4. hahaha no to jakbyśmy się dobrały to wiałoby od Nas chłodem :D

      Usuń
    5. jak jakiś zespół... ludowy :D

      Usuń

    6. "Miała baba koguta..." :D

      Usuń
  8. Świetny post, aż przyjemnie się go czytało. U mnie niestety w rodzinie podstawą każdego obiadu było mięso i z góry to zaakceptowałam. Teraz kiedy sama ustalam co jem, jak jem i kiedy jem, zrezygnowałam z mięsa, ale nie całkowicie. Stara mi się zjeść je np. podczas specjalnych okazji. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Podoba mi się Twoje podejście, jest dość racjonalne :) Od czasu do czasu mięso pojawia się w menu ale nie stanowi podstawy żywienia

      Usuń
  9. Ja niestety nie mogę zrozumieć tego, że ktoś mówi ''kocham zwierzęta'', a je mięso, nawet sporadycznie. Jak się je kocha to nie powinno się je jeść i tyle. Ciągle wypominam to moim rodzicom czy siostrze, którzy tylko zachwycają się kotka, pieskami czy innymi zwierzętami domowymi, a o świnie czy krowie już nie pomyślą. A świnia, kurczak czy krowa to na drzewie rośnie? Nie. To samo z rybami. Jak można uważać się za wege jedząc ryby? Znam dużo takich osób, które mają się za rzekomo wielkich wegetarian, a ciągle wpitalają tuńczyka czy makrelę. Boli mnie też to, jak ktoś się bardzo oburza, że w Chinach to się je psy, a w Wietnamie świnki morskie, natomiast gdy ja pytam, czy nie burzysz się, że jesz świnię czy krowę, to słyszę, że tych to mi nie szkoda...
    Ja jako małe dziecko mięso miałam wmuszane i przy każdym obiedzie słyszałam słynne ''zostaw ziemniaki i zjedz mięso!'' i to niestety nadal się utrzymuje w polskich domach - smutne.
    A lekarza radzę nie słuchać, bo widać, że koleś po naukach starej daty. Polecam zerknąć na nową piramidę żywienia i zobaczyć co jest najlepszego dla nas ludzi :) Wege górą!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szanuję Twoje zdanie ale nie się z nim nie zgodzę... można jeść mięso i kochać zwierzęta... To że ktoś nie chce lub nie moze z niego zrezygnować nie oznacza, ze zwierząt nie kocha.
      W tych wszystkich organizacjach walczących o prawa zwierząt, chroniących zagrożone gatunki, w schroniskach, organizacjach, które ratują maltretowane zwierzeta nie wszyscy są wegetarianami i weganami... malo tego - moze być tak, że w niektórych (poszczególne jednostki) w ogóle takich osób nie ma. A przecież Ci ludzie robią to właśnie z miłości do zwierząt, tego że zalezy im na ich dobru... Można spożywać mięso a być wrażliwym na cierpienie zwierząt.

      Drugi przykład - zwykli ludzie na co dzień... dużo z nich spożywa mięso, ma swoje zwierzęta i dba o nie, pielęgnuje, dogląda aby niczego im nie zabrakło, nie chorowały, były szczęśliwe i te zwierzeta takie są bo widać to po nich.

      Inni mogą w ogóle nie mieć swoich zwierząt ale wspierać różne organizacje, pomagać w schroniskach, interweniować jeśli widzą, że sąsiad znęca się nad psem itp.

      Mój tato został wychowany na mięsie i je mięso - na wsi trzyma gołębie, psy a wcześniej i kury.... Codziennie jeździ na wieś nakarmić, napoić zwierzęta... Gołębie wypuszcza by polatały, pieski czesze, bawi się z nimi (chociaż nie jest już najmłodszy). Widać to, że zalezy im na nich, kocha je a w pieskach to jest zakochany :) ). I co to, ze je mięso oznacza, ze nie kocha zwierząt??? Moim zdaniem nie... Kilka lat temu kupił od znajomego ze wsi starą suczkę bo zobaczył jaka jest wychudzona a jeszcze wcześniej królika bo facet trzymał go w ciemnej szopie (to była samiczka, potem do końca zycia miała traumę, była wystraszona i taka zdziczała), innego ostro zjechał za to, że ma wychudzonego psa (potem facet zaczął lepiej o niego dbać). A kupę lat temu przygarną suczkę, którą znalazł w rowie.
      Takich przykładów można wymieniać i wymieniać.

      Usuń
    2. Proszę nie obraź się za to co napisałam - w żaden sposób Ciebie nie szykanuję bo masz prawo do własnego zdania i poglądów. Po prostu nie mogę się z Tobą zgodzić i nie lubię jak ktoś ocenia innych po tym co je itp. lub mówi "Jesz mięso, więc nienawidzisz zwierząt".
      I jeszcze ostatnie zdanie "Wege górą" jakby wegetarianie byli lepszymi ludźmi od innych...
      Nie można szufladkować ludzi i oceniać ich na podstawie tego, czy jedzą miesą czy też nie. To niesprawiedliwe i trochę jak kierowanie się stereotypami - człowieka trzeba poznać, o jego wartości decyduje to jaką jest osobą, co ze sobą niesie.
      Twoje podejście kojarzy mi się z tą nienawiścią i jadem, którym strzelają na wszystkie boki niektórzy weganie w stosunku do osób, które to mieso jedzą.
      Nawet wegetarianin może być złym i zepsutym do szpiku kości człowiekiem. To my sami swoim zachowaniem, tym co ze sobą niesiemy decydujemy jakimi ludźmi jesteśmy. Moi rodzice nie rozumieją mojego wegetarianizmu ale nie robią mi awantur, że nie jem miesa (chociaż czasem zachęcają bym je zjadła).

      Można nie jeść mięsa, można nie jeść nawet produktów pochodzenia zwierzęcego, uważać się za wegetarianina, weganina a na cierpienie zwierząt być obojętnym, mieć to gdzieś... Nie obraź się Natalio ale Twoje podejście jest niesprawiedliwe i troche szufladkujące ludzi. Zwierząt nie kochają Ci, którzy je zabijają świadomie, strzelają do nich dla zabawy, frajdy, futerka... Ci którzy je głodzą, wyrzucają do lasu, przywiązują do drzew, wieszają na nich bo piesek się znudził, Ci którzy topią koty a nawet małe szczeniaczki w rzece (kiedyś mój dziadek wyłowił z rzeki worek z małymi pieskami), Ci którzy wyrzucają kota z drugiego piętra, piorą psa w pralce bo za głośno szczeka... tutaj można mówić o braku miłości do zwierząt.

      Ja nie mam zamiaru szykanować, oczerniać i osadzać moją rodzinę o nienawiść do zwierząt tylko dlatego, że jedzą mięso. Nie mam zamiaru nikogo o to osądzać to wolny wybór. Równie dobrze jakiś wegetarianin mógłby "czepiać się" Ciebie o to, że mówisz, że jesteś wegetarianką a jesz wędliny i parówki sojowe, które przecież są na wzór tych miesnych. Nie o to chodzi prawda?;)

      A tak w ogóle to najczęściej jest tak, że Ci którzy to mieso jedzą nie myślą o tym skąd się wzięło - kupują już gotowy produkt... sami, własnymi rękoma nie zabijają a nawet tak jak wspominałam wcześniej pomagają zwierzętom.

      Jeśli Cię uraziłam to przepraszam - nie chciałam. Ale jak sama rok temu wspominałaś jesteś dopiero na początku drogi to i też więcej rzeczy zrozumiesz ;)

      Usuń
    3. Natalia może i masz trochę racji, ale jednak bardziej podzielem zdanie Ervishy, to nie jedzenie mięsa jest wyznacznikiem o miłości do nich ale dbanie i pielęgnowanie ich.
      Zobacz, ja mieszkam na wsi i czuję się od zawsze mocno związana z przyrodą. Kocham moje miejsce i to, że mieszkam wśród sadów pełnych owoców. Kocham jabłka, które pielęgnujemy z tatą, które sadzimy jako małe patyczki, które każdego roku przybierają na objętości i rosną. Kochamy naszą ziemię i dbamy by była dobrze odżywiona, by mieszkały w niej zdrowe drzewa, które rodzą pyszne owoce.
      To także miłość, nie mniejsza od tej, którą obdarza się zwierzęta. To, że drzewo nie merda ogonkiem, nie oznacza, że nie żyje. Ono odczuwa to samo co ja, Ty, czy kotek. Gdy mu nie sprzyja pogoda, robi się słabe. Zobacz jak jest z kwiatami, nie lubią dotyku człowieka, kurczą się i zamykają, bo obawiają się niebezpieczeństwa, tak samo reaguje mysz, nie podejdzie do Ciebie a jeśli udałoby Ci się pogłaskać jeża, to też się skuli.

      To przyroda: zwierzęta i rośliny, czy uważasz więc, że nie powinno się jeść roślin? Każdy kwiat płacze gdy się go zerwie, wydziela soki, które moja babcia nazywała łzami.
      Jeśli zerwiesz banana z drzewa pozostanie na odnóżce rana, która nigdy sie nie zasklepi.
      Myślałaś o tym?
      Może rośliny też cierpią tak jak zwierzęta.
      Co więc ma jeść człowiek?

      Dlaczego krowa daje mleko przez cały czas, skoro nie służy jej ono tylko dla wykarmienia potomstwa?

      Nie chcę Cię umoralniać w żaden sposób Natalio, bo wiele już ray słyszałam moralności, które wygłaszali mi inni gdy mięsa nie jadłam, byłam zamknięta. I Ciebie rozumiem.
      Nigdy nie będę nikogo namawiać do jedzenia bądź niejedzenia mięsa. To wybór każdego. Jeśli czujesz, że skrzywdziłabyś zwierzę jedząc to co pochodzi od niego, to zupełnie to rozumiem.
      Jeśli jednak mówisz, że inni nie kochają zwierząt, bo jedzą mięso, to nie respektujesz powodów dla których właśnie je jedzą.

      Usuń
    4. Klaudia również podzielam swoje zdanie - przecież rośliny również czują i to że spożywamy warzywa i owoce wcale nie oznacza, że nie kochamy przyrody.
      Według mnie trzeba być tolerancyjnym - nie wolno nikogo zmuszać i szykanować za to, że je mięso tak samo jak za to, że jego nie je. To wolny wybór człowieka i powinniśmy to zaakceptować. Jeśli mam być szczera to bardzo nie podoba mi się to jak ktoś właśnie szykanuje kogoś za to co je - nikt nie lubi jak ktoś komu zagląda w talerz ale miło jest jak ktoś szanuję dany wybór. Nie podoba mi się też podejście tych wegan od których na odległość bije nienawiść to ludzi spożywających mięso i produkty odzwierzęce. Rozumiem, że ktoś wybiera ten styl życia gdyż nie chcę przyczyniać się do cierpienia zwierząt ale to nie oznacza, że ma pałac nienawiścią do innych (nie żebym uważała, że Natalia kogoś nienawidzi). Poza tym tak jak już wspominałyśmy to, że jem ser, czy ktoś zje kotleta nie oznacza, że nie kocha zwierząt :) To to jak postępujemy świadczy o nas a nie to co mamy na talerzu :)

      PS Ja również nie chcę Cię Natalio pouczać i nie najeżdżam na Ciebie - nawet nie pomyślałam by to zrobić... tylko wyrażam swoje zdanie. Nie gniewaj się;)

      Usuń
    5. Tylko, że rośliny nie mają układu nerwowego i nie odczuwają bólu :)

      Usuń
    6. No dobrze ale tak jak człowiek odczuwa uraz na swoim ciele tak samo rośliny to odczuwają. Uszkodzenie kawałka rośliny daje reszcie sygnał, że trzeba coś z tym zrobić, zabezpieczyć się - bywa że roślina usycha tak jak ginie zranione zwierzę. Poza tym rośliny nie muszą odczuwać bólu tak jak człowiek czy zwierzę... ból daje nam sygnał, że trzeba uciekać, gdyż zbliża się niebezpieczeństwo a roślina uciekać nie musi bo przed czym? Są też zwierzęta, które dzięki pancerzowi ochronnemu nie odczuwają bólu.

      Twoje zdanie nadal wyjaśnia wyżej podjętego tematu ani tego dlaczego niby wege ludzie są lepsi od innych (bo tak zrozumiałam). Nadal twierdzę, że nie można oceniać człowieka pod tym względem co ma na talerzu bo wyjdzie na to, że większość człowieczeństwa nienawidzi zwierząt ;)To co mam na talerzu a co robię w życiu to co innego :)

      A co do układu nerwowego u roślin znalazłam cos takiego
      http://www.ekologia.pl/ciekawostki/rosliny-maja-uklad-nerwowy,12823.html :)

      Usuń
    7. Natalie komarów też nie zabijasz, nawet odruchowo jak Ciebie ugryzie? Odpowiedz szczerze... wydaje mi się, że w ciągu roku Twojego wegetarianizmu zdarzyło Ci się zabić komara (jak nie ręką to może się spryskałaś jakimś środkiem od komarów) albo rozdeptać mrówkę (chyba że patrzysz pod nogi jak chodzisz). A mole spożywcze? Jak Ci się zalęgnie to też je pielęgnujesz? A robaczek w jabłku? A wiesz, że myjąc jabłko zabijasz znajdujące się na nim bakterie? Przecież one również odczuwają ból. Wcinasz parówki, wędliny sojowe a przecież to wyroby imitujące mięso - nie ładnie. Tak się zarzekasz, że nie lubisz mięsa a produkty, które je przypominają wcinasz. Gdybym myślała Twoimi kategoriami oznaczałoby to, że nie kochasz zwierząt.
      I jeszcze jak ktoś jak Klaudia i Ervisha na spokojnie podaje Ci argumenty, że jesteś w błędzie to nie umiesz wyjaśnić skąd masz takie poglądy, tylko strzelasz jednym krótkim zdaniem, które nic nie wnosi do dyskusji.

      Nie obraź się ale zachowujesz się jakbyś była w czymś lepsza od innych. Powinnaś szanować swoich rodziców, którzy Cię wychowali, karmią, dają pieniądze na Twoje jedzenie (pomijam współpracę, które osiągnęłaś dzięki wskazówkom innych bloggerów a nawet nie podziękujesz), utrzymanie. Ty zamiast tego pyskujesz do nich, prawisz jakieś morały o wegetarianizmie i wypominasz coś czego nie powinnaś. Powinnaś ugryźć się w język za nim coś palniesz - niektórych słów nie wypada mówić i trzeba zastanowić się do kogo je mówimy. To są Twoi rodzice powinnaś być im wdzięczna za dach nad głową, opiekę a nie wypominać im głupoty i próbować przestawić na wegetarianizm. Dziewczyno opamiętaj się i nie wciskaj komuś na siłę swoim poglądów. To wolny kraj i każdy ma prawo wyboru co będzie jadł. Nie masz też prawa oczerniać i osądzać innych nie znając tej osoby. Swoich znajomych też "nawracasz" na wegetarianizm?
      Nie masz prawa mówić, że ktoś nie kocha zwierząt bo zje kotleta. Pewnie teraz się na mnie obrazisz bo jak to mówią "prawda w oczy kole". Przystopuj trochę bo zaczynasz gwiazdorzyć i robisz się coraz mniej fajna i irytująca.

      Usuń
    8. Magda ochłoń trochę :) To trochę zbyt "agresywna" wymiana zdań - szanujmy zdanie innych :)

      Usuń
    9. Każdy ma prawo przedstawić swoje poglądy, ja akurat z tego się cieszę, że potraficie bronić własnego zdania, nawet jeśli okazuje się, że nie do końca się z nim zgadzam :)

      Usuń
    10. Klaudia zgadzam i również cieszę się, że mogę poznać zdanie innych ale wypowiedź Magdy odebrałam troszkę agresywnie w stosunku do Natalii ;)Wydaje mi się, że można było to ująć nieco łagodniej ale może się myle :)

      Tak przy okazji... wiem, że to było dość dawno ale może Twoja mama albo Ty posiadasz w swoich zapiskach przepis na warzywne leczo, które tak uwielbiałaś a także pasztet z pieczarek i drugi z selera (bo to był pieczony pasztet a nie pasta?) ? ;)

      Usuń
    11. NIGDZIE nie napisałam, że wege ludzie są lepsi, więc Magdo opanuj się, bo wiem, że wyjątkowo mnie nie lubisz :) Owszem nie jestem idealna, ale weź wyluzuj okey? I ja mam współprace dzięki innym bloggerom? Ojć, ktoś tu ma ból dupy z zazdrości chyba ;) Nic do Ciebie nie mam, a Ty najwyraźniej do mnie dużo, bo nie raz miałam od Ciebie negatywne i naskakujące na mnie komentarze. I NIGDZIE nie piszę o tym, że nie szanuję moich rodziców. Kocham ich, są dla mnie najważniejsi i ZAWSZE ICH SZANUJĘ. Kocham ich nawet bo jedzą mięso, kocham ich nawet za to, że czasme mnie ranią i mówią do mnie przykre słowa. NIGDY nie czułam się lepsza od innych, a jak byś trochę poczytała mojego bloga to byś wiedziała, że mam straszny problem z samoakceptacją i zawsze jestem według siebie tą NAJBRZYDSZĄ, NAJGŁUPSZĄ I NAJSŁABSZĄ, więc nie zarzucaj mi czegoś, czego absolutnie nie robię.
      Ervisha, Klaudia, szanuję Wasze zdanie i oczywiście je rozumiem. Tylko nadal w świecie istnieje takie coś,że ''swoje kocham to nie zjem'' :/ Ale i tak chwalić osoby, które nawet próbują na kilka dni zrezygnować z mięsa. Nie dość, że chronimy zwierzęta to i naszą planetę.

      Usuń
    12. Dziewczyno a co napisałaś? "Wege górą" jakbyś była od kogoś lepsza.
      A komary pewnie zabijasz....
      Masz dzięki blogerom bo pamiętam jak im dupę w komentarzach trułaś i wypytywałaś o współpracę.
      I czego mam Ci niby zazdrościć? Kurzego rozumku i wiecznego użalania się nad sobą? Wiecznie narzekasz jaka to Ty nieszczęśliwa, jak Ci w szkole źle, dokuczają biednej Natalce, brzuszek boli bo Natalkę trzeba głaskać po główce. Jesteś w liceum a zachowujesz się jak rozwydrzony bachor.

      I niby miałaś ode mnie komentarze? Dziewczyno nie chcę mi się Twojego bloga komentować, czasem zajrzę z ciekawości ale nie komentuje - dzisiaj skomentowałam. Te anonimy to nie ja ale widzę, że nie tylko mi działasz na nerwy.

      Kurczę.. to nie jest tak, że Ciebie nie lubię ale Twoje zachowanie jest denerwujące i już nie wytrzymałam - dusiłam wszystko w sobie i wybuchłam. Zamiast myśleć tylko w złych kategoriach o sobie zacznij myśleć pozytywnie, zamiast szukać w sobie wad poszukaj zalet. Ludzie doradzają Ci, pocieszają, wspierają - podoba Ci sie to? Takie politowanie? Proszę zacznij pracować nad własną akceptacją bo tak się nie da żyć. A ja mam wrażenie, że Tobie aktualna sytuacja pasuje - to że ktoś patrzy na Ciebie z politowaniem, głaszcze po główce. No pokaż, ze jesteś babka a nie bezbronna dziewczynka, pokaż że jesteś coś warta. Już długo czekam na jakiś pozytywny wpis u Ciebie, to że zrobiłaś jakiś postęp i nic... Bez pracy nad sobą nic nie zdziałasz. Ludzie wiecznie nie będą nad Tobą skakać - musisz dorosnąć ;)

      Usuń
    13. Natalie nie zawsze tak jest - ludzie pracujący w organizacjach mimo iż jedzą mięso nie zabijają zwierzat tylko je ratują mimo iż nie są ich :)Ale faktycznie przyjęło się, że jedne zwierzęta można jeść a innych nie wypada (jak pieska czy kotka) a przecież świnka to też żywe stworzenie

      Usuń
    14. Magda wybacz, myślałam, że te Anonimy to Ty. Wcale nie trułam innym blogerom dupy, tylko raz Olgę spytałam o Fig Bary więc...Ni podoba mi się politowanie nade mną, nie podoba mi się użalanie nad sobą, ale nie masz pojęcia jak ciężko żyć z wieczną świadomością, że jesteś do kitu. Dni się dłużą, każdy jest taki sam, tak samo beznadziejny i tak samo wypełniony nienawiścią do własnej osoby.To jest cholernie trudne, a najgorsze jest to, że nie umiem sobie pomóc. Mimo, że w jakieś dni są pozytywne aspekty to po spojrzeniu w lustro myślę sobie, ''ale przecież to nie ma sensu...''. To, że napisałam ''wege górą'' to chodziło mi o wege żarełko ;)

      Usuń
    15. Uwierz kiedyś sama tak o sobie myślałam ale nie wolno użalać się nad sobą - trzeba pracować i można wiele osiągnąć. TYLKO MUSISZ PRACOWAĆ bez pracy niczego nie osiągniesz. Skoro masz tego dosć to pracuj nad tym a jak sama nie mozesz to może zapisz się do psychologa, porozmawiaj z pedagogiem szkolnym. Marnujesz sobie życie takimi błahostkami - uwierz są poważniejsze rzeczy niż szkoła. Znajdź sobie hobby, pasję.. a ja mam wrażenie, że żyjesz szkoła (bo szkoła jest najwazniejsza a to nie prawda... zdrowie, rodzina, prawdziwe życie się liczą), blogiem i recenzowaniem żarcia... Nie znam Ciebie osobiście ale może takie "zjechanie" da Ci większą motywację (niektórych to motywuje). Szkoła nie jest wyznacznikiem wszystkiego, zacznij żyć, skup się na czymś innym. Tak samo blog i nowe współprace - tak się na tym skupiasz by dostawać za darmo nowe jedzenie, że zapominasz o czymś co jest bardziej istotne. Poza tym fajnie byłoby gdybyś recenzowała wiecej produktów, które sama kupiłaś z ciekawości lub dlatego, że je lubisz.

      O jedzenie? W takim razie przepraszam i zwracam honor <3

      Usuń
    16. :)
      Dziękuję, faktycznie muszę zluzować z tą szkołą i blogiem, takie zjechanie może da mi coś do myślenia? Mam nadzieję, że po tych feriach zmienię nastawienie i stanę się NORMALNA. Staram się pracować cały czas, gadałam z pedagogiem, ale okazała się okropna i tylko bardziej mnie zdołowała. Wiesz...80% rzeczy na moim blogu kupiłam sama i na prawdę staram się wstawiać jakieś urozmaicenia. Raz ciastka, raz czekolada...staram się aby było jak najbardziej ciekawie :)

      Usuń
    17. Dziewczyny, fajnie, że sobie to wyjaśniłyście.
      Natalka każdą wadę da się zmienić, ale trzeba pracy :) Życzę Ci powodzenia i z bloga nie rezygnuj, jeśli daje Ci to satysfakcję

      Usuń
    18. Ja nie twierdzę, że jesteś nienormalna ale Twoje zachowanie jest poniekąd dziwne i "nienormalne"... nie Ty sama w sobie.
      Jeśli już prowadzisz bloga chciałabym by więcej było tam Ciebie a nie jedzenia, współprac, narzekania.
      Na prawdę wolałam jak prowadziłaś śniadaniowca bo miałam wrażenie, że było wtedy więcej Ciebie na tym blogu :) Napisz coś od siebie, z serca - coś o swojej pasji (pisałaś, że kochasz konie i jeździsz konną), może zrecenzuj jakiś film, książkę? Napisz kiedy postanowiłaś przejść na wege, jak to wyglądało, jak wygląda :) Może napisz własne przemyślenia odnośnie wegetarianizmu, jak wygląda Twoja dieta na co dzień, pomysły na pudełka śniadaniowe do szkoły. Zacznij rozwijać bloga pod tym względem bo na razie mam wrażenie, ze dla Ciebie najważniejsza jest współpraca i jak największa ilość współprac a to jest trochę denerwujące (to nie jest zazdrość. A co do pani pedagog to pomyśl o psychologu? Jeśli sama sobie nie radzisz - to nie jest wstyd, sama korzystałam z jego pomocy :)

      Usuń
  10. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  11. O swoim wege już Ci trochę pisałam, wiec nie będę się rozpisywać. W dzieciństwie przezyłaś ogromną traumę - współczuję :( Sama pamiętam jak na wsi z siostrą kurom, świnkom, krowom, bykom, kaczkom, nadawałyśmy imiona... pamiętam jak trzymałam na rękach małe prosiaczki i głaskałam jak głaszcze sie króliczka, pamiętam jak siostra łapała kury a potem je głaskałyśmy... no i jak to potem jeść? :( Niestety mój tato był takim człowiekiem, że prędzej zrobiłby w domu awanturę niż zgodził się na to by nie jeść mięsa.... A i tak swego czasu był awanturniczym człowiekiem, więc dla świętego spokoju i by ulżyć mamie jadłam chociaż wcale nie miałam ochoty tylko gulę w gardle... tutaj z góry było ustalone, że ma być jedzone mięso, ziemniaki i ogórki kiszone/w occie (taka oszczędność) dla mnie najlepszymi dniami były te kiedy mama robiła pierogi ruskie, placki ziemniaczane lub smażyła jajecznicę na obiad (czasem latem), bo te nie były z mięsa i tutaj tego mięsa nie przemycano... ale jak skończyłam 16 lat, tato trochę "ochłonął", inaczej podszedł do odżywiania, nie sknerzył tak na jedzeniu i sam zaczął mówić, że nie można wiecznie jeść mięsa (w końcu) powiedziałam dość - od razu ze swojej diety wykluczyłam mięso, zostawiłam tylko ryby (w dzieciństwie ich nie jadłam, może dopiero na początku gimnazjum i przyznaję, że mi posmakowały)ale po 2 latach ryby również poszły w odstawkę i tak już zostało...

    Moi rodzice nie rozumieli tego i nadal nie rozumieją, dla nich jestem dziwakiem... mój brat uważa, że mam zaburzenia odżywiania i dlatego nie jem mięsa.... nawet na swoim weselu nie zadbał o to bym miała co jesć. Kiedy z mamą wspomniałyśmy o tym, że nie jem miesa i by tam wspomniał o tym, powiedział "Chyba żartujesz..." i ten jego ton w głosie... W sumie musiałam zadowolić się gałką ziemniaków, 3 kluskami śląskimi, które gdyby ułożyć w rzędzie byłyby długości palca wskazującego i ciastami... dobrze że przed weselem coś zjadłam w domu bo tam pewnie padłabym z głodu ;/ (pomińmy fakt, że jedzenie w większości to były gotowce) no ale było i minęło.

    Moi rodzice uważają, że zupa na kości jest wege bo to nie mięso, ryba to ryba ale nie mięso, jak zjem raz na jakiś czas mieso to nic mi się nie stanie, nie umrę a mama potrafi strzelić "Normalni ludzie..."Cieszę się i po cześci zazdroszczę tego jakie podejscie mieli Twoi rodzice - to skarb :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Najważniejsze, że teraz żyjesz po swojemu tak jak podpowiada Ci sumienie. Moi rodzice akurat dla mnie byli wyrozumiali, czego o obcych ludziach powiedzieć nie mogę.
      Ja w większości na weselach miałam podobnie jak Ty, dlatego nigdy nie cieszyły mnie takie imprezy, bo zazwyczaj się stresowałam tym czy będę miała co jeść.
      Raz tylko będąc na weselu kuzynki dostałam inne menu niż wszyscy, to było dla mnie tak przyjemne uczucie, że sobie nie wyobrażasz. Nie liczyłam na to, a jednak ktoś o mnie pomyślał, ktoś zadbał, żebym nie musiała przechodzić traumy i mogła bawić się razem z innymi (a to, że inni porównywali mój talerz do ich potraw zupełnie mnie nie obchodziło)

      Usuń
    2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
    3. Jak tak patrze wstecz to u mnie wegetarianizm nie byłby możliwy, nawet gdybym miała wsparcie mamy (choć w to wątpię, gdyż mama uważała i uważa, że dopóki dziecko się rozwija i rośnie to potrzebuje mięsa. Tak samo sprawa ma się z ED - zanim nasłuchała się o ED od lekarzy, którzy tak na prawdę nie mieli o tym zielonego pojęcia to z pewnego forum i innych stron wiedziała więcej niż teraz. Dzięki ich "wiedzy" nie wie nic o tych zaburzeniach) to byłoby to ciężkie ze względu na tatę. On uważał, że skoro na wsi dziadek ma świnki i kury to nie musimy nic innego jeść jak wieprzowinę na różne sposoby z ziemniakami i ogórkami ;/ Na zakupy dawał grosze, więc nie było za co kupić co innego (ale tutaj nie chcę o tym pisać). Dlatego tak bardzo cieszyłam się z siostrą jak mama robiła pierogi czy placki ziemniaczane (bigos i gołąbki też były z wieprzowiną). To były też inne lata i też nie niewiele wiedziano o wegetarianizmie - nie słyszałam o ciecierzycy, soczewica może raz czy dwa obiła mi się o uszy a masło orzechowe??? Usłyszałam o nim dopiero w gimnazjum z internetu.... Na szczęście tato z czasem zmądrzał i sam zauważył, że mięso mu szkodzi i powoli mogłam sama decydować o sobie - chociaż to trwało bardzo długo.... No ale w końcu doczekałam się :) W swoim życiu mam też pewien okres o którym nie chcę pamiętać i wspominać bo to była dla mnie tortura ;/

      Jeśli chodzi o wesela to ja lubiłam na nie chodzić zeby się zabawić, potańczyć. Na szczęście na nich były dodatkowo jakieś sałatki jarzynowe itp. a jeśli jakieś ziemniaki z mięsem i surówką to tych ziemniaków i surówki było więcej niż na weselu brata... Moja mama wróciła z wesela i powiedziała, że jest głodna - na prawdę :P Tam były mikroskopijne porcje - przedszkolak je więcej. A sałatki? Jedna Caprese z najtańszą, gumową mozzarellą, starym pomidorem i olejem zamiast oliwy - nie dało się tego jeść ;/ Tak na weselu pomyślałam sobie, że to sztuka zepsuć tak prostą sałatkę (robiłam ją w domu i mojej mamie smakowała a na weselu stanęła jej w gardle ;/) Jak już właściciel domu w którym organizowano wesele tak wysoko sobie cenił od osoby to chociaż mógł się postarać z jedzeniem a nie pójść na łatwiznę (o organizacji nie wspomnę - niektórzy dostawali posiłek po niecałej godzinie od czasu kiedy wydano pierwszy talerz tego samego dania) i brat mógł zadbać o to by były dania bez mięsa... Powiedział mi tylko na odczepnego, ze coś będzie... a każde danie składało się z mięsa (bo ryba to dla mnie też mięso). No ale wróciłam nad ranem do domu, zjadłam i poszłam spać ;) Druga sprawa jest taka, że moje miasto do dziura zabita dechami, więc wege to pewnie nowosć. Nawet w jakiś knajpach jak jest karta to jedyne danie wege to pierogi ruskie (na ironię ze słoniną)

      A kiedy było to wesele kuzynki? I dostałaś wersje wege? Pamietasz moze co? ;)A może porównywali dlatego, że było smaczniejsze? ;)

      Usuń
    4. U mnie też się za dzieciaka w domu nie przelewało i też wieprzowina była raczej codziennością, filet z kurczaka był zazwyczaj tylko w niedzielę, ale mi i tak rybka, bo tego nie jadałam. Co do tego, że nie były popularne zamienniki białka w roślinach to owszem zgadzam się z Tobą. Dopóki nie pojawiły się kotlety sojowe to nie było nic. Owszem była soczewica i ciecierzyca, ale ja znałam je tylko z nazwy. Pierwszy raz zresztą zjadłam je już nie będąc wege.
      Ja uważam, że przywiązanie do mięsa niektórych ludzi jest trochę chore i też mogłabym Ci za przykład podać mojego tatę, który pomimo wysokiego cholesterolu nie potrafi zrezygnować z kiełbasy.
      Jeśli chodzi o ED to w pewnym sensie mogę Ci uścisnąć dłoń, bo ten etap też w swoim życiu zaliczyłam.

      Wesele kuzynki było w hmmm... 2004 roku, na obiad podano krem ze szparagów a na drugie opiekane ziemniaki z marchewką i groszkiem. Potem gdzieś w trakcie były kluski śląskie z gulaszem sojowym, więcej dań niestety już nie pamiętam. Ale było to wesele polsko-angielskie więc ktoś z gości również miał specjalne menu.
      Są koszmarne wesela i wiem coś o tym :) Po prostu trzeba wcześniej sprawdzić lokal, opinię itd. :)
      A co do restauracji to fakt, rzadko się zdarza by mieli coś specjalnego dla wegetarian.

      Usuń
    5. Z tym przelewaniem to swoją drogą o skąpstwo swoją drogą ;/ U nas w niedzielę była kura i tyle z nowości... nie mogłam patrzeć na mięso... kanapki były urozmaiceniem bo z serem żółtym lub latem masłem i pomidorem... no ale nie chce o tym pisać...
      Kotlety sojowe... te to pamiętam.. podobno mój brat kiedyś jadł ale nie wiem dlaczego :P
      A z tym przywiązaniem do mięsa... wydaje mi się, że to jest kwestia przyzwyczajenia. Jeśli ktoś od dziecka jadł tylko i wyłącznie mieso to być może nie wyobraża sobie, że mógłby z niego zrezygnować, że dałoby się przeżyć bez kawałka kiełbasy... lenistwo to już swoją drogą - bo można się postarać, spróbować... Mój tato dopiero jak sam na swoim organizmie odczuł, ze mięso w dużych ilościach źle na niego działa to je ograniczył ale nadal uwielbia jak to mawia "boczuś, słoninkę, skwareczki itp" Mam nadzieję i życzę Ci, ze Twój tato dla swojego zdrowia przejrzy na oczy i chociaż ograniczy mieso ♥

      Mmmm... brzmi smacznie :) Takimi daniami to bym nie pogardziła - brzmią smacznie :) Tylko czy jest pewność, ze zupa nie była na kości? ;)
      Ten lokal podobno miał dobre opinie ale mi się wydaje, że brat skusił się na wygląd - tam jest jak w pałacu... małym, ciasnym ale jak w pałacu.
      Ja to marze by zjeść w jakiejś wege knajpie a już najbardziej w Krowarzywa... ale mi nie po drodze ;/ wszędzie mam daleko a specjalnie na wege burgera nie będę jechać ponad 300 km w jedną stronę bo to głupota

      Usuń
    6. Składniki na leczo duży garnek
      1 duża cukinia
      2 cebule
      2 marchewki
      3 papryki
      2 ząbki czosnku
      3 pomidory

      Cebulę podsmażyć. Cukinie w kostkę go garczka, zalać troszkę wodą i dusic. Dodać cebulę a potem po kolei pokrojone warzywa. Na koniec pomidory sparzone i pokrojone. I doprawić już jak kto chce.
      Możesz dodać pieczarki, ale my dajemy jak mamy, a jak nie to wcale:)

      Przepis na pasztet z selera (teraz już go nie robię, bo aż kostka margaryny do niego idzie, ale mam ochotę zrobić odtłuszczoną wersję)

      1 kg selera
      1 kostka margaryny
      2 cebule
      4 jajka
      przyprawy
      3/4 szkl. bułki tartej

      Cebulę pokroić w kostkę, podsmażyć na margarynie, gdy zacznie się szklić wrzucić seler, zalać ok. szklanką wody i dodać przyprawy. Gdy woda odparuje a warzywa będą miękkie ostudzić.
      Wbić jajka, wsypać bułkę - wymeszać. Piec w keksówce przez godzinę


      Pasztet z pieczarek:
      1,5 kg pieczarek
      2 cebule
      2 kajzerki
      4 jajka
      przyprawy

      Cebulę pokroić w kostkę. Podsmażyć na niewielkiej ilości oleju. Dodać starte na tarce pieczarki - dusić do odparowania wody.
      Wystudzić, wbić jajka (możesz ubić białka, tak jest w przepisie, ale ja ostatnio nie ubijałam). Dodać namoczone i odciśniete kajzerki.
      Jakbyś miała zbyt rzadką masę możesz wsypać troszkę bułki, otrębów albo kaszy manny. Jednak i tak powinno się ściąć.
      Ja robiłam go w tamtym tygodniu i do pieczarek dodałam jeszcze startą na tarce marchewkę. Smakowało wszystkim, nawet moim facetom mięsożercom :)

      Usuń
    7. Mój tata już zbił cholesterol, ale lekami :) jak na faceta przystało, bo dieta.. hmm.. teraz jest na diecie (zrzuca kg i ćwiczy na siłce) ale jak mama zrobiła mu żeberka to jadł trzy dni, stanął na wadze potem i się dziwi, że nie chudnie... :D

      Niby nie mam pewności co do zupy, ale przez to wszystko nauczyłam się wyczuwać i uwierz, że zupę na mięsie wyczuję z kilometra, bo po prostu mi śmierdzi. Zresztą nawet oczka z tłuszczu są inne niż z oleju :D

      Ja na fast fooda mogę Cię zaprosić do Sandomierza na Falafele w arabskim chlebku z warzywami.. mmm... ale kiedy ja ostatni raz to jadłam, chyba w wakacje :D

      Usuń
    8. Dziękuje za przepisy - jesteś cudowna ♥ Jak ja Ci się odwdzięczę? :)

      Mój tato cały czas bierze tabletki od cholesterolu i ma w normie. Mięso ograniczył bo miał raka jelita i musieli, mu kawałek jelita wyciąć a potem brał chemię. Szkoda, że wcześniej nie zmądrzał (kiedyś to nic nie miało prawa się zepsuć, nie można było wyrzucić kawałka zepsutej wędliny bo był krzyk. Mama i tak czasem coś wyrzuciła by się nie zatruć ale nie zawsze to się udawało. Potem taką obślizgłą wędlinkę tato smazył i jadł - dla niego po takim "odświeżeniu" była w porządku). No ale lepiej późno niż wcale i dobrze, że zrobił to w porę.

      Jeśli chodzi o Twojego tatę to wydaje mi się, że on nie wyobraża sobie tego, że mógłby nie jeść kiełbasy, ponieważ przez tyle lat była w jego jadłospisie. Może po prostu potrzebuje trochę więcej czasu :) A co do diety - bardzo fajnie, że tato wziął się za siebie ;) Te żeberka to mógłby jeść przez te trzy dni ale w mniejszej ilości i nie rezygnować i ćwiczeń :) Jak wiesz tyje się od nadmiaru jedzenia a nie poszczególnych produktów ;) No i przy diecie zastoje wagi są normalne, więc to nie konieczne od tych żeberek :)

      Jak tak teraz o tym piszesz to muszę przyznać Ci rację. Mama gotuje zupy na kości (dla niej w zupie muszą być oczka) i w domu strasznie śmierdzi ;/ Dobrze rozumiem, że zupa to nie może być sama woda z warzywami i przyprawami (jak gotują niektórzy wegetarianie) ale ta na kości również nie ma smaku... a wystarczy przesmażyć cebulkę i oczka w zupie też będą.... a jaki smak :)Kiedyś ugotowałam sobie gar zupy to jak "dobrali się" do niej rodzice, to poszła w jeden dzień :) A co do oczek to z kostki też są inne :)

      Sandomierz??? Wiesz, że myślałam o tym by pojechać tam na wakacje na kilka dni (2-3)? Chciałabym zobaczyć to miasto :) Nie wiedziałam, ze tutaj macie vege knajpkę :) Tylko ciekawe czy od wakacji nie zmienił się smak tych falafele :) To tutaj nagrywają "Ojca Mateusza"? :)

      PS. Jeszcze króciutko o ED. Pamiętam, że miałaś z tym problemy i cieszę się, że sobie poradziłaś i jest już dobrze... bo jest prawda? ;)

      Usuń
    9. Mówiłam dziś tacie o twoim tacie :) ale wiesz, powiedział mi, że on już się swojego cholesterolu pozbył i stare dzieje... :P
      Ja nigdy nie gotuję zup na miesie a i tak wszyscy twierdzą, że moje zupy są lepsze niż zupy mamy. Więc i mama już nie gotuje w większości mięsnych zup: wiadomo w niedzielę rosół, w poniedziałek pomidorowa :D ale w tygodniu raczej nie :)
      Sandomierz to fajne miasto dla turystów więc śmiało możesz przyjeżdżać :) Daleko masz? Ojca Mateusza wciąż nagrywają i aktorzy zajadają się tu głownie w pierogarni gdzie można spróbować fajnych wege pierogów (a sery jadasz?) ale też są włoskie pizzerie więc coś na pewno byś znalazła - bo falafele to tylko w wersji przydrożna budka z kebabem :)

      Usuń
    10. Ale tutaj też nie chodzi o cholesterol.. Cholesterol swoją drogą a rak jelita spowodowany złą dietą bogatą w mięso a uboga w błonnik, warzywa i owoce swoją drogą. Może o tym mu powiedz :)

      Mogłabym się u Ciebie stołować :D Ja uważam, ze zupy na mięsie są ciężkostrawne. Moja mama mówi, że zupa jest dobra na jelita by nie mieć problemów z wypróżnianiem... racja o ile to zupa na warzywach a nie na mięsie, kości.

      Przed chwilą sprawdzałam w internecie i wyszło mi 151 km - trochę dalej niż mam do Lublina. Ale z tego co słyszałam to warto bo Sandomierz to piękne miasto i można wypocząć :) A masz autograf jakiegoś aktora? Żmijewskiego? ;)
      Mówisz włoskie? Takie z prawdziwego zdarzenia? ;)

      Usuń
    11. Wiem, teraz to wiem, ale wtedy jeszcze nie wiedziałam :) myślę, że mu się nie przegada, tak jak i pewnie twojemu swego czasu :)
      Ja zupy lubię ale mam z nimi taki problem, że mnie nie sycą...

      Podobna do Kazimierza jeśli chodzi o klimat, ale w Kazimierzu jest ubogo w restauracje :) Ale w Sandomierzu pod dostatkiem no i możesz jeszcze dodatkowo właśnie u mnie się postołować :) ja mieszkam na wsi mam 3 hektarowy sad morelowy i 3 hektarowy jabłoniowy :) więc tego Ci u mnie dostatek :) nie wyjedziesz z pustymi rękami :)

      Nie zbieram autografów, dla mnie to kiczowate biegać za kimś i wołać o podpis, nie da mi to żadnej satysfakcji :)

      Usuń
    12. Kiedyś zmądrzeje ale by nie było za późno.....

      To może robisz za chude zupy i za rzadkie? :)

      Oglądałam zdjęcia, widziałam na filmie i właśnie wydawało mi się i wydaje, że tam jest taki magiczny klimat no i ze jest pięknie ;)
      Mieszkasz na wsi pod Sandomierzem? Z chęcią bym do Ciebie wpadła latem na morelki, jabłka z sadu również.. coś wspaniałego :) Mówisz, że z pustymi rękoma byś mnie nie puściła? :) Sprzedałabyś mi po kosztach? :P

      Tutaj masz rację ale tak przy okazji to czemu nie poprosić - nikt nie każe latać za aktorem :)

      Usuń
    13. masz rację co do taty i do zup :) ale ja nie lubię jeść na dwa dania więc taką zupę naprawdę musiałabym odstawić niezłą żeby się najeść na dłużej :D

      O tak magicznie jest :) Nic bym Ci nie sprzedała, bo handlara ze mnie marna.. :D

      Usuń
    14. No to gotuj gęstą że łycha staje, zagryź kromką chleba z hummusem :)

      Nic byś nie sprzedała ale z pustymi rękoma bym nie wróciła... no to jak? :P

      Usuń
    15. :) Masz rację, powinnam gotować gęstsze zupy, zwłszcza teraz zimą...

      Oj dobrze wiesz jak, tylko zorganizuj transport bo do autobusu dużo nie nabierzesz :P

      Usuń
    16. Zimą gęsta zupa to podstawa :)

      Wiem, wiem... tylko się z Tobą droczę :) Kochana jesteś ♥ Tylko miałabym problem z transportem ;/

      Usuń
  12. świetnie napisane i podziwiam Cię serio że już od najmłodszych lat byłaś pewną siebie osobką która wiedziała że to sobie postanowi i już:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, zawsze żyłam po swojemu i już mniej ważne czy te decyzje przepychałam argumentami czy płaczem i histerią :D

      Usuń
  13. Nie mamy tak ciekawej historii jak Ty :P My przestałyśmy jeść mięso w liceum kiedy zorientowałyśmy się, że nie jesteśmy jego fankami. Zrozumiałyśmy, że jeśli mama zrobi na obiad kotlety a my nie mamy na nie ochoty to po prostu możemy odmówić. W ten sposób jemy mięso raz na miesiąc kiedy to zawitamy do domu rodzinnego i mama zrobi odchudzone mielone itd. ;) Nie brakuje nam tego i nie tęsknimy za mięsnymi ucztami :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Świetnie Was rozumiem, bo też mi nigdy mięsa nie brakuje i nie mam na niego ochoty, będąc na studiach niemal go nie jadłam, chyba że zawitałam do domu. Teraz gdy mieszkam z rodzicami jem jednak częściej.

      Usuń
  14. ja już dwa razy próbowałam być wegetarianką, słabo się czułąm i po miesiącu zjadłam mięso - to było okropne uczucie mimo że wegetarianką byłam krótko. w przyszłości lepiej zbalansuje dietę

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Widocznie Tobie weganizm nie służy. Uważam, że bez sensu się katować, skoro potrzebujesz mięso w swojej diecie.

      Usuń
  15. Aż tyle lat nie byłam, ale jako nastolatka również unikałam jedzenia mięsa i nawet wytrzymywałam po 0,5-1 rok. Moja mama również rozumiała i mnie nie zmuszała. Jedzenie ziemniaków i sałatek było cudowne. Teraz o wiele bardziej smakuje mi zestaw kasza/ziemniaki/ryż i warzywa. Chociaż mięso i ryby jem od czasu do czasu. Dla zdrowia.

    OdpowiedzUsuń
  16. Znam bardzo dużo osób które tak zaczynały :) Mam nadzieje że kiedyś i ja zostanę wegę tak na 100%.

    OdpowiedzUsuń
  17. Zapewne ciężko było by mi odstawić mięso z mojej diety. Ryb nie lubię bo podobnie jak u Ciebie pojawiały się u mnie w domu połowów taty. Co do mięsa nie jem nic oprócz wieprzowiny i kurczaka. Zapewne i to bym z chęcią odstawiła bo myśl, że zjadam żywe istoty nieraz mnie trapi. Wiele osób zachwyca się królikami itp.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie można nic robić wbrew sobie :) Ach Ci nasi ojcowie i ich pasje :P

      Usuń
  18. Odpowiedzi
    1. Szczerze mówiąc, moja też nie. :-) Ale bardzo lubię i jem dużo warzyw i owoców.

      Pozdrawiam,
      www.kosmetykiani.pl

      Usuń
    2. czyli równowaga zachowana :)

      Usuń
  19. Chciałabym nie jeść mięsa, ale za bardzo je lubię, żeby z niego zrezygnować :/

    Zapraszam do mnie (kliknij na nick)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Więc jeśli je lubisz to jedz!
      Najważniejsze by nie katować się wbrew sobie :)

      Usuń
  20. bardzo ciekawa historia, zaczytałam się. w komentarze też :) może kiedyś ja też opiszę swoją. Będę zaglądać częściej, wcześniej nie znałam Twojego bloga. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. uważam, że od czasu do czasu warto się uzewnętrznić, choć ja szanuje też do pewnego stopnia swoją prywatność:)

      wobec tego, bardzo ciekawa jestem Twojej historii

      Usuń
  21. Interesująca historia. Zabawne jest to, że trafiłem tu szukając opisu budki wędkarskiej''Wega'' :)
    Sam jem mięso( uwielbiam tatara),ale nie rozumiem jaki związek ma wegetarianizm z brakiem zdolności do posiadania dzieci, skoro nawet otrodoksyjni weganie je mają. Może Twój ginekolog jest jak ta porąbana ciotka z rosołem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. łowienie ryb nijak ma się do Wege :D
      Zamierzchłe czasy początków wegetarianizmu rządziły się przeróżnymi teoriami :)

      Usuń
  22. a ja nie jem mięsa od 12 roku życia i produktów odzwierzęcych od 20 ,mam 3 wspaniałych zdrowych wegańskich dzieci z największą frekwencją w przedszkolu i szkole , mąż został wegetarianinem . jetem szczęśliwa że żyję w zgodzie ze sobą i nie zabijam zwierząt

    OdpowiedzUsuń
  23. Ja przez 16 lat kochałam mięso, jadłam wszystko, kebaby, kotlety, karczki kurczaki i za dnia nadzień przestałam całkowicie, i nie jem już pół roku. Czuję się świetnie i cieszę się, że nie wspieram przemysłu, który torturuje zwierzęta.

    OdpowiedzUsuń